Uszanowanie!
Druga część "Ośmiu Kartek" nadchodzi. Nie mogłem się zdecydować na zakończenie, dlatego postanowiłem, że umieszczę dwa. Miłej lektury z Hunterem:
OSIEM KARTEK cz.II/II
Pięć
Dobra. Może zgłupiałem. Może jeszcze śpię. Może jestem chory psychicznie. Ale widziałem Go. Stał spokojnie jakby chciał, żebym sam do niego przyszedł. Zaczynałem panikować. Coś co nazywałem strachem zyskałoby teraz nową definicje. Latarka już od dłuższego czasu dyndała przy pasku, a ja sam szedłem przed siebie. W kierunku odwrotnym od miejsca, gdzie spotkałem tajemniczą postać. Zastanawiałem się co ja naprawdę tu robię i jaki jest cel tej "zabawy". Znowu otwarta przestrzeń. I jakże inaczej - budynek, która lata świetności ma za sobą, w którym na pewno nie spotkam żywej duszy. Oby to nie była Jego rezydencja. Wszedłem do pierwszego pomieszczenia. Niby w porządku. W niektórych miejscach brakowało płytek oraz szwankowała hydraulika, ale mógłbym tutaj spać, aż do nastania poranka. O ile prędzej zastawka w sercu nie odmówiłaby mi posłuszeństwa. Odwiedziłem sąsiedni pokój. Ciemniej niż na dworze. Niechętnie zapaliłem latarkę, której światło błądziło po ponurych ścianach. Kurz, pajęczyny, brud, smród. Niczym u mnie w pokoju. Jednak w moim pokoju nie ma aury strachu. Trzask jaki usłyszałem z pomieszczenia jakie minąłem sprawił, że wszystkie włosy stanęły mi dęba. Oczywiście musiałem to sprawdzić. Człapałem przytulony do latarki oraz ściany i byłem coraz bliżej framugi drzwi. Wychyliłem delikatnie głowę i zamarłem. Stał może pięć metrów ode mnie. Niczym posąg. Stałem zahipnotyzowany i czułem jak dreszcz przechodzi mi po plecach. Przesunął się o krok i to wystarczyło, żebym biegł ile sił w płucach. Marzyłem tylko o wydostaniu się stąd. Wbiegłem do pierwszego pomieszczenia i przyległem do ściany, gasząc latarkę. Przyczaiłem się w kącie, mając doskonały widok na korytarz. Potrzebowałem trochę czasu żeby odetchnąć. Kiedy już zamierzałem wyjść, zahaczyłem butem o skrawek papieru: "TAK BLISKO".
Sześć
Powoli szedłem korytarzem, badając każde pomieszczenie jakie mijałem. Nie było po Nim śladu. Nawet zdobyłem się na odwagę, żeby wejść do pokoju, w którym On się znajdował. W miejscu gdzie stał, leżała mała, wypchana teczka. Odpakowałem ją, a na podłogę wysypała się masa zdjęć oraz map. Jedna z nich prowadziła do tartaku, który odwiedziłem, druga do wieży, lecz trzecia prowadziła do miejsca, w którym moja noga jeszcze nie postała. Wydawało się, że budynek zaznaczony czerwonym "X" znajduje się niedaleko. Miałem juz odchodzić, kiedy przypomniałem sobie o zdjęciach leżących na podłodze. Pierwsze z nich przedstawiało uśmiechniętą kobietę, która pozowała na plaży w słoneczną pogodę. Na kolejnej fotografii widniała rodzina stojąca razem pod własnym domem. Ostatni obrazek jaki wypadł z teczki przedstawiał ogromną fabrykę, którą palcem pokazywał stojący na zdjęciu mężczyzna. Na każdym zdjęciu stał On. Gdzieś daleko w tle, ledwie dostrzegalny. Nie miałem wyboru. Fabryka najprawdopodobniej była moim celem. Zebrałem zdjęcia oraz mapy i włożyłem je do bocznej kieszeni kurki. Labirynt pokoi zdawał się nie mieć końca, a coś w głębi duszy mówiło mi, że to nie było moje ostatnie spotkanie z obcym. Znalazłem schody, które prowadziły w dół. Musiały być nieużywane od lat, gdyż każde stąpniecie mojego glana sprawiało, że skrzypiały bardzo głośno. Piwnica po kostki była zalana wodą, lecz dzięki Bogu miałem na nogach wysokie buty. Na wodzie unosiły się setki dokumentów oraz teczek. Tylko kilka z nich udało się uratować, gdyż reszta już od dawna nie nadawała się do odczytu. Usiadłem na beczce i otworzyłem pierwszą z teczek. W mordę. Obijałem się na lekcjach języków obcych. Nic nie rozumiałem z dziwnych zapisek. W oczy wpadła mi tylko data: "19.04.1949". Pięćdziesiąt sześć lat temu. Przekładałem bezużyteczne kartki, za nic nie mogąc odczytać co jest napisane na papierach. Dopiero ostatni dokument sprawił, że zaniemówiłem. Oprócz niezrozumiałych słów dołączona była fotografia, na której fabryka płonie. Tutaj słownictwo było już w moim ojczystym języku: Wypadek w fabryce... Zgasiłem latarkę i przyległem do ściany. Ktoś, albo coś nie zamierzało oddać mi tak łatwo dokumentów. Niczym myszka dotarłem do jednego z regałów i zerwałem z niego szóstką kartkę: "NIE PATRZ SIĘ ZA SIEBIE". Serce miałem w gardle, a nogi jak z galarety.
Siedem
Oczywiście, że się spojrzałem. Nikogo nie było. Tylko czarna, nieprzenikniona przestrzeń. Kamień spadł mi z serca. Odetchnąłem głęboko, że chociaż raz los daje mi szansę na wytchnienie. Ruszyłem w stronę schodów, aby opuścić to przeklęte miejsce. Obróciłem się za siebie i w świetle latarki stał On. Nie stał jak posąg. Jak statua. Stał z wyciągniętą ręką, domagając się abym oddał to co chciałem stąd wynieść. Zamarłem. Rozum kazał mi uciekać, ale jak zbliżyłem się odległość siedmiu metrów, rzuciłem w jego stronę dokumenty i uciekłem. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak szybko biegłem. Po raz pierwszy tej nocy dopisało mi szczęście i udało mi się znaleźć wyjście. Wybiegłem z budynku i uśmiechnąłem się ponuro na widok przerażających drzew. Obejrzałem pośpiesznie mapę i próbowałem zlokalizować, w którą stronę mam się udać. Znowu spoglądnąłem za siebie i zobaczyłem Jego. Jak wpatruje się we mnie, jak wyimaginowanym biczem pogania mnie w przeciwną stronę. Zmotywował mnie. Wszedłem w ciemny las i na nowo przywitałem się ze starymi towarzyszami. Strach oraz lęk usiadły tuż koło siebie na moich plecach, lecz pomimo tego ciężaru, brnąłem twardo przed siebie. Podczas całej drogi ani razu nie spojrzałem się za siebie. Coś mi mówiło, że idę w dobrym kierunku. Oho. Światło latarki przygasało coraz bardziej. Zgasiłem ją i zdawałem się na własną orientacje w terenie. W oddali ujrzałem wysokie kominy, a wkrótce przed mymi oczami znalazła się fabryka otulona przez puszczę. Na zniszczonym słupie widniał ledwo widoczny napis: My tworzymy lepszą przyszłość. Na kawałku zerwanej siatki wisiał skrawek papieru: "STRACH CZEKA NA CIEBIE W ŚRODKU".
Osiem
Okna fabryki, tylko w niektórych miejscach zachowały szyby, a cegły ledwo trzymały się na swoim miejscu. Na ogromnych drzwiach wisiał łańcuch z zardzewiałą kłódką, a na nim napis: ZAMKNIĘTE. Musiałem szukać innego wejścia. Na moje szczęście lub nieszczęście udało mi się wejść do budynku przez ogromne rumowisko złożone z najróżniejszych materiałów budowlanych. Wdrapałem się na sam szczyt i wybałuszyłem oczy. W życiu nie widziałem tak wielkiej fabryki. Platformy obserwacyjne wydawały się być nietknięte, a świetlówki twardo trzymały na swoich miejscach. Zupełnie inaczej wyglądała dolna partia ogromnej hali. Pożar dał o sobie znać i zniszczył całą taśmę produkcyjną oraz ważniejsze urządzenia. Zbiegłem po rumowisku i zdecydowałem się, żeby po raz ostatni użyć latarki. Przyznam, że puszcza była bardziej przyjemna od tego miejsca. On tu był. Dało się wyczuć jego obecność. Wyszedłem z głównego kompleksu i znalazłem się w nieco mniejszym pomieszczeniu. Latarka świeciła coraz słabiej, ledwo oświetlając ogromny magazyn. Jest. Stoi w rogu i czeka na mnie. Nie! Stoi za mną. A teraz na platformie! Panikowałem. Gdziekolwiek spojrzałem stał On. Nie wiedziałem co robić, lecz gdy już pozwoliłem, żeby mnie dopadł, nie zrobił tego. Podszedłem ostrożnie do najbliższej postaci. Napis na nim wbił mnie w ziemię: FABRYKA MANEKINÓW "HUMAN". Albo to jakiś pieprzony żart, albo mój wymysł. Cały ten teatrzyk musiał być wypaczony przez mój umysł. Po kolei podchodziłem do każdego z manekinów i wszędzie natrafiałem na te same słowa. Bałem się głupiego manekina z garniturem oraz krawatem. Zaśmiałem się gorzko, a mój śmiech odbił się echem po pustym magazynie. Z uśmiechem podszedłem do jeszcze jednego manekina i przeczytałem na głos napis: TWOJA KOLEJ. Ręce zacisnęły się na mojej szyi.
Finał I
Ciemność. Wszędzie ciemność. Próbowałem otworzyć oczy, lecz zamiast normalnego widoku ujrzałem tylko białe kontury drzew na czarnym tle. Poznałem doskonale wieżę, którą mijałem najwyżej dwie godziny temu. Zniknęła moja kurtka, moje spodnie, latarka, wszystko. Spojrzałem w dół. Z trudem przyszło mi zaakceptować, że mam na sobie szary garnitur, krawat oraz czarne buty. Znałem swoją rolę, już po chwili usłyszałem grające bębny oraz ujrzałem w oddali światło latarki.
Finał II
Ciemność. Wszędzie ciemność. Ból był niesamowity. Poczułem się jakbym zesztywniał. Próbowałem otworzyć oczy, ale zamiast normalnego widoku widziałem tylko białe kontury na czarnym tle. Wiedziałem, że jestem w fabryce. Wiedziałem, że On tu jest. Na przeciwko mnie stał manekin z napisem: "NAMUH" WÓNIKENAM AKYRBAF. Zaraz. Z trudem mi przyszło zaakceptować, że tuż przede mną znajduje się lustro. Poczułem rażące światło latarki. Zbliża się kolejna ofiara.
***************************************************************************
"Jedyna wolność to zwycięstwo nad samym sobą"
Fiodor Dostojewski
wtorek, 4 września 2012
poniedziałek, 3 września 2012
Nie patrz za siebie
Dzisiaj skrobnięte, możliwe, że z błędami, ale proszę o wyrozumiałość, lenistwo jest zaraźliwe. Część pierwsza leci.
Standardowo kawałeczek dla klimatu:
OSIEM KARTEK cz. I/II
Start
Ciemność. Ciemność wokół zdawała się mnie pożerać, wręcz czułem jak jej obślizgłe łapska dobierają się do moich nóg i za chwilę zostanę przez nią pochłonięty. Otaczające mnie drzewa przybierały najróżniejsze kontury bestii z moich najstraszniejszych koszmarów, co sprawiało, że jeszcze raz miałem ochotę się stąd wydostać. Nie miałem pojęcia co tu robię, ani jak się tu znalazłem. Wszystkie członki miałem na swoim miejscu. Żadnego sinika, bólu, rany czy obrażenia - byłem nietknięty. Zawroty głowy? Nic z tego. Byłbym w stanie biec, albo dopóki nie zabrakłoby mi tchu w piersiach, albo dopóki nie potknąłbym sie o jakieś wystający korzeń. Kieszenie miałem puste, gdyż zarówno w spodniach jak i ciepłej, skórzanej kurtce nic nie mogłem znaleźć. Przy pasku dyndała mi tylko zwykła ledowa latarka z jedną baterią. Zastanawiałem się, czy lepiej stać tutaj jak ostatni tchórz i czekać na nastanie poranka, czy może lepiej przejść jakoś przez wysoką siatkę, przy której się obudziłem. Jednak pomimo tego, że serce mi tego nigdy chyba nie wybaczy, zdecydowałem się wpaść w objęcia strachu i stanąć twarz w twarz z ponurą puszczą. Jedyne dźwięki jakie dochodziły do moich uszu to nieprzyjemne trzaskanie gałązek pod moim nogami. Od czasu do czasu w tle mogłem usłyszeć wycia wilków lub koncert świerszczów. Czy się bałem? Ostatni raz byłem tak przerażony w dzieciństwie, gdy wpadłem do dziury w lesie i długo czekałem na pomoc. Lecz dopiero teraz, idąc samotnie przez las, człowiek może poznać definicje słowa strach.
Jeden
Mijałem po omacku drzewa, za wszelką cenę, chcąc wydostać się stąd i usnąć w domu w wygodnym łóżku oraz przy palącym sie drewnie w kominku. Latarka wielokrotnie obijała się o moje udo, jakby domagając się, abym wreszcie skorzystał z jej dobrodziejstwa. Drzewa. Drzewa. Krzewy. Drzewa. Nudna, choć przerażająca trasa. Wieża? Myślałem, że zwariowałem, lecz dopiero teraz chciałem skorzystać z latarki. Światło przeszyło na wskroś ciemność i pozwoliło mi dokonać oględzin wieży. Wysoki, cały spowity mchem oraz mający lata świetności za sobą budynek stał samotnie w lesie. Wszystko wydawałoby się być w porządku, gdyby nie to, że na fragmencie zdewastowanego murku dostrzegłem kartkę papieru. Załopotała na wietrze, kiedy zerwałem ją z cegieł: "POMÓŻ MI". Okej. Jeśli wcześniej potrafiłem zachować resztki zdrowego rozsądku, teraz zastawiałem się czy to nie tylko koszmar. Część mnie wierzyła, że obudzę się zaraz w swoim domu. Bum. Bum. Bum. Bębny do cholery? Latarka zgasła błyskawicznie. Ale werble nadal dudniły, wypełniając błogą ciszę. Serce waliło mi jak oszalałe, a ja sam miałem ochotę stąd zniknąć, albo chociaż schować się na chwilę. Może do... tak! Szukałem rękoma czegoś, co w dotyku przypomina choć trochę drzwi. Kilkakrotnie obszedłem starą wieżę, ale nic z tego. Żadnego wejścia, okna, drzwi. Nic. Musiałem iść dalej. Razem z melodią bębnów.
Dwa
Od samego początku podróży miałem nieustanne wrażenia, że nie jestem tutaj sam. Jakby moim kompanem nie był tylko strach na moim ramieniu, lecz ktoś jeszcze. Osoba, która podąża za mną niczym cień, odkąd zapaliłem latarkę i zebrałem tę cholerną kartkę. Ponownie wpadłem w objęcia lasu, lecz tym razem przyśpieszyłem kroku za wszelką cenę, chcąc znaleźć chociaż jakąś otwartą przestrzeń. Bębny nagle ucichły jakby chciały dać mojemu sercu poczuć własny rytm. Ponownie zapaliłem latarkę, chcąc ujrzeć sojusznicze światło. Przyznam, że ostatnią rzeczą jakiej się spodziewałem w puszczy było pięć żółto - czerwonych beczek ulokowanych blisko siebie. Księżyc choć raz okazał się być potrzebny i sprawił, że nie musiałem marnować baterii w latarce. Oglądałem beczki ze wszystkich stron i nie pomyliłem się. Podniosłem z ziemi kolejną kartkę: "ON CIĘ WIDZI". On. On. On. Instynkt kazał mi się obrócić w stronę lasu. Mignęło mi coś pomiędzy drzwiami, lecz ostatki odwagi kazały mi zwalić to na wyobraźnię w związku ze strachem. On. On. On. Obróciłem kartkę i spodziewałem się, że zobaczę Jego. Bum. Bum. Bum. Bębny na nowo rozpoczęły rytualne bicie, a ja nie chciałem wystawiać na próbę własnej wyobraźni. Schowałem kartkę, nie oglądając Jego. Beczki miałem już za plecami.
Trzy
On sprawiał, że coraz częściej chodziłem wokół własnej osi, dokładnie wertując teren wokół mnie. Każde drzewo mogło skrywać za sobą Jego samego, a ja nie chciałem Go spotkać. Latarka nadal była nieużywana odkąd opuściłem teren z beczkami. Trafiłem niespodziewanie na wydeptaną ścieżkę. Z trudem zmusiłem się żeby zapalić latarkę i zdradzić swoją pozycję. Na trasie nie było żadnych śladów, ani opon pojazdów, ani chociaż zwykłych odcisków ludzkich butów. No cóż. Każda droga dokądś prowadzi, więc nie miałem wyboru. Latarka znowu zgasła i zdawałem się na światło księżyca, które oświetlało mi drogę poprzez prześwity między koronami drzew. Bębny znowu ucichły, a swój koncert na nowo zaczęły świerszcze. Uspokoiłem się nieco i szedłem pewniejszym krokiem, lecz niedługo. Znowu miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Ktoś dla kogo jestem tutaj intruzem. Wzrok wędrował od drzewa do drzewa, lecz ja nie dostrzegłem żadnych konturów postaci. Usłyszałem dźwięk, który trochę poprawił mi humor. Szum wody sprawił, że odzyskałem nadzieję, że uda mi się wydostać z tego koszmaru. Zbiegłem z górki i moim oczom ukazał sie tartak. Tam muszą być ludzie! Albo On. Wzdrygnąłem się na samą myśl. Światła w budynku były zgaszone, a pnie kołysały się pod wpływem silnego nurtu. Zapukałem do drzwi, lecz po dłuższej chwili nadzieja umarła. W środku nikogo nie było. Chwyciłem desperacko za klamkę, która z brzdękiem spadła na ziemię. Dźwięk ten byłby w stanie obudzić zmarłego z wiecznego snu, a ja nie chciałem wzywać tutaj Jego. Popchnąłem drzwi, które zaskrzypiały nieprzyjemnie. W środku było jeszcze ciemniej niż na zewnątrz. Miejsce musiało być nieużywane od dłuższego czasu, gdyż wszystkie regały, czy półki pokrywała gruba warstwa kurzu. Ostrożnie świeciłem latarką po pomieszczeniu, chcąc uniknąć nieprzyjemnego widoku. Zapach stęchlizny było nie do zniesienia. Wiatr trzasnął głośno drzwiami, a żyrandol prawie spadł mi na głowę. Światło padło na ścianę naprzeciwko mnie: "TO NIE JEST TWOJE MIEJSCE". Serce zaczęło bić szybciej, kiedy na kartce widniał identyczny napis jak na ścianie. Nie zamierzałem tutaj nocować. Nie po tym co tu widziałem.
Cztery
W głowie cały czas migotały mi wspomnienia z tartaku. Czy ktoś do cholery gra ze mną w konkretną grę? Byłem zmuszony bić się z myślami, aż do momentu gdy ścieżka skończyła się, a ja nie wiedziałem, w którą stronę iść. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby zboczyć z wytyczonej trasy i iść z powrotem w stronę tartaku. Szedłem powoli, coraz bardziej zmęczenie dawało o sobie znać. Coś mnie podkusiło, żeby usiąść pod jednym z drzew i odsapnąć chwilę, dać odpocząć umysłowi, pozwolić strachowi zejść z moich pleców. Ułożyłem wszystkie trzy pożółkłe papiery na ziemi i wpatrywałem się jak zaczarowany w trzy napisy na kartkach. Obróciłem każdą z nich. Wreszcie ujrzałem tego, który w tym momencie może być nawet za mną, czekając na mój błąd. Wysoka, tajemnicza postać narysowana była za pomocą ołówka. Szkicowana była w pośpiechu, jakby ktoś zapomniał o najważniejszych szczegółach. Osoba, która tworzyła obraz nie widziała widocznie twarzy postaci. Wiatr zawiał nieprzyjemnie, aż musiałem opatulić się ciepłą kurtką. Zwinąłem kartki, powstałem z lodowatej ziemi i zamierzałem iść w stronę... no właśnie... gdzie jest do cholery ścieżka? Świeciłem jak oparzony latarką pomiędzy drzewami. BUM! On. Stał pomiędzy dwoma drzewami. W garniturze, bez twarzy. BUM! Zniknął. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Spojrzałem na kartkę na drzewie, którą musiałem ominąć: "NIE UCIEKNIESZ".
Standardowo kawałeczek dla klimatu:
OSIEM KARTEK cz. I/II
Start
Ciemność. Ciemność wokół zdawała się mnie pożerać, wręcz czułem jak jej obślizgłe łapska dobierają się do moich nóg i za chwilę zostanę przez nią pochłonięty. Otaczające mnie drzewa przybierały najróżniejsze kontury bestii z moich najstraszniejszych koszmarów, co sprawiało, że jeszcze raz miałem ochotę się stąd wydostać. Nie miałem pojęcia co tu robię, ani jak się tu znalazłem. Wszystkie członki miałem na swoim miejscu. Żadnego sinika, bólu, rany czy obrażenia - byłem nietknięty. Zawroty głowy? Nic z tego. Byłbym w stanie biec, albo dopóki nie zabrakłoby mi tchu w piersiach, albo dopóki nie potknąłbym sie o jakieś wystający korzeń. Kieszenie miałem puste, gdyż zarówno w spodniach jak i ciepłej, skórzanej kurtce nic nie mogłem znaleźć. Przy pasku dyndała mi tylko zwykła ledowa latarka z jedną baterią. Zastanawiałem się, czy lepiej stać tutaj jak ostatni tchórz i czekać na nastanie poranka, czy może lepiej przejść jakoś przez wysoką siatkę, przy której się obudziłem. Jednak pomimo tego, że serce mi tego nigdy chyba nie wybaczy, zdecydowałem się wpaść w objęcia strachu i stanąć twarz w twarz z ponurą puszczą. Jedyne dźwięki jakie dochodziły do moich uszu to nieprzyjemne trzaskanie gałązek pod moim nogami. Od czasu do czasu w tle mogłem usłyszeć wycia wilków lub koncert świerszczów. Czy się bałem? Ostatni raz byłem tak przerażony w dzieciństwie, gdy wpadłem do dziury w lesie i długo czekałem na pomoc. Lecz dopiero teraz, idąc samotnie przez las, człowiek może poznać definicje słowa strach.
Jeden
Mijałem po omacku drzewa, za wszelką cenę, chcąc wydostać się stąd i usnąć w domu w wygodnym łóżku oraz przy palącym sie drewnie w kominku. Latarka wielokrotnie obijała się o moje udo, jakby domagając się, abym wreszcie skorzystał z jej dobrodziejstwa. Drzewa. Drzewa. Krzewy. Drzewa. Nudna, choć przerażająca trasa. Wieża? Myślałem, że zwariowałem, lecz dopiero teraz chciałem skorzystać z latarki. Światło przeszyło na wskroś ciemność i pozwoliło mi dokonać oględzin wieży. Wysoki, cały spowity mchem oraz mający lata świetności za sobą budynek stał samotnie w lesie. Wszystko wydawałoby się być w porządku, gdyby nie to, że na fragmencie zdewastowanego murku dostrzegłem kartkę papieru. Załopotała na wietrze, kiedy zerwałem ją z cegieł: "POMÓŻ MI". Okej. Jeśli wcześniej potrafiłem zachować resztki zdrowego rozsądku, teraz zastawiałem się czy to nie tylko koszmar. Część mnie wierzyła, że obudzę się zaraz w swoim domu. Bum. Bum. Bum. Bębny do cholery? Latarka zgasła błyskawicznie. Ale werble nadal dudniły, wypełniając błogą ciszę. Serce waliło mi jak oszalałe, a ja sam miałem ochotę stąd zniknąć, albo chociaż schować się na chwilę. Może do... tak! Szukałem rękoma czegoś, co w dotyku przypomina choć trochę drzwi. Kilkakrotnie obszedłem starą wieżę, ale nic z tego. Żadnego wejścia, okna, drzwi. Nic. Musiałem iść dalej. Razem z melodią bębnów.
Dwa
Od samego początku podróży miałem nieustanne wrażenia, że nie jestem tutaj sam. Jakby moim kompanem nie był tylko strach na moim ramieniu, lecz ktoś jeszcze. Osoba, która podąża za mną niczym cień, odkąd zapaliłem latarkę i zebrałem tę cholerną kartkę. Ponownie wpadłem w objęcia lasu, lecz tym razem przyśpieszyłem kroku za wszelką cenę, chcąc znaleźć chociaż jakąś otwartą przestrzeń. Bębny nagle ucichły jakby chciały dać mojemu sercu poczuć własny rytm. Ponownie zapaliłem latarkę, chcąc ujrzeć sojusznicze światło. Przyznam, że ostatnią rzeczą jakiej się spodziewałem w puszczy było pięć żółto - czerwonych beczek ulokowanych blisko siebie. Księżyc choć raz okazał się być potrzebny i sprawił, że nie musiałem marnować baterii w latarce. Oglądałem beczki ze wszystkich stron i nie pomyliłem się. Podniosłem z ziemi kolejną kartkę: "ON CIĘ WIDZI". On. On. On. Instynkt kazał mi się obrócić w stronę lasu. Mignęło mi coś pomiędzy drzwiami, lecz ostatki odwagi kazały mi zwalić to na wyobraźnię w związku ze strachem. On. On. On. Obróciłem kartkę i spodziewałem się, że zobaczę Jego. Bum. Bum. Bum. Bębny na nowo rozpoczęły rytualne bicie, a ja nie chciałem wystawiać na próbę własnej wyobraźni. Schowałem kartkę, nie oglądając Jego. Beczki miałem już za plecami.
Trzy
On sprawiał, że coraz częściej chodziłem wokół własnej osi, dokładnie wertując teren wokół mnie. Każde drzewo mogło skrywać za sobą Jego samego, a ja nie chciałem Go spotkać. Latarka nadal była nieużywana odkąd opuściłem teren z beczkami. Trafiłem niespodziewanie na wydeptaną ścieżkę. Z trudem zmusiłem się żeby zapalić latarkę i zdradzić swoją pozycję. Na trasie nie było żadnych śladów, ani opon pojazdów, ani chociaż zwykłych odcisków ludzkich butów. No cóż. Każda droga dokądś prowadzi, więc nie miałem wyboru. Latarka znowu zgasła i zdawałem się na światło księżyca, które oświetlało mi drogę poprzez prześwity między koronami drzew. Bębny znowu ucichły, a swój koncert na nowo zaczęły świerszcze. Uspokoiłem się nieco i szedłem pewniejszym krokiem, lecz niedługo. Znowu miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Ktoś dla kogo jestem tutaj intruzem. Wzrok wędrował od drzewa do drzewa, lecz ja nie dostrzegłem żadnych konturów postaci. Usłyszałem dźwięk, który trochę poprawił mi humor. Szum wody sprawił, że odzyskałem nadzieję, że uda mi się wydostać z tego koszmaru. Zbiegłem z górki i moim oczom ukazał sie tartak. Tam muszą być ludzie! Albo On. Wzdrygnąłem się na samą myśl. Światła w budynku były zgaszone, a pnie kołysały się pod wpływem silnego nurtu. Zapukałem do drzwi, lecz po dłuższej chwili nadzieja umarła. W środku nikogo nie było. Chwyciłem desperacko za klamkę, która z brzdękiem spadła na ziemię. Dźwięk ten byłby w stanie obudzić zmarłego z wiecznego snu, a ja nie chciałem wzywać tutaj Jego. Popchnąłem drzwi, które zaskrzypiały nieprzyjemnie. W środku było jeszcze ciemniej niż na zewnątrz. Miejsce musiało być nieużywane od dłuższego czasu, gdyż wszystkie regały, czy półki pokrywała gruba warstwa kurzu. Ostrożnie świeciłem latarką po pomieszczeniu, chcąc uniknąć nieprzyjemnego widoku. Zapach stęchlizny było nie do zniesienia. Wiatr trzasnął głośno drzwiami, a żyrandol prawie spadł mi na głowę. Światło padło na ścianę naprzeciwko mnie: "TO NIE JEST TWOJE MIEJSCE". Serce zaczęło bić szybciej, kiedy na kartce widniał identyczny napis jak na ścianie. Nie zamierzałem tutaj nocować. Nie po tym co tu widziałem.
Cztery
W głowie cały czas migotały mi wspomnienia z tartaku. Czy ktoś do cholery gra ze mną w konkretną grę? Byłem zmuszony bić się z myślami, aż do momentu gdy ścieżka skończyła się, a ja nie wiedziałem, w którą stronę iść. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby zboczyć z wytyczonej trasy i iść z powrotem w stronę tartaku. Szedłem powoli, coraz bardziej zmęczenie dawało o sobie znać. Coś mnie podkusiło, żeby usiąść pod jednym z drzew i odsapnąć chwilę, dać odpocząć umysłowi, pozwolić strachowi zejść z moich pleców. Ułożyłem wszystkie trzy pożółkłe papiery na ziemi i wpatrywałem się jak zaczarowany w trzy napisy na kartkach. Obróciłem każdą z nich. Wreszcie ujrzałem tego, który w tym momencie może być nawet za mną, czekając na mój błąd. Wysoka, tajemnicza postać narysowana była za pomocą ołówka. Szkicowana była w pośpiechu, jakby ktoś zapomniał o najważniejszych szczegółach. Osoba, która tworzyła obraz nie widziała widocznie twarzy postaci. Wiatr zawiał nieprzyjemnie, aż musiałem opatulić się ciepłą kurtką. Zwinąłem kartki, powstałem z lodowatej ziemi i zamierzałem iść w stronę... no właśnie... gdzie jest do cholery ścieżka? Świeciłem jak oparzony latarką pomiędzy drzewami. BUM! On. Stał pomiędzy dwoma drzewami. W garniturze, bez twarzy. BUM! Zniknął. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Spojrzałem na kartkę na drzewie, którą musiałem ominąć: "NIE UCIEKNIESZ".
Subskrybuj:
Posty (Atom)