"Je­dyna wol­ność to zwy­cięstwo nad sa­mym sobą"

Fiodor Dostojewski


środa, 10 października 2012

Relax dude. Relax.

Minął przeszło miesiąc. Zacząłem cholerne studia, ale nadal mam czas na pisanie wypocin, więc bez dalszych wstępów:




Pięść cz. I


Trenowałem do tej walki od przeszło trzech miesięcy. Godzinami łoiłem pięściami stary, spróchniały worek, który dobrze zapamiętał moje ciosy oraz serie uderzeń. Wielokrotnie czułem niewyobrażalny ból w niemal wszystkich partiach mięsni oraz setki strużek potu spływających po całym ciele. Technikę, precyzję, siłę miałem wypracowane niemal do perfekcji. Teraz, siedząc w przydrożnym barze, zadaję sobie jedno, ważne pytanie. Których z frajerów pozna smak krwi jaki mu dzisiaj zafunduję. Dopiłem do końca piwo i rozejrzałem się po barze. Panienki lekkich obyczajów wywijały okrągłościami na lewo i prawo, przykuwając uwagę praktycznie całego baru. Z szafy grającej sączyło się klasyczne country, któremu towarzyszyły regularne dźwięki bil uderzanych o ścianki stołu bilardowego. Woń, jaka unosiła się w powietrzu musiała być syntezą męskiego potu, alkoholu i najróżniejszego rodzaju tytoniu. W mordę. Kochałem to miejsce. W lewym rogu jak zwykle siedzieli najstarsi pasjonaci dwóch kółek, których statystyki przelecianych panienek konkurują z ilością przebytych kilometrów wraz z własnym motorem. Przy barze siedzieli zwykle kolesie, którym tego dnia życie dało porządną lekcję. Reszta stolików zajęta była, albo przez okolicznych mieszkańców, albo przez członków wszystkich gangów, które rywalizowały ze sobą głównie na płaszczyźnie zysków lub wyścigów, które organizowane były średnio raz na trzy tygodnie. Poza tym panowała naprawdę braterska oraz męska atmosfera. Zastanawiacie się pewnie, gdzie jest moje miejsce w tej układance. Nie mam własnego gangu. Nie mam własnej panienki. Moim jedynym przyjacielem jest mój Harley stojący pod barem. Nie wierzę w nic. Moim jedynym bogiem jest droga, która zawsze prowadziła mnie do nikąd. Polityka? Anarchia to słowo, które chętnie wytatuowałbym sobie na klacie, gdybym jeszcze miał na niej miejsce. Wszystko tutaj toczyło się według monotonnego, rutynowego schematu. Dzień zbytnio nie różnił się od poprzednio. Pogoda najprawdopodobniej zapominała od czasu do czasu o tym miejscu, gdyż słońce codziennie grzało niemiłosiernie. Miłym urozmaiceniem liniowości dnia były walki, w których cholernie często brałem udział. Wszystko szło jak po maśle. Wygrywałem dziewięćdziesiąt procent walk. Zgarniałem całkiem spore sumy, które szybko inwestowałem w barze lub okolicznych domach rozpusty. Nawiasem mówiąc, żyłem zahipnotyzowany seksem i napojony tanim whisky. Wszystko toczyłoby się dalej, gdyby nie dzisiejszy wieczór.
**********************************************************************************
-Gotowy John? - Staruszek klepnął mnie w ramię i uśmiechnął się do mnie przyżółkłymi zębami.
-Jak nigdy dotąd.
Owinąłem dokładnie ręce, zdjąłem koszulę i rozglądałem się po kole jakie utworzyło się w ciągu kilku minut. Proste równanie matematyczne. Bitwy plus twardziele równa się szmal. Każdy z bukmacherów miał swój własny sposób na to, aby obstawiać, który ze śmiałków oberwie. Na dworze pomimo tego, że zapadał zmrok, nadal było cholernie gorąco co było widać po zalanych potem twarzach krzyczących i nawalonych harleyowców. Tak jak się spodziewałem wszyscy w ciemno stawiali na mnie. Tylko niektórzy odważyli się postawić sporą gotówkę na mojego przyszłego przeciwnika, o którym nikt nie miał pojęcia, gdyż zgłosił się dopiero dzisiaj rano. Niektórzy zajęli nawet miejsca na dachu baru, z którego mieli doskonały widok na przyszłe pole walki. Niecierpliwiłem się.
Skakałem jak naćpany kangur w kółko, powtarzając sobie w głowie serie ciosów oraz uderzeń. Błahostka. Kiedy myślałem, że przeciwnik stchórzył, tłum w jednym miejscu się rozstąpił, tworząc wyrwę w kole. Facet wszedł w okularach przeciwsłonecznych oraz szczelnie owinięty biało-czarną arafatką. Al-Kaida może brać przykład. Szedł pewnym krokiem, nie jak skazaniec, który pogodzony był ze swoim losem. Stanął może pięć metrów ode mnie i odrzucił w kąt oba atrybuty niepozwalające na weryfikacje przeciwnika. I wreszcie zobaczyłem twarz kolesia, którą miałem zamiar dzisiaj lekko przemeblować. Wpatrywałem się w jego niebieskie jak ocean oczy i próbowałem wyczytać z nich jakiekolwiek emocje. Człowiek skała to przy nim panienka.
Rozległ się gong. Kurtyny poszły w górę.
Szybki był skurwiel. Ledwo ominąłem jeden cios, a kolejna pięść leciała w moją stronę. Chciałem go zaskoczyć jakimś niekonwencjonalnym uderzeniem.
Nic z tego.
Był jak maszyna, która przewiduje moje ruchy o kilka sekund do przodu. Każde kopnięcie jakie wyprowadzałem blokował z taką łatwością, z jaką odganiam muchę, gdy oglądam mecz w telewizji. Uderzyłem go najpierw w pierś, potem w ramię, ale nawet to nie zrobiło na nim wrażenia. Bum. Ból był tak mocny, że nawet nie zauważyłem kolejnego ciosu. Bum. Nawet tatuaże na mojej klatce piersiowej wyły jak oparzone. Udało mi sie zrobić unik, zrobiłem szybki skok i z całych sił uderzyłem go łokciem w plecy. Zwalił sie na ziemię, lecz gdy chciałem go dobić, on błyskawicznym ruchem podciął mi nogi i role w walce się odwróciły. Bum. Bum. Bum. Mógłbym wymieniać ciosy aż do momentu kiedy straciłbym wszystkie zęby, lecz zdążyłem dać znać, że mam dość. Głosy ucichły, lecz wkrótce publika miała nowego bohatera. Faceta, który strącił mnie z piedestału. Co tu dużo mówić dostałem solidne manto.

*******************************************************************************

Następnego dnia czułem się jak ostatni frajer. Ciało wyzywało mnie za to, co zafundowałem mu wczoraj. Twarz wyglądała jak leśna purchawka, albo inne okrągłe paskudztwo z tego świata. Całą noc nie zmrużyłem oka, analizując od A do Z każdą sekwencje, każdy moment, każdy cios. Wertowałem jego sposób poruszania się, jego motorykę, sprawność fizyczną. Badałem swojego przeciwnika, szukałem jego słabych punktów. Barman stwierdził, że gdy się zgłaszał podał się jako "Cień". W życiu nie słyszałem bardziej durnego pseudonimu podczas walk. Zdarzały się prawdziwe perełki jak "Szalony Kurczak" czy "Super Rzeźnik", ale ci goście nie mieli równo pod sufitem. Powróćmy jednak do mojego nowego kolegi. Tak jak wspomniałem całą noc nie zmrużyłem oka, co tylko dodawało animuszu jeśli chodzi o moją prezencję dzisiejszego dnia. Reasumując wczorajsze wydarzenia można powiedzieć, że cały mój prestiż oraz szacunek poszły się kochać. Ja jednak nie zamierzałem, aby jakiś dobrze boksujący chłoptyś zaprzepaścił to co budowałem od kilku lat. Nie. Nie teraz.

*********************************************************************************
-John! Na litość boską! Co ci się stało? - spodziewałem się tego - A nie! Przecież ty tak wyglądasz!
Współtowarzysze Bennego wybuchnęli śmiechem, nawet zwykle ponury barman zaśmiał się pod nosem.
-Chcesz pójść na randkę z moją pięścią brachu?
-Wyluzuj John - wyszczerzył zęby w uśmiechu - Gdzie ten lew, którego ryk budził postrach?
-W jaskini. Leczy rany - odezwał się, któryś z głosów.
Ponownie przyjąłem na klatę salwę śmiechu.
-Gdzie go znajdę?
-Jeździł ostatnio po mieście. Nie zagości tu długo, za tydzień pewnie wyjeżdża.
-Widzę, że mieliście okazje już przechylić kilka kieliszków.
-Ani jednego stary - odparł pewnym głosem - Rusz czasem głową. Za pięć dni turniej oraz wyścig. Wyobrażasz sobie, żeby naszego szanownego gościa to ominęło?
Nie musiałem mu odpowiadać mu na to pytanie. Za wszelką cenę musiałem go znaleźć.
-Rozmawiał z kimkolwiek po walce?
-Wziął kasę z zakładów, zamówił kolejkę w barze i zmył się tak szybko jak się pojawił. Rozpłynął się jak...
-Cień? - dokończyłem ironicznie.
-Skąd wiedziałeś?
-Powiedzmy, że w przeciwieństwie do ciebie moje komórki mózgowe poza tym, że są niszczone przez alkohol, są też czasem używane. Trzymaj się brachu.
Wyszedłem z baru i wziąłem głęboki wdech. Czułem, że życie, które dotychczas wiodłem właśnie pakuje walizki i lada chwila na jego miejscu pojawi się nowa historia. Wsiadłem na Harleya i usłyszałem przyjemny ryk silnika. Jakby motor witał się ze mną i domagał się kolejnej przejażdżki. Nie kazałem mu długo czekać. Uwielbiałem tę świadomość, że podczas jazdy wszystkie moje problemy zostawały daleko za mną, a ja sam mogłem cieszyć się powiewem bryzy oraz pustą drogą przede mną. Do miasta dotarłem szybciej niż się spodziewałem. Ludzi o tej porze nie było wielu. Część z nich albo jeszcze spała w wygodnych łóżkach, albo siedziała już w najróżniejszych zakładach usługowych. Innymi słowy poza mną i kilkoma przechodniami niebyło na placu nikogo. Jeździłem pomiędzy uliczkami, szukając tego, którego nazywają Cieniem. Jak się później okazało, to on znalazł mnie, a nie ja jego.

**********************************************************************************

Zrezygnowany po poszukiwaniach natychmiast wróciłem do domu i łatwo mi przyszło zaprzyjaźnić się z butelką whisky, która leżała na dnie lodówki. Pewnie zaraz urżnąłbym się na amen i wstał z kacem życia, lecz przyjemność sączenia trunku przerwało mi pukanie do drzwi. Otworzyłem je szeroko i oczekiwałem jego samego, który z nonszalanckim uśmiechem wprosi się do mnie do domu. Ujrzałem tylko znajomą mi okolice - jeziorko, lasek oraz ławeczka w widokiem na to pierwszo i drugie. W skrócie: mój własny kącik, wolny od zgiełku i cywilizacji. Nie było go. Miałem już zamykać drzwi, kiedy moją uwagę przykuła karteczka leżąca na wycieraczce, kiedy ją podniosłem, usłyszałem w oddali odgłos odpalanego motoru. Przeczytałem słowa napisane na pogniecionej kartce:
"Most Hudsona. 20:15"

Nie był zbyt wylewny. Cóż. Albo ja, albo on.