"Je­dyna wol­ność to zwy­cięstwo nad sa­mym sobą"

Fiodor Dostojewski


środa, 24 kwietnia 2013

Wyzwolenie

Nikolaj wraz z Gregorim ruszyli w stronę miasta. Co ich tam spotka?
W muzyce preferuję zmianę klimatu na kawałek bardziej z kopem, lecz tekst idealnie odzwierciedla świat przedstawiony w "Utraconej Ścieżce"
Miłej lektury ;)





UTRACONA ŚCIEŻKA cz. II



Zagubiona dusza


Podróż przez bagna upływała mi bardzo szybko, gdyż Gregori okazał się być świetnym kompanem do konwersacji. Przytoczył mi wiele historii związanych z jego życiem, lecz jedna zapadła mi szczególnie w pamięci:
- Poważnie? - zapytałem, nie dowierzając w słowa towarzysza.
- Oczywiście. Dokładnie tą strzelbą, którą widzisz na moich plecach.
- Jak ci się to udało zrobić?
- Normalnie. Dziadek podczas polowania oddalił się nieco, a ja, że ponosiła mnie dziecięca chęć przygody, rzuciłem się pogoń za jednym z lisów. Zanim się zorientowałem zwierzę czmychnęło do nory, a ja zostałem sam w ogromnej puszczy. Miałem raptem czternaście lat. Błądziłem po lesie bardzo długo, aż trafiłem na jedną z górskich jaskiń. Młody i głupi byłem. Nie liczyłem się z tym, że zazwyczaj większość jam musi być przez kogoś zamieszkana. Gdy już udało mi się wdrapać do ogromnej wyrwy, przywitało mnie najpierw stado nietoperzy, a zaraz po nich właściciel siedliska. Mówię ci, Nikolaj. Takiego bydlaka nie widziałeś pewnie nawet w podręcznikach od biologii. Próbowałem uciekać, lecz jedno smagnięcie łapą rozerwało mi koszulę oraz zostawiło paskudną ranę. Upadłem. Myślałem, że już po mnie, lecz ostatki zdrowego rozsądku sprawiły, że zdołałem sięgnąć po strzelbę i wpakować bestii dwa pociski w tłusty, obrzydliwy łeb. Niedźwiedź zwalił się tuż koło mnie, omal mnie nie przygniatając. Godzinę później dziadek wraz z ekipą poszukującą znaleźli mnie leżącego na jednym z głazów.
Pokiwałem głową z uznaniem, gdyż przyznam, że trochę zazdrościłem Gregoriemu. Sam nie mogłem pochwalić się podobnymi ociągnięciami. Ojciec w dzieciństwie zabierał mnie często do zoo lub do umiejscowionego na obrzeżach miasta starego lunaparku, lecz polowanie było dla mnie tematem tabu. Zawsze chciałem, żeby dziadek lub ojciec zabrali mnie za sobą do okolicznych lasów, niestety nigdy nie doczekałem się tej chwili. Szliśmy już dobre kilkanaście minut, a krajobraz nadal wyglądał tak samo. Gęsta, wysoka trawa pod stopami oraz stare, pokryte mchem drzewa, które ledwo bytowały w warunkach bagiennych. Raz kiedy, można było natrafić na leżące, spróchniałe kłody lub małe skupiska głazów. Wokół wszędzie otaczały nas cuchnące akweny, które wytyczały nam trasę poprzez wydeptaną ścieżkę. Wkrótce zaczęliśmy natrafiać na ślady ludzkiej obecności na moczarach. Gdzieniegdzie walały się zniszczone palety, albo niebieskie beczki muszące służyć kiedyś za koksowniki. Oprócz tego mogliśmy dostrzec także kupki puszek, butelek, czy spalonych kartek papieru. Domyślałem się, że grupa zamieszkująca miasto często musiała robić wypady na bagno oraz poza nie. Dziwne, że nie udało im się odkryć kompleksu, ani wioski. Gregori odgarnął rękoma gęste krzewy i rozpoczęliśmy przedzieranie się przez sploty gałęzi.
- Kurwa mać! - krzyknąłem z wrażenia, gdy zobaczyłem obraz rozpościerający się przede mną.
- Cmentarza nigdy nie widziałeś? - skwitował moje zdziwienie Gregori.
Przed nami znajdowała się ogromnych rozmiarów nekropolia. Groby wyglądały na nietknięte, lecz mimo wszystko brak świeżych kwiatów i zniczy na płytach sprawiał, że miejsce wyglądało na bardzo ponure. W centrum grobowiska stała ceglasta kaplica z dużym krzyżem na szczycie dachu. Tuż przy budowli znajdowałai się wysoka, kamienista dzwonnica, która kiedyś informowała innych o czyjejś śmierci. W rogach oraz w okolicy opuszczonej budowli stały posągi aniołów dzierżących oręż, zaś cały kompleks okalany był kamiennym murkiem naszpikowanym ostrymi, żelaznymi wypustkami. Gregori ruszył pierwszy, gestem ręki zachęcając mnie, żebym poszedł za nim. Nie uśmiechała mi się podróż pomiędzy miejscami spoczynku zmarłych. Mój przewodnik lufą broni, odchylił cmentarną bramę, która zaskrzypiała nieprzyjemnie. Dźwięk rodem z horrorów, brakowało tylko latających nad naszymi głowami kruków. Aleja przecinająca wskroś kompleks prowadziła do kolejnej bramy, która pozwoli nam wydostać się z tego przeklętego miejsca. Mijałem powoli kolejne uliczki z ułożonymi w rządku grobami i starałem się nie patrzeć na wyryte inskrypcje na nagrobkach. Zaraz, zaraz...
- Gregori, czekaj.
Skręciłem w lewo i przystanąłem przy jednym z grobów. Gregori stanął tuż za mną i przeczytał na głos:
- Fiona Dagojevic. Urodzona w roku 1967, a zmarła w roku 1998. Co w tym dziwnego?
- Zmarła 27 kwietnia. Pięć dni po katastrofie.
-I? - Gregori rozłożył bezradnie ręce.
- W zasadzie to nic, lecz zaintrygowało mnie, kto miał na tyle siły i czasu, że zamiast ewakuować się z miasteczka, wolał pochować tę osobę.
- Mówi się, że w Grozisku została spora grupka osób, która nie zamierzała opuszczać swoich domostw. Jednak jak na razie nikt na nich nie natrafił. Podobno część z nich uciekła na rozległe bagna, a reszta po prostu umarła z głodu we własnych piwnicach. Ja osobiście nie wierzę w te bajki.
- Spadajmy stąd.
- Wedle rozkazu.
Ponownie trafiliśmy na główną alejkę, licząc, że szybko uda nam się opuścić cmentarz. Dzyń, dzyń, dzyń. Dźwięk dzwonu był w tym miejscu cholernie zaskakujący, nie mówiąc tym, że wydobywał się z opuszczonej kaplicy.
- Kurwa mać! Jeśli jakieś bestie są w okolicy, to właśnie idą nam na spotkanie.
- Cicho, Nikolaj! Nic nam nie będzie. Pędem do kaplicy!
Gregori plecami otworzył drewniane drzwiczki i rozejrzał się po środku. Ławy były ułożone w rządku, ołtarz nietknięty, a kolumny nadal spełniały swoją funkcje. Szliśmy razem przytuleni do wilgotnej ściany, zbliżając się do schodów prowadzących na dzwonnice. Gregori pierwszy zaczął wchodzić po starych stopniach. Dźwięk dzwonu był coraz słabszy, jakby winowajca wiedział, że jesteśmy w pobliżu. Nerwowo oglądałem się za siebie, upewniając się, czy jakakolwiek bestia nie zamierza mnie rozszarpać.
- Cholera jasna. - Usłyszałem głos Gregoriego z góry - Chodź. Musisz to zobaczyć.
- W mordę.
Na sznurze od dzwonnicy zwisało ciało owinięte czarnym całunem. Tuż pod nim na podłodze wymalowany był szeroki pentagram, w którego rogach paliły się wysokie świece. W centrum pięcioramiennej gwiazdy stał malutki ołtarz poplamiony krwią. Dostrzegłem także leżący koło niego mały sztylet służący najprawdopodobniej do rytuału.
- Chore skurwysyny. Myślą, że te szatańskie obrządki sprawią, że bestie ominą szerokim łukiem to miasto.
Splunął z pogardą i kontynuował:
- Pomóż mi ściągnąć ciało.
Bez zbędnych pytań zabraliśmy się do mało przyjemnej pracy. Położyliśmy zwłoki na panelach, usuwając najpierw szpecący pentagram oraz ołtarz. Gregori szybkim ruchem przeciął całun od brzucha, aż do twarzy i odchylił fragment materiału. Cała klatka piersiowa nosiła ślady uderzeń ostrym narzędziem. Zerwałem z głowy ofiary czarny worek i zamarłem. Miałem ochotę krzyczeć, albo zniszczyć cokolwiek. Serce waliło mi jak oszalałe, a pięści aż same chciały uderzać z całej siły, w którąś z kolumn kaplicy.
- Nikolaj, wszystko w porządku?
Spojrzałem na niego z bezpodstawnym wyrzutem.
- Zaraz, czy to nie jest...
- Tak, dokładnie. To on.
Spodziewałem się, że Jurij odnajdzie swoje miejsce w tym okrutnym świecie. Niestety jego własny raj okazał się być piekłem.

***************************************************************************

Starzy znajomi


Od dobrych kilkunastu minut siedziałem w rogu dzwonnicy, wpatrując się pustym wzrokiem w leżącego na podłodze Jurija. O ile potrafiłem się pogodzić z jego odejściem, mając świadomość, że sam szuka własnego raju, to teraz miałem ochotę skarcić sam siebie za to, że nie próbowałem go zatrzymać. Dopiero w momencie, gdy zobaczyłem twarz Jurija, cały ten klosz pod którym trzymałem ból związany ze śmiercią trójki moich towarzyszy, po prostu pękł. Dość miałem ucieczek, chowania głowy w piasek i unikania spotkania z rzeczywistością. Poszukałem wzrokiem Gregoriego, lecz zorientowałem się, że w pomieszczeniu byłem zupełnie sam. Nie zamierzałem zostawiać Jurija jako przynęty dla bestii. Z trudem zarzuciłem masywne ciało na barki i próbowałem sam wynieść je z dzwonnicy. Na szczęście w rogu, tuż koło schodów uchylone były malutkie drzwiczki, które prowadziły na teren cmentarza. Podźwignąłem się z podłogi i wyszedłem na zewnątrz, licząc, że znajdę w okolicy mojego kompana. Cholera jasna. Mgła opadła na grobowisko niczym chmura, sprawiając, że widoczność zmalała raptem do kilku metrów. Oparłem ciało o kamienistą ścianę i chwyciłem za kałasznikowa zwisającego przy prawym boku. Nie podobała mi sie obecna sytuacja, zważywszy na to, że nigdzie nie mogłem znaleźć Gregoriego. Nie chciałem łaskawie czekać aż wróci. Patrzyłem uważnie pod nogi, byle tylko nie zakłócić spoczynku zmarłym, przypadkowo stąpając na miejsce ich spoczynku. Światło z latarki błądziło po wyrytych na nagrobkach inskrypcjach, a ja zastanawiałem się, czy sekta, która uśmierciła Jurija, koczuje nadal w okolicy cmentarza, czy udała się już do miasta. Głupio mi było zostawiać ciało przyjaciela przy ścianach kaplicy, ale z nim na plecach miałbym minimalne szanse na przeżycie. W dalekiej odległości dostrzegłem kontur postaci, która stała nieruchoma, jakby czekała na kogoś. Chciałem krzyknąć, lecz zaraz uświadomiłem sobie, jaką głupotę bym zrobił, zdradzając swoją pozycję. Skradłem się w stronę nieznajomej osoby, starając się zachować maksymalną ciszę. Zacisnąłem ręce na karabinie, który jako jedyny dodawał mi nieco odwagi. Posąg. W mordę, a ja bałem się jak dziecko. Anioł trzymał długi miecz wysoko w górze, kierując wzrok ku niebu. Skrzydła były złożone, jakby nie miały siły latać. Twarz postaci wyrażała cierpienie i smutek, zdawało mi się, że widzę jak w wyrzeźbionych oczu spływają krople łez. Za długo wpatrywałem się jak zahipnotyzowany w postać anioła. Cofałem się, nie spuszczając wzroku z kamiennego posągu. Bum. Zderzyłem się z... Osoba otulona czarnym płaszczem stała przez chwilę nieruchomo, by nagle rozłożyć ręce w geście bezradności. Spod kaptura wyłoniła się wygolona, pomarszczona twarz. Łysy starzec wyszczerzył zęby w paskudnym uśmiechu, a oczy zabłysnęły ognikami gniewu. Spod materiału wysunął się zaostrzony sztylet, niemal identyczny jaki widziałem w dzwonnicy koło ołtarza. Instynktownie sięgnąłem po broń, chcąc odesłać starca do zaświatów. Nic z tego. Najpierw poczułem silne uderzenie w plecy, a zaraz po nim cztery ręce zmusiły mnie do uklęknięcia przed zakapturzonym psychopatą. Próbowałem wyrwać się z uścisku osiłków, lecz silne dłonie pewnie trzymały mnie w jednym miejscu. Starzec wymachiwał sztyletem w powietrzu, wyszeptując przy tym niezrozumiałe dla mnie słowa. Nagle przestał, jakby zaniepokoił go odgłos, który usłyszał w bliskiej odległości. Uścisk trzymających mnie postaci poluźnił się, więc nie mogłem zmarnować takiej szansy. Z całym impetem uderzyłem jednego z osobników w brzuch, starając się wyswobodzić z rąk drugiego. Starzec zniknął mi z pola widzenia, a w jego miejscu pojawiła się osoba, której szukałem od dłuższego czasu.
- Spadamy, Nikolaj!
Rozległa się głośna seria z karabinu, a po chwili usłyszałem, jak dwie postaci za mną padają na ziemię. Gregori podał mi rękę i zapytał zdyszany:
- Trzymasz się? Nic ci nie jest?
- Nie, nie. Wszystko w porządku. Co to do kurwy nędzy było!?
- Pieprzona sekta, która zajęła się twoim koleżką. Trzymaj się blisko mnie, udamy się do Groziska. Tutaj jest ich za wielu.
- Za wielu? - wydukałem, idąc za Gregorim.
- Tia. Odkryłem jeden obóz sto metrów od zachodniej strony cmentarza. Pewnie jest ich więcej.
Gregori rozglądał się gorączkowo w mgle, starając się zlokalizować główną alejkę, która doprowadziłaby nas do wyjścia. Po czarnej sekcie nie było śladu, jakby rozpłynęli się w powietrzu. Gregori nagle zdecydowanym gestem nakazał, żebym się zatrzymał i zachował milczenie.
- Kładź się na ziemi. Szybko - syknął.
Byliśmy może kilka kroków od głównej alei, dalej dostrzegłem zarysy żelaznej bramy cmentarnej. Chciałem szybko dowiedzieć się, czemu leżymy pośród nagrobków, lecz po chwili otrzymałem odpowiedź. Brukowaną ulicą szedł powolny pochód złożony z dużej grupy czarnych wyznawców. Na czele orszaku stał "stary znajomy", który prawie oszpeciłby ranami moją klatkę piersiową.
- Szukają nas - rzucił Gregori, gdy grupka zniknęła w mgle - Spodziewają się, że krążymy gdzieś pomiędzy grobami.
- Uważasz, że w miasteczku będziemy bezpieczni?
- W obecnej sytuacji nigdzie nie jest bezpiecznie. Jeśli dotrzemy do miasta, może uda nam się przebić dalej.
Może. Od dłuższego czasu w każdej podjętej decyzji, zawsze jest cień wątpliwości. Gregori pierwszy wyszedł przez uchyloną bramę, obserwując teren przez nami.
- Do miasta jest niecały kilometr. Módl się, żebyśmy nie spotkali nikogo z tych sukinsynów.
Jedynym plusem było to, że wreszcie nie czułem pod nogami niepewnego, błotnistego terenu, lecz miękką, wysoką trawę. Widocznie ostatnim odcinkiem prowadzącym do miasta była zwyczajna polana, którą mieszkańcy mogli się dostać do miejscowego cmentarza.
- Wiedziałeś o istnieniu tej sekty? - zapytałem zaciekawiony.
Pokiwał przecząco głową.
- W życiu. Najgorsze jest to, że nie mam pewności czy te skurwysyny to wataha, której szukamy.
- Zasztyletowali Jurija jak wieprza.
- I zapewne kilku innych samotników także. Niekoniecznie w tej dzwonnicy. Skoro jeden obóz jest koło cmentarza, coś mówi mi, że rezydują teraz w Grozisku.
- O ile się nie walnąłem w rachunkach mam raptem 56 naboi.
- No to nosisz ze sobą 56 przyszłych śmierci, druhu.
- Aż tak wierzysz w moją precyzję?
- Wierzę, że sekciarze nie posługują się tylko śmiesznymi sztyletami. Sami ich nie powybijamy. Lecz gdyby odciąć potworowi głowę...
- To no na jej miejscu wyrośnie kolejna. Śmierć tego łysego starca dużo nie zmieni.
- Ale zrani bestie. - Przerwał na chwilę - Widzisz tamto wzgórze?
- Ciężko je przeoczyć.
- Witaj w Grozisku, Nikolaj.

***************************************************************************

Miasto grzechu


Miasteczko, w przeciwieństwie do wioski, było o wiele większe niż się spodziewałem. Wielokrotnie z grupą zastanawialiśmy się, czy warto zwiedzać skraj puszczy. Teraz wiem, że popełniliśmy koszmarny błąd. Gregori machnięciem ręki zachęcił mnie, abym wdrapał się za nim na wzgórze, z którego był doskonały widok na całą okolice. Położyłem się tuż koło przewodnika i odsunąłem dłonią zawadzające mi gałęzie jednego z krzewów. Ulica usłana była porzuconymi samochodami, które zostały pośpiesznie opuszczone przez właścicieli ratujących własną skórę. Budynki wydawały się być nietknięte, lecz prawdopodobieństwo, że udałoby się znaleźć w nich coś wartościowego było naprawdę niskie. W kilku miejscach widać było ślady rozpalonego ognia lub porozrzucanych wszędzie koksowników. Na dachach porozmieszczane były pochodnie, które zapewne rozpalane były w razie zagrożenia. Dziwił mnie niezmiernie fakt, że nigdzie nie było widać sekciarzy. Oczekiwałem wart na dachach, czy kilku zakapturzonych przez wejściach do budynków, lecz ulice świeciły pustkami.
- Albo wszyscy zaangażowani są w poszukiwania, albo siedzą w budynkach i czekają aż sami do nich przyjdziemy.
Gregori splunął przed siebie.
- Wiedzą gdzie ich miejsce. Albo na cmentarzu dwa metry pod ziemią, albo poukrywani w budynkach niczym szczury.
Podniósł się z ziemi i zaczął schodzić z wysokiego wzniesienia. Ostrożnie stawiał każdy krok, próbując dopasować stopę do udeptanych półek. Po chwili szliśmy polną ścieżką, mając skupisko budynków po lewej stronie i mały zagajnik po prawej. Gdyby nie fakt, że od roku nie ma spokojnego miejsca do zamieszkania, miasto wydawało się być idealnym miejscem, żeby spędzić tutaj wakacje z rodziną. Mgła z minuty na minutę była coraz słabsza, pozwalając słabym promieniom słonecznym dostać się na ziemię. Ścieżka nagle zakręciła głęboko w dół, ponownie zmuszając nas do nie lada wysiłku. Gdy udało nam się bezpiecznie zejść, przed oczami wyłonił nam się pierwszy, odrapany blok. Na otynkowanej ścianie widniały napisy informujące o smutnym wydarzeniu sprzed roku typu: "Nie ma ratunku", "Bóg patrzy z góry", czy najbardziej dobitny przekaz: "Dokąd uciekniesz?". Deptaliśmy ciężkimi butami po płytkach, które odpadły od budowli. Gregori wychylił się zza kantu i rozejrzał po opustoszałej ulicy. Machnął tylko bezradnie rękoma. Wdrapał się na jeden z balkonów, a po chwili podał mi rękę, pomagając wejść na górę. Nawet taka przeszkoda przypominała mi o moich brakach w umiejętności wspinaczki. Weszliśmy do pomieszczenia, które musiało służyć za salon. Sofa leżała wywrócona do góry nogami, ściany były całe odrapane, zaś na podłodze leżały porozrzucane ubrania oraz kawałki żyrandolu, który spadł na panele. Gregori poszedł w lewą stronę, zostawiając mi oczywiście do sprawdzenia sypialnię. Drzwi były uchylone, gdyż słyszałem, jak delikatnie trzaskały smagane podmuchami wiatru. Wszedłem powoli do pokoju, wierząc, że nie zastanę w nim byłych właścicieli, jak miało to miejsce w wiosce. Sypialnia jak każda inna. Małżeńskie łoże, dwie szafki po boku, jedna szuflada, lustro i duża szafa. Okno w pokoju było uchylone, pozwalając wiatrowi wprawiać w ruch różowe zasłony. Wyjrzałem na zewnątrz, licząc, że uda mi się znaleźć cokolwiek wartościowego. Nic. Ponownie poodpadane płytki oraz wszechobecna, gęsta trawa.
- Masz coś?
W życiu nie przyrżnąłem tak mocno głową w jakikolwiek kant.
- Kurwa mać, Gregori. Nie rób tak więcej.
- Jak? - odparł, robiąc zdziwioną minę.
- Nieważne - odpowiedziałem na odczepnego, masując obolałą głowę - Nic tutaj nie ma.
- W kuchni to samo. Wyczyszczona do zera. Mamy masę pokoi do ogarnięcia. Bierz piętra nieparzyste, jak zobaczysz cokolwiek szukaj mnie na parzystych poziomach.
Najbliższe godziny upłynęły nam na mozolnym i rutynowym przeszukiwaniu mieszkań. O ile kochałem to robić z byłymi kompanami, to po przeszukaniu nastego lokum, miałem zwyczajnie dość. Układ pokoi był niemal taki sam, jakby architekt miał ciężki dzień i skończył projekt budynku na kolanie. Został mi ostatni cel, w którym o dziwo drzwi były zamknięte. Kolbą zniszczyłem stare zawiasy i mogłem swobodnie wejść do środka. Pozornie mieszkanie wyglądające jak każde inne. Minąłem kuchnie i dotarłem do salonu.
- Cholera jasna - powiedziałem sam do siebie.
- Cholera jasna - powtórzył Gregori, gdy zobaczył moje znalezisko.
W jednej ze ścian wmontowana była wysoka klatka z uchwytami na najróżniejszego rodzaju bronie. Zastanawiałem się, dlaczego spora część karabinów ulokowana była w tak wysokim punkcie. Dopiero, gdy zobaczyłem widok z balkonu oraz porobione w ścianie wyłomy zrozumiałem, że to mieszkanie jest idealnym miejscem do ostrzału lub obrony przed bestiami.
- Nikolaj, druhu. Odkryłeś przepustkę do uratowania naszych tyłków.
Załadowałem do kieszeni w kamizelce po kilka magazynków kałasznikowa, czując się znaczenie pewniej, mając blisko siebie taką ilość amunicji. Do paska doczepiłem kaburę z ulubionym Glockiem, a na plecy przerzuciłem snajperkę Dragunowa.
- No, no, no - ironizował Gregori - Nareszcie wyglądasz jak żołnierz.
- Czego nie można powiedzieć o tobie.
- Jestem wybredny, jeśli chodzi o wybór broni. O jest!
- RPD z bębenkiem na więcej naboi, luźnym zamkiem oraz szybkostrzelnością.
- Czapki z głów dla RPD.
Wyszedłem na balkon i spoglądnąłem na martwą ulicę usłaną po brzegi pozostawionymi samochodami.
- Trzymajcie to diabelstwo, do cholery!
Kobiecy głos. Obróciłem głowę w lewą stronę i szczerze powiedziawszy ten obraz zapadanie mi na długo pamięci.
- Gregori, chodź tutaj.
Przyklęknęliśmy, próbując uniknąć wykrycia przez czarnych wyznawców. Kobieta opatulona szczelnie płaszczem szła na czele pochodu, klnąc niemiłosiernie i narzekając na czterech pomocników trzymających bestię na grubych, żelaznych łańcuchach. Potwór wył przeraźliwie głośno, starając się wyrwać i ukarać swoich obecnych właścicieli.
- Banda idiotów. Szósta bestia, a wy nadal nie potraficie ustalić planu działania. Gładyr, skoro się szarpie pociągnij mocniej za łańcuch, a nie patrzysz jakbyś po raz pierwszy w życiu zobaczył kobiece piersi.
- Przecież Gładyr pewnie nie wie jak wyglądają - odezwał się jeden z osiłków.
Wszyscy roześmiali się głośno, zdawało się, że nawet bestia nieco uspokoiła się, słysząc ten komentarz. Chłopak spuścił głowę, wiedząc, że próba odszczeknięcia większemu od niemu, skończyłaby się srogim łomotem.
- Dość tych żartów. Walerij, otwieraj te drzwi i zabieramy się do pracy.
Kobieta zsunęła z głowy kaptur i wreszcie mogłem dostrzec z kim mamy do czynienia. Jasne, blond włosy mocno kontrastowały się z czarnym jak smoła płaszczem. Nie byłem w stanie dostrzec dokładnie jej rysów twarzy, lecz nie miałem cienia wątpliwości, że była piękna.
- Jasna cholera. Co za dziewoja.
Spojrzałem się wymownie na Gregoriego który wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- No co?
- Może pora poznać ją trochę bliżej oraz dowiedzieć się, co robią bestie w tym mieście.
- To ja zajmę się tym pierwszym, a ty tym drugim.
Klepnął mnie w ramię i pierwszy opuścił balkon. Spojrzałem jeszcze ukradkiem na ulicę i okoliczne tereny wokół miasta. Myśli o zostawieniu Jurija przy kaplicy powracały do mnie jak pieprzony bumerang, lecz wiedziałem jedno. Zemsta to pierwszy krok, jaki poczynię ku własnemu rajowi.

***************************************************************************

wtorek, 23 kwietnia 2013

Nadzieja umiera ostatnia

Witam ponownie :)

Nikolaj po utracie nadziei, dostaje szansę od losu i ma okazję do ucieczki. Którą drogę wybierze?
Zapraszam do lektury.





UTRACONA ŚCIEŻKA cz. I



Ucieczka


"Wskazówka licznika Geigera skakała na lewo i prawo, uświadamiając mi, że trasę, którą wybrał nieznajomy nie była na tyle bezpieczna, jak się spodziewałem. Dzięki ochronnemu skafandrowi czułem się nieco pewniej, lecz nawet szczelna maska nie sprawiała, że moje kroki były przekonujące. Ścigające nas mutanty musiały odpuścić pogoń, co było jedyną dobrą informacją, jeśli chodzi o nasze położenie. Ściany tuneli zdawały się być coraz bardziej klaustrofobiczne, gdzieniegdzie pojawiały się na nich zacieki od najróżniejszego rodzaju cieczy, których mój węch nie potrafił teraz zinterpretować. Odkąd powierzyłem swój los w ręce nieznajomego, nie odezwaliśmy się do siebie nawet słowem. Nie wiem, czy wynikało to z obecnej sytuacji, czy może po prostu z braku chęci rozmowy. Jednak jedno pytanie nie dawało mi spokoju od dłuższego czasu. Dokąd mój przewodnik mnie prowadzi?"

***************************************************************************

Azyl


- To tutaj - odezwał się po raz pierwszy nieznajomy.

Pomieszczenie cuchnęło tak mocno, że odór dostawał się nawet przez filtry maski. Światło z latarki doczepianej do lufy karabinu błądziło po ścianach porośniętych grubą warstwą mchu oraz porośli. Dokładnie słyszałem, jak w przeciwległym kącie o betonową podłogę obija się strumień wody, który musiał dostać się tutaj z powierzchni. Smuga światła wreszcie natrafiła na przedmiot mający zapewnić nam ewakuacje z tego przeklętego kompleksu. Przed oczami stanęła mi metalowa drabina, która musiała prowadzić do jednego z budynków socjalnych lub energetycznych bazy wojskowej.
- Za długo tutaj zabawiliśmy, co? - zakomunikowałem, licząc, że rozmowa sama się będzie kleić.
Obcy mruknął coś pod nosem, po czym dodał:
- Jeśli się sprężymy, zdążymy dotrzeć do bezpiecznego miejsca.
I tyle sobie pogadaliśmy. Pierwszy wszedł na szczeble drabiny i po chwil zniknął w ciemnościach tunelu. Nie kazałem mu długo czekać i zaraz po nim zameldowałem się na górze. Tak jak się spodziewałem, znaleźliśmy się w miejscu, w którym baza zaopatrywana była w energie elektryczną. Ogromne, stare generatory, które powinny chodzić na najwyższych obrotach i wydawać złowrogie dźwięki, teraz stały pokryte kilkucentymetrową warstwą kurzu. W przeciwieństwie do poprzednich budynków, które zwiedzałem z Saszą... w mordę. Przez całe to zamieszanie z nieznajomym kompletnie zapomniałem o towarzyszu, który zdecydował się oddać w ręce mutantów. Cała nasza czwórka była przyzwyczajona do śmierci. Nauczyliśmy się, że dzisiejszy świat jest rajem dla kostuchy, która w każdym momencie może otulić swoim czarnym płaszczem kogoś, z kim jedliśmy i śmialiśmy się przy ognisku zeszłej nocy. Tłumienie negatywnych myśli i wspomnień pozwalało nam zachować resztki zdrowego rozsądku, co było niezbędne, jeśli chodzi o przeżycie w gronie bestii.
- Aż tak fascynujesz się elektryką? - Zorientowałem się, że przez dłuższą chwilę wpatrywałem się jak zahipnotyzowany w wiszącą na kablu świetlówkę.
- Potrzebujemy w tym miejscu masek? - zapytałem nagle - Wskazówki na liczniku nie szaleją.
- Ale ty będziesz, jak zdejmiesz kombinezon w miejscu gdzie cię zaprowadzę.
Poczułem się jak dziecko w podstawówce, które dostaje reprymendę od nauczyciela za powiedzenie jakiegoś głupstwa. Obcy uchylił powoli drzwi, upewniając się, czy żadne cholerstwo nie zamierza pokrzyżować nam planów. Kiwnięciem głowy zachęcił mnie do wyjścia. W rzeczywistości pobyt w labiryncie pokoi zajął nam więcej czasu niż myślałem, gdyż słońce powoli chyliło sie ku zachodowi. Musieliśmy opuścić podziemia z drugiej strony bazy wojskowej, bo żaden budynek nie wydawał mi się znajomy. Podążałem jak cień za swoim przewodnikiem, mając nadzieję, że uda nam sie zdążyć przed zapadnięciem zmroku. Walka z bestiami w środku nocy nie była dobrym pomysłem, zważywszy na to, że w swoim kałasznikowie miałem resztki amunicji, a ostatni magazynek cały czas czekał w jednej z kieszeni w kamizelce. Liczyłem na to, że w razie zagrożenia nieznajomy zaskoczy mnie jakimś niekonwencjonalnym zachowaniem. Gdy wreszcie udało nam się dzięki dziurze w siatce opuścić teren kompleksu, obcy znacznie przyśpieszył kroku, jakby czuł zbliżającą się ciemność. Nie miałem wyboru. Musiałem biec za nim, próbując dostosować się do narzuconego tempa. Przyznam, że wyścig z chowającym się za wzniesieniem słońcem nie należy do przyjemnych. W szczególności, gdy zmierzch jest zaproszeniem bestii do wyjścia na zewnątrz. Przez filtry maski zaczęły przedostawać się zapachy, które z łatwością potrafiłem zidentyfikować.
- Żartujesz, nie? - wysapałem zdyszany jak po maratonie.
On nagle zatrzymał się i obrócił w moją stronę. Nie widziałem jego twarzy, ale wiedziałem, że rysuje się na niej rozczarowanie lub złość.
- Tylko bagna dzielą nas od miejsca, które zapewni nam schronienie.
- Nie ma innej drogi, prawda? - zapytałem idiotycznie.
- Gdyby była, właśnie byśmy jedli ciepły posiłek i grzali swoje zmęczone tyłki przy ognisku. Ruszaj się póki mamy czas.
Westchnąłem głośno. Nienawidziłem cholernie tej bulgoczącej cieczy, ani zapachu jaki się z niej wydobywa. Za dużo nasłuchałem się od dziadka strasznych historii o tym miejscu. Nie wspominając o bracie, który zawsze jak kładłem się spać, wchodził pod łóżko i łapał mnie za nogi, wydając przy tym dźwięki jak dziadek, gdy przedstawiał potwora z opowieści. Wysokie kalosze oraz gumowy kombinezon sprawiały, że podroż przez podmokłe tereny nie była aż tak niewygodna, jak sobie wyobrażałem. Licznik Geigera trzeszczał nieprzyjemnie, co wcale nie wzruszało przewodnika. Wręcz przeciwnie. Nieznajomy poruszał się po bagnach bardzo swobodnie, unikając zagłębień lub niepewnych gruntów, które sprowadziłyby go w śmierdzącą breje. O ile tereny puszczy były lekko spowite wieczorną mgłą, to w okolicy bagien była ona gęsta jak zsiadłe mleko. Nieznajomy zwolnił kroku i wysunął w górę pięść, dając sygnał żebym się zatrzymał. Kazał mi się przybliżyć, a następnie wskazał palcem na skupisko spróchniałych kłód otulonych przez zanieczyszczoną wodę. Dobrze pamiętałem programy przyrodnicze na lokalnych kanałach i wygląd krokodyla. Lecz gady, które leżały spokojnie na zwalonych drzewach, dwukrotnie musiały przerastać wielkością znane mi z telewizji zwierzęta. Ich ciała pokrywały ciemnozielone łuski, które najprawdopodobniej nie ucierpiałyby pod ostrzałem z naszych broni. Nieznajomy gestem ręki nakazał zachowanie ciszy, a sam ruszył powoli do przodu. Stąpałem niczym cień po jego śladach, starając się wywołać jak najmniejszy hałas, byle tylko nie zwrócić uwagi bestii. Czułem, jak strużki potu ściekają mi po twarzy, a ubrania lepią się do zmęczonego podróżą ciała. Miałem ochotę zrzucić z siebie ten cholerny kombinezon i wreszcie zaznać kąpieli. Przeszliśmy dobre kilkadziesiąt metrów, oddalając się od wylegujących się gadów.
- Byłeś żołnierzem, prawda? - zapytałem najciszej jak potrafiłem.
- Coś w tym stylu - odparł od niechcenia - Już blisko.
Uprzedził moje kolejne pytanie, jakby odczytał moje myśli. Przeszliśmy po przewalonym dębie, który w połowie zanurzony był w wodzie, by po chwili ponownie trafić na naturalny pomost stworzony przez przyrodę. Wskazówki licznika nagle ucichły, dając chwilę wytchnienia zmęczonym bębenkom usznym. Nieznajomy spowolnił kroku i pozwolił mi nareszcie na chwilę oddechu. Rękoma odsunął gęsty splot gałęzi wierzby i wszedł do środka, zostawiając mnie samego w wysokiej trawie.
- Wchodzisz czy nie? - odezwał się głos zza krzaków.
Obawiałem się, że jedyne na co trafię to malutki szałasik w centrum oraz dół wykopany w ziemi służący za wychodek. Jednak w realiach dzisiejszego świata, to miejsce nazwałbym co najmniej czterogwiazdkowym hotelem.
- Witaj w moich skromnych progach.
Schronienie otoczone było przez skupisko wierzb, których zwisające gałęzie zapewniały azyl przed wzrokiem bestii. W centrum zagłębienia znajdowała się lepianka, przypominająca eskimoskie igloo. Usiadłem na wystającym głazie i nareszcie mogłem z siebie zrzucić te ciasną, niewygodną maskę i odetchnąć naturalnym, choć cuchnącym powietrzem. Przejechałem ręką po krótko ostrzyżonych włosach, czując niesamowitą ulgę. Nieznajomy także zrzucił z siebie maskę, sprawiając, że mogłem ujrzeć jego oblicze. Obraz obcego, który zakorzenił się w mojej głowie szybko odszedł w zapomnienie.
- Spodziewałeś się kogoś młodszego, hę? - zapytał ironicznie.
Nie wiedziałem za bardzo co odpowiedzieć, zważywszy na to, że mój wybawiciel mógłby być moim ojcem. Nieznajomy podrapał się po bujnym zaroście i odchrząknął głośno.
- Gregori. - Wyciągnął w moją stronę prawą dłoń, licząc na odzew.
- Nikolaj - odparłem bez zastanowienia.
Silny i pewny uścisk sprawił, że przypomniałem sobie o możliwościach mojego nowego towarzysza.
- Siadaj, Nikolaj. Mamy do pogadania.

***************************************************************************

Rekonesans


Musiałem chwilę poczekać za nim Gregori wróci z lepianki i rozpocznie w końcu konwersacje. Postawił pomiędzy kamieniami prowizoryczny stolik, zaś na nim dwa kubki i trunek, którego nie miałem w ustach od dłuższego czasu.
- Najlepsza jaką udało mi się zdobyć - powiedział i po raz pierwszy zobaczyłem na jego twarzy ledwie dostrzegalny uśmiech.
Po chwili nasze żołądki napełniły się wódką, a skrępowane usta nareszcie zaczęły wypowiadać słowa.
- Wybacz mi moje hmm... - zawahał się chwilę - Zachowanie, Nikolaj. Pierwszy raz od dłuższego czasu spotykam kogoś, kto nie chce mi wpakować ołowiu w plecy.
- W obecnej sytuacji zaufanie to mocne słowo.
- Obserwowałem waszą grupę od pewnego czasu.
- I nie odważyłeś się nigdy podejść?
- W dzisiejszych czasach matką negocjacji jest amunicja, a argumentami są naboje.
- Teraz zostałem tylko ja.
- To jest nas dwóch.
Przerwaliśmy, żeby znowu wlać w siebie parzący trunek.
- Odkąd to się stało, nie walczyłeś sam, prawda? - Ostrożnie stawiałem pytania.
Pokiwał głową.
- Dimitri zginął kilka miesięcy temu. Bestie były bezlitosne. Ivana także zabiły potwory. Nie te, które zrodziło promieniowanie, lecz kobiece łono.
- Inna grupa?
- Pięć kilometrów stąd jest miasteczko - Grozisk. Natrafiałem tam sporadycznie na oznaki, że ta wataha w nim nadal przebywa.
Gregori nagle podniósł wzrok znad kubka i instynktownie chwycił za MP-5 leżącą koło gumowych butów. Wyraźnie słyszałem, jak w okolicy wierzb przemieszczają się bestie, które wyraźnie miały ochotę na nas zapolować. Gregori machnął lekceważąco ręką i uspokoił mnie nieco:
- Spokojnie, Nikolaj. O ile bestie mają dobry wzrok, to promieniowanie pozbawiło ich dobrego węchu.
- Jesteś pewien, że...
- Jakbyśmy mieli być zwierzyną, właśnie byśmy byli rozszarpywani przez bestie.
Przełknąłem ślinę. Gregori może był dobrym żołnierzem, lecz motywator był z niego żaden. Nagle podniósł się z głazu i burknął:
- Wezmę pierwszą wartę, Nikolaj. Prześpij się. Przyda ci się odpoczynek, zważywszy na okoliczności. W środku lepianki masz koc oraz karimatę, która lekko zajeżdża farbą, ale lepszej nie udało mi się zdobyć.
Kiwnąłem mu głową na pożegnanie i wreszcie mogłem dać odpocząć zmęczonemu ciału oraz rozbieganym myślom. Środek lepianki wyglądał nieco gorzej, niż oczekiwałem, lecz w obecnej sytuacji nie miałem prawda narzekać na panujące tutaj warunki. Zmniejszyłem płomień lampy naftowej i liczyłem, że uda mi się chociaż zmrużyć oczy na kilka godzin. Dużo myślałem. Za dużo. W głowie układałem najrozmaitsze plany i schematy, próbując stworzyć sensowne rozwiązanie, które sprawi, że znajdę nową ścieżkę życiową, która została mi zabrana. Przewróciłem się na lewy bok i starałem się zasnąć, byle tylko nie mieć w głowie ponurych obrazów z ostatnich dni. Pierwszy raz od dłuższego czasu miałem normalny, zdrowy sen. Pozbawiony kłów bestii, ostrych szponów potworów, czy wszechobecnej śmierci. Zabawne - jak zwykłe wspomnienia o pracy w zakładzie, czy wspólny wypad na bilarda z chłopakami po robocie sprawiały, że pragnąłem, aby sen stał się realną wizją, a panujący chaos przemienił się w rutynę, na którą każdego dnia narzekałem. Życie, które miałem w garści pękło jak bańka mydlana.
- Nikolaj, do cholery!
Obudziłem się gwałtownie, omal nie zahaczając o wiszącą lampę. Gregori miał poważną, lecz także zatroskaną minę. W prawej ręce trzymał karabin, zaś w lewej maskę gazową.
- Co jest? - wydukałem, przeciągając się na wszystkie strony.
- Jest rano.
- Rano? Dlaczego nie obudziłeś mnie na zmianę czuwania?
Wywrócił oczami.
- W twojej obecnej kondycji nie zauważyłbyś nawet szarżującego dzika. Doprowadź się do porządku. Za chwilę ruszamy.
Zrobiłem dziwną minę, którą Gregori od razu zauważył.
- Jedyny kierunek to Grozisk, towarzyszu. Chyba, że wolisz wrócić do kompleksu lub stanąć oko w oko z którąś z tych bestii, którą widziałeś wczoraj na kłodach.
Jego argumentacja trafiła do mojego zdrowego rozsądku. Poderwałem się z karimaty i musiałem przyznać - faktycznie zajeżdżała farbą. Gdy wyszedłem z lepianki, spodziewałem się promieni słonecznych, które otulą moją nieogoloną twarz, lecz widocznie mgła nie zamierzała ułatwiać nam życia. Gregori siedział na znajomym głazie i wyjadał łapczywie żarcie ze srebrnej, obdartej konserwy.
- Siadaj, Nikolaj. Szamaj i zbieramy się. Dzisiejsza pogoda to raj dla bestii, co?
- Najwidoczniej - odparłem, łapiąc za jedną z puszek.
- Rozchmurz się, druhu. Te pięć kilometrów minie jak z bicza strzelił. Jeśli dopisze nam szczęście, nie będziemy musieli nawet pociągnąć za spust.
Chciałem wierzyć jego słowom, ale coś mówiło mi, że strach, który czułem przed mokradłami to dopiero początek.

***************************************************************************

wtorek, 9 kwietnia 2013

Bohater

Miały być dalsze losy Nikolaja, albo Addona, lecz może pora na małą odskocznię od świata po katastrofie lub świata fantasy?
Czy w każdym z nas jest bohater? Przekonajmy się, czytając "Siedem".





SIEDEM



Mały krok


Tłok na ulicy był nie do zniesienia. Kilkakrotnie obrywałem barkiem od ludzi, którzy z zestawem głośnomówiącym brnęli do przodu i toczyli walkę o ostatnią wolną taksówkę. Silniki samochodów wydawały z siebie głośne dźwięki, którym towarzyszyły krzyki osób zachęcających do skorzystania z najróżniejszego rodzaju usług. W powietrzu, a raczej w syntezie spalin i dymu, unosiły się zapachy z pobliskich budek z hot-dogami lub ulokowanych na rogach ulic piekarni. Dzień jak co dzień.
Przyznam, że przedzieranie się przez gąszcz osób, nie należy do zajęć, które ubóstwiałem. Od podstawówki katorgą dla mnie, a radością dla moich rówieśników, był mój niski wzrost. Gdy wszyscy chcieli rzucać jak Mikael Jordan, ja co najwyżej mogłem oprzeć się o metalową siatkę i patrzeć jak inni kradną moje marzenia.
Zawsze chciałem być bohaterem. I choć w wieku kurduplowatego szesnastolatka z czapką z daszkiem na głowie brzmi to jak słaby żart, to ja wierzyłem, że własne, dziecięce marzenie zostanie znalezione w starej szafie i otrzepane z kurzu.

***************************************************************************

Jabłka

Do małej, zapomnianej wsi, w której mieszkałem, kursował w zasadzie tylko jeden autobus. Zdarzało mi się, że przez własną głupotę, zmuszony byłem przebywać dystans siedmiu kilometrów na piechotę, za co dostawałem burę od mamy. Gdy wreszcie wyszedłem z labiryntu wieżowców, oczekiwałem, że nadjeżdżający autobus to nie jest numer...
No nic. Przynajmniej pogoda dopisuje, a z resztą i tak nauczyciele byli dzisiaj wyjątkowo hojni, nie zadając nic na jutro. Aż miałem ochotę gwizdać sobie pod nosem w rytm melodii z mojego MP3. Podskakiwałem wesoło, licząc, że szybko minie mi podróż i wreszcie zasiądę przy rodzinnym stole, a następnie zjem obiad jaki przygotowała mi mama. Wędrówka byłaby wspaniała, gdyby nie dźwięk, który wydobył się mojego odtwarzacza. Poważnie? Ładowałem tego skurczybyka rano, a on i tak miał kaprys, żeby się rozładować akurat w momencie, gdy czeka mnie długa droga. Skręciłem jak zawsze koło białego domu pani Tarkowskiej, wchodząc pomiędzy jabłonie jej sadu. To miejsce wydawało się być wymarzonym punktem na odpoczynek. Lubiłem przychodzić tutaj latem i pomagać pani Tarkowskiej zbierać dojrzałe owoce. Nigdy nie wracałem z pustymi rękoma i brzuchem. Zaraz, zaraz, zaraz…
- Hej! Co ty tam robisz? - krzyknąłem w stronę postaci, która widocznie nie miała miłych zamiarów.
Rudy chłopiec obrócił się w moją stronę, wyszczerzył zęby w uśmiechu i zaczął pośpiesznie zbierać owoce, które wysypały mu się z czerwonej koszuli.
- Hola, hola! To nie jest twoje!
Zrzuciłem plecak na ziemię i ruszyłem w pogoń za małym złodziejaszkiem. Szybki był. Mijał drzewa nie gorzej niż uciekająca antylopa. Niestety - chłopiec trafił na głodnego lwa. Po chwili przygwoździłem go do ziemi, a on cały przestraszony próbował się tłumaczyć:
- To nie to, co pan myśli!
Pan? Poczułem się jak umięśniony, wysportowany bohater filmów akcji, lecz musiałem schować ego w kieszeń.
- Wiesz, że pani Tarkowska ciężko pracuje, żeby wyhodować takie pyszne owoce?
- Ja... ja... nie chciałem! - dukał, trzęsąc się jak galareta - Ja po prostu... bardzo lubię jeść!
Westchnąłem i podniosłem chłopaka z ziemi. Był znacznie młodszy ode mnie, lecz i tak staliśmy praktycznie twarzą w twarz, co sprawiało, że przestałem sie czuć jak dorosły.
- Proszę! Niech pan, nie będzie zły! To się więcej nie powtórzy! Jak babcie kocham!
Zaśmiałem się pod nosem. Polubiłem tego dzieciaka.
- Dobra, zmykaj już! Żeby mi to było ostatni raz, jasne?
Chłopiec pokiwał kilka razy głową.
- Hej! - krzyknąłem w jego stronę, licząc, że się odwróci - Łap!
Z uśmiechem od ucha do ucha chwycił lecący owoc i po chwili zniknął mi z oczu. Spojrzałem na swoje podarte w kilku miejscach nowe jeansy. Mama mnie zabije.

***************************************************************************

Kłótnia

Żal mi było zostawić tych wszystkich jabłek, więc przynajmniej miałem co jeść w drodze do domu. Gdy wreszcie udało mi się wydostać z sadu, trafiłem na ścieżkę prowadzącą tuż do pomostu nad porywistym strumykiem. Niby mam ten widok na co dzień, lecz i tak nadal lubiłem tę trasę. Nuciłem pod nosem ulubione kawałki, gdy nagle...
- Dobrze, Krzysiek! Broń się, Adrian!
- Głupek jeden! Będzie mi Aśkę podrywał!
- Aśka woli normalnych chłopaków! A nie ciepłe kluchy, jak ty!
- Odszczekaj to, Krzysiek!
Pobiegłem w stronę odgłosów kłótni i liczyłem na to, że uda mi się wystąpić w roli negocjatora. Przeskoczyłem nad kłodą pokrytą mchem i zbiegłem z górki, omal nie upadając w gęstą trawę. Do kolekcji dziur dołożyłem właśnie uzielenione nogawki. Mama naprawdę mnie zabije. Tak jak myślałem. Na dróżce leżały trzy plecaki, tuż koło nich stała dziewczyna, najprawdopodobniej odpowiedzialna za sprokurowanie bójki, zaś pozostała dwójka toczyła wyrównany pojedynek, w którym argumentami były pięści.
- Ej! Chłopaki! - wrzasnąłem najgłośniej jak potrafiłem.
Bez odzewu. Musiałem wziąć sprawy w swoje ręce. Wpadłem pomiędzy pojedynkujących się maluchów i próbowałem ich powstrzymać.
- Zostaw nas! Muszę mu dać w ciry!
- Ty mi!? Chyba oszalałeś, Adrian!
Z trudem utrzymywałem ich obu. Miałem nadzieję, że przypatrująca się wszystkiemu słodka dziewczynka mi pomoże, lecz ona widocznie liczyła na to, że dostanie w ręce kubek z colą i opakowanie popcornu.
- Co jest z wami!? Postradaliście zmysły? - Przydało się słuchanie mamy. Teraz mogę wykorzystywać jej kwestie.
Emocje nagle opadły, gdyż poczułem, że mogę wreszcie ich puścić.
- No bo, Krzysiek... Adrian jest głupi....A on wtedy!
Kakofonia dźwięków.
- Powoli! Powoli!
Zaczął chłopiec z włosami ostrzyżonymi na jeżyka:
- No bo... Aśka mi się zawsze podobała! A Krzysiek, jak zawsze musi wszystko popsuć!
- Ja popsuć!?
Ponownie musiałem przytrzymać szarżujących chłopców. Spojrzałem na dziewczynkę, która zajęta była poprawianiem włosów przy pomocy malutkiego lusterka oraz grzebienia.
- Tak! Popsuć! Wiedziałeś, że ona mi się podoba! A tak musiałeś jej dać ten śmieszny obrazek!
- Podobał jej się bardziej niż twoja pyzowata buzia!
Z iskierki znowu powstał ogień.
- Chłopaki, dość! Dość! Przecież pewnie jesteście dobrymi kumplami, nie?
Pokiwali jednocześnie głowami.
- No właśnie! Krzysiek, dlaczego tak postąpiłeś?
- No bo... chciałem dopiec Adrianowi, bo nie wybrał mnie do składu ostatnio...
Adrian zaczerwienił się lekko.
- Krzysiek no... miałeś gorszy dzień. Ja zawsze zazdrościłem ci wygranych, chciałem chociaż raz wygrać!
Nastąpiła chwila ciszy.
- Zgoda? - pierwszy wyciągnął rękę Adrian.
- Zgoda! - wrzasnął Krzysiek i uścisnął rękę kolegi.
- Adrian! Krzysiek! - po raz pierwszy odezwała się dziewczyna - Kto pierwszy z was odprowadzi mnie do domu, temu dam buziaka w polik!
- Mieszkasz tuż za pomostem, Aśka! My z Adrianem przejdziemy się chyba na boisko, prawda?
Chłopiec pokiwał głową.
- Ach tak! Możecie zapomnieć o wspólnym malowaniu na plastyce!
Chwyciła za plecak i z uniesioną głową ruszyła w stronę domu.
- Macie ochotę na jabłka, chłopaki? - zagarnąłem.

***************************************************************************

Pole

Sytuacja z maluchami przypomniała mi o tym, jak sam zachowywałem się kilka lat wcześniej. Ile siniaków zagościło na moim ciele, bo ktoś pociągnął moją wybrankę za warkocz, gdy akurat patrzyłem, albo gdy ktoś zniszczył mi nową piłkę Adidasa. Smak dzieciństwa. Strumyk szumiał przyjemnie, przypominając mi, że żeby trafić do domu wystarczyło przejść przez skupisko pól pana Wojskiego oraz pani Sójki.
- Sebastian! Obiboku jeden! Ile cię można prosić o pomoc!
- Zaraz, tato! Odpoczywam!
- Wczoraj też odpoczywałeś!
- Jeszcze nie skończyłem!
Oho, pora działać. W oddali dostrzegłem siedzącego pod drzewem syna pana Wojskiego, który osłonięty słomianym kapeluszem czytał grubą książkę. W niedalekiej odległości widziałem, jak rolnik wymachuje groźnie widłami, krzycząc słowa jak tata, gdy ogląda mecz polskiej reprezentacji piłki nożnej.
- Skaranie boskie z tym bachorem!
- Witam, panie Wojski.
Obrócił się w moją stronę. Gdyby nie to, że był biały dzień, pewnie uciekałbym w popłochu, mając w głowie obrazy z horrorów. Po chwili jednak rolnik przybrał wesołą fizjonomię:
- Witaj, Franek. Zobacz na tego śmierdzącego lenia, też taki jesteś w domu?
- Broń Boże, panie Wojski! - Nie lubiłem kłamać.
- Idź no i przemów mu do rozsądku! Bo mi się kończą już pomysły.
Rozłożyłem bezradnie ręce i po chwili zagadnąłem:
- Upał nie zachęca do pracy, co Seba?
- O, siemanko Franek - odparł, unosząc okrągły nos znad książki - Jak leci?
- W porządku, nie pomożesz ojcu w polu?
- Chciałbym, ale... kurde felek, Franek! Książka mnie pochłonęła!
- O czym ten olbrzym?
- O bohaterze z Ameryki, co ma specjalne zdolności i pomaga ludziom!
- Dla ojca będziesz takim bohaterem, jak ruszysz tyłek i mu pomożesz w pracy.
- Ale on nie rozumie, że ja lubię bardzo czytać.
- To z nim porozmawiaj. Nic tak nie zbliża facetów, jak wspólna praca.
- Skąd to wiesz?
- Tata ze swoim szwagrem powtarzają to w kółko, jak po raz kolejny naprawiają, któryś z wozów w warsztacie. To jak będzie?
- Ech... no dobra, Franek. Przekonałeś mnie. Trzymaj. - Podał mi książkę, po czym dodał: - Przeczytałem ją dwa razy. Powinna ci się spodobać. Na razie, Franek!
- No wreszcie! Najłaskawszy pan Leniogrodu, zaszczycił mnie swoją obecnością!
Usłyszałem za sobą głos pana Wojskiego, któremu po chwili pomachałem na pożegnanie. Chyba dzisiaj poczytam tę książkę.

**************************************************************************

Duży krok

- Synek, na litość boską, jak ty wyglądasz! - krzyczała mama w samym progu.
- Cześć mamo? - zapytałem nieśmiało.
- Podarte spodnie, zielone nogawki, ubłocona kurtka, coś ty robił, Franek!?
- Wracałem do domu na piechotę.
- Przez dżunglę!? Marsz do łazienki i wykąp się. Rzeczy wrzuć od razu do prania.
- Ale mamo...
- Żadnego ale! Migiem do wanny!
Niczym skazaniec udałem się po schodach prosto do łazienki. Wrzuciłem swoje rzeczy do kosza z brudnymi ciuchami i wskoczyłem do gorącej wody. Rozłożyłem się w wygodnej wannie niczym król po wyprawie, gdy nagle przypomniałem sobie o książce. Po omacku znalazłem ją leżącą przy wadze i od razu zabrałem się do czytania. Choć bohater powieści już na pierwszych stronach ratował ludzi przed niechybną śmiercią, to ja dzisiejszego dnia czułem, że wreszcie moje marzenie z dzieciństwa zostało spełnione. Nie uratowałem kobiety z płonącego mieszkania. Nie wyniosłem na rękach dziecka z walącego się budynku, ani nie złapałem w locie lecącego zwierzątka. Zrobiłem dzisiaj kilka drobnych rzeczy, lecz i tak czułem się jak prawdziwy bohater. Nikt nie był mi w stanie tego odebrać.