A co. Kilkanaście minut, troszkę weny i spłodziłem ot tak - opowiastkę na dobranoc.
Niech chłopaki ze Szwecji robią swoje:
Szczęśliwy dzień
Jesteśmy gotowi. Nie mogło być inaczej, po prostu nie mogło. Spojrzałem na Maćka, który na samą myśl, że ma wyjść na scenę dostawał drgawek. Robert jak zwykle chodził nakręcony jakby wciągnął garnek kokainy i zapił to wszystko skrzynką Red Bulla. Nie zdziwiło mnie, że w przeciwieństwie do chłopaków Zośka po prostu stała z boku, przyglądając się zespołowi, który występował przed nami. Co tu dużo mówić. Sam Kirk Hammett chciałby przybić długowłosemu gitarzyście piątkę, a James Hetfield przechyliłby z wokalistą kilka browarków. Chłopaki mieli pomysł, energię, a co najważniejsze agresywne riffy. Z łatwością rozkręcili pogo oraz zjednali sobie publikę. No i ta perkusistka... Chętnie bym powalił z nią w gary na prywatnych lekcjach. Mam nadzieję, że Zośka nie potrafi czytać moich chorych myśli, inaczej dawno już dostałbym solidnego liścia. Właśnie, Zośka. Na próbach zwykle tryskająca energią, sypiąca żartami z rękawa jak magik, a dzisiaj przybita jakby coś się stało.
- Wszystko w porządku, Zocha?
Obróciła sie i odgarnęła kruczoczarną grzywkę. W kilku miejscach koło oczu miała rozmazany tusz, który próbowała rozpaczliwie zmazać, byle jak najlepiej wyglądać na scenie. Wysiliła się na słaby, ledwie widoczny uśmiech, który tak lubiłem.
- Tak, tak. Ja jestem tylko trochę hmm... zmęczona. Mało spałam tej nocy.
Pinokio mógłby brać przykład.
- Zocha? Wiesz, że mi moż...
- Simon, wiem, luzik. Nic mi nie jest.
Nie drążyłem tematu, ale wiedziałem, że coś ją gryzie. Poczułem klepnięcie w ramię, a zaraz potem charakterystyczny chichot Roberta:
- Stary!!! Rozniesiemy tę scenę!
- Spróbuj najpierw nie roznieść samego siebie. Ile wypiłeś tego gówna?
- Ja? Ja? Mało! Naprawdę mało! Jak mamę kocham!
- Postaraj się nie zerwać strun jak ostatnio.
- Oj tam, stary. Nie moja wina, że tworzysz tak zajebiste riffy!
Nie poczekał na odpowiedź, gdyż podbiegł od razu do Maćka, który prawie wrzasnął, kiedy Robert naskoczył mu na plecy. Całe szczęście, że nie połamał mu pałeczek. Maciek czasem jest tak zakręcony, że zapomina najbardziej potrzebnych rzeczy.
- Wchodzicie za trzy minuty! - Kotara zasunęła się tak szybko jak się rozsunęła. Głowa spikera schowała się błyskawicznie w ciemnych zakamarkach sceny. Scena rodem z horrorów. Oby nasz występ nie był takim horrorem. Fakt. Marudzę gorzej niż kobiety podczas wybierania sukienki na studniówkę, ale chcę żeby wszystko wyszło tak samo zajebiście jak na próbach. Graliśmy razem ze sobą dopiero siedem miesięcy, ale podczas tych dni stworzyliśmy coś, czym możemy pochwalić się kumplom w szkole, coś, co sprawia nam większą radość, niż pójście na koncert, stworzyliśmy...
- Lucky Day! Powitajmy ich brawami, aby zachęcić ich do występu!
W sali rozległ się głośny aplauz, wchodząc na scenę poczułem się jak Russel Crowe wchodzący na Koloseum jako gladiator. Maciek czmychnął niezauważalnie za naszymi plecami i szybko usadowił się na swoim miejscu. Zośka wyrzuciła w kąt maskę smutku i przywitała publikę głośnym okrzykiem, a Robert, jak to Robert wylał z siebie wszelkiego rodzaju emocje, próbując zarazić nimi pierwsze rzędy. Bum! Poczułem jak dudni mi w uszach od potężnego riffu, który przeszedł przez struny mojej gitary. Badum! Badum! Tssssss! Maciek uwolnił z siebie szaleńca jaki wychodzi z niego, kiedy znajduje się przed swoim własnym centrum dowodzenia. To on rozdawał karty w tym kawałku, choć i ja miałem okazję do wtrącenia swoich trzech groszy. Zośka wydarła się do mikrofonu i zaczęliśmy...
Szczerze powiedziawszy spodziewałem się, że nasz pierwszy utwór porwie tłum i sprawi, że poczuję się lepiej. Było inaczej. Nie przeszkadzało to Robertowi, który i tak robił z siebie błazna ku uciesze damskiej części publiczności. Okej. Zawsze trochę zazdrościłem mu, że to on miał większe powodzenie niż ja, ale cóż. Przynajmniej ten Gość z góry dał mi talent rzępolenia na gitarze, który właśnie w tym momencie rozwijałem. Maciek wystukał sekwencje dźwięków, aby dać możliwość włączenia się Robertowi, a na końcu mi. Drugi kawałek przeleciał jak biczem strzelił. Poważnie. Przed sceną stało może kilkadziesiąt osób, co nie przeszkadzało mi czuć się jak Freddie Mercury na Wemblay. Pomarzyć zawsze można. Mi jak na razie pozostało przygrywać na lokalnych festiwalach w mojej miejscowości. Lepsze to niż picie piwa i młócenie w Guitar Hero przed telewizorem. Trzeci kawałek, czwarty, piąty. Tłum bawił sie coraz lepiej, a mi w końcu udało się złapać kontakt wzrokowy z Zośką. Puściłem jej oko, a ona z demona sceny na pięć sekund zmieniła się w potulnego baranka, gdy odpowiedziała uśmiechem. Po chwili znowu ogarnęło ją szaleństwo i wróciła do swojej pierwotnej postaci. Szósty kawałek , siódmy, aż wreszcie doszliśmy do ósmego. Badum Tss. Bum! Cisza. Przeczekaliśmy chwilę, łapczywie pragnąc oklasków. Nie pomyliliśmy się, bo po chwili staliśmy dumnie koło siebie i pomachaliśmy publice na pożegnanie. Cholera jasna. Czułem się jak największy szczęściarz świata.
- W mordę! W mordę! W mordę! Jesteśmy prze- zaje - biści! Słyszycie!?
Robertowi o mało oczy nie wyleciały z orbit.
- Nie czuję gardła, ale chyba było całkiem nieźle, co?
- Żartujesz sobie? - wtrącił się Maciek - Nawet werblem nie byłem w stanie zagłuszyć twojego głosu!
- Gitara w dropie D także na nic się zdała - odparłem zmęczony jak po maratonie.
- Nie ma opcji moi drodzy kompani! Wygrywamy ten konkursik i spadamy do mnie na chatę!
- Oby było co opijać - zgasiłem nieco zapał Roberta.
- Stary, stary. Hammer Fox byli nieźli, całkiem. No dobra byli kozaccy. Ale to nie zmienia faktu, że to my wygramy!
- Zapraszamy wszystkie zespoły na scenę!
Spiker zabrzmiał jak kat prowadzący na rzeź, a nie jak piewca dobrej nowiny. No, ale nic. Robert nakręcił korbkę szczęścia tak mocno, że nie byłem w stanie wierzyć, że tego nie wygramy. Przeleciały wyróżnienia. Nie ma nas - niby dobry znak, chyba, że byliśmy tak do dupy, że dostaniemy uścisk dłoni zamiast pucharu i śmiesznego dyplomu.
- Miejsce trzecie! Po raz drugi z rzędu zajęły tę samą pozycję! Age of Dragon!
Na scenę wbiegło rozradowane stado dziewcząt, które co jak co, ale wiedziały co zrobić ze skrzypcami i gitarami.
- Miejsce drugie! Po długotrwałej dyskusji sędziów i minimalnej różnicy głosów publiczności! Drugie miejsce zajmuje Lucky Day!
Wybałuszyłem oczy. Maciek znieruchomiał. Zośka ukrywała radość, a Robert jak to Robert - pierwszy wskoczył na scenę z okrzykiem tryumfu. Tuż za nim cała nasza trójka, która nie dowierzała w to co się stało. W mordę jeża! Drugie miejsce! Walić, że nie pierwsze! Drugie!
- Miejsce pierwsze! Nie kto inny jak Hammer Fox!
Długowłosi metale wbiegli na scenę, wyglądając jak armia Wikingów gotujących się na bitwę. Spiker wręczył im nagrodę, lecz lider grupy Rex poprosił o mikrofon.
- Chcemy wam podziękować za to, że po raz piąty wybraliście nas jaką najlepszą kapelę festiwalu. Muszę przyznać jesteście zajebiści! Dzięki wam możemy grać w takim składzie niezmiennie od kilku lat! Po krótkiej rozmowie z chłopakami stwierdziłem jednak, że dość mamy nagród na półce. Dlatego chcemy powiedzieć, że nagrodę za pierwsze miejsce przekazujemy zespołowi Lucky Day i to oni jutro zagrają jako support przed gwiazdą wieczoru!
Cała nasza czwóra wyglądała jakby na scenę wbiegł jednorożec z kotem na grzbiecie, który dzierży miecz świetlny. Czysta paranoja. Byliśmy w szoku, kiedy przybijaliśmy sobie piątki z zespołem, który zapoczątkował tradycje festiwalu. Co tu dużo mówić. Byliśmy spełnieni, lecz mi mimo wszystko brakowało tylko jednego.
**********************************************************************************
- Za Lucky Day!
Robert wzniósł toast w towarzystwie naszych przyjaciół i rozległ się głośny okrzyk na naszą cześć. Uczta godna króla. Mijałem znajomych, którzy poklepywali mnie po plecach jakbym uratował dla nich świat przed zagładą. Przepchałem się przez stos alkoholu i udało mi się wyjść na balkon. O tak. Zimny wiaterek, ciemna noc i obraz na okoliczny lasek. Papieros w kieszeni aż się prosił żeby go wyjąć i zasmrodzić świeże powietrze. Pstryknąłem zapalniczką i usłyszałem głos, który uwielbiałem:
- Mówiłeś, że rzucasz.
Obróciłem się w stronę Zochy.
- Bo rzucam.
Z bólem strąciłem z poręczy papierosa, który wpadł do stawku. Przysunęła się w moją stronę i westchnęła głośno.
- Miałeś rację.
Zrobiłem dziwną minę:
- Z czym?
- Ze wszystkim.
- Wszystkim?
- Z przekonaniem mnie do wokalu. Z opieprzaniem na próbach. Z motywacją jak nie mogłam wyciągnąć wysokich dźwięków.
- Co mogę powiedzieć. Do usług, madam.
Zachichotała cicho i po chwili zmieniła temat jak gdyby nigdy nic:
- Piękne niebo. I ile gwiazd. Lubię sobie czasem posiedzieć na balkonie z zeszytem i ołówkiem i szkicować sobie to, co widzę przed sobą.
- Co widzisz teraz?
- To, że jutro będę darła się jeszcze głośniej i chyba potrzebuję jakiś tabletek na gardło.
- Fakt. Dzisiaj pojechaliśmy ostro po bandzie. Z resztą spójrz co wyprawia dziś Maciek. Nie jest sobą, gdy lata jak bąk po wszystkich znajomych.
- A co ty widzisz przed sobą?
- Kruczoczarne włosy, chomikowate policzki i uśmiech, który zmusiłby diabła do opuszczenia piekła.
Zapanowała niezręczna cisza. Niepewnie chwyciłem powoli rękę Zochy aż do momentu, kiedy poczułem, że jej palce zaciskają się delikatnie w mojej dłoni. Oparła swoją głowę o moje ramię i wtuliła się w jesienny płaszcz. Zabawne. Wygraliśmy konkurs kapel. Mamy świetną imprezę u Roberta. Ba. Gramy jutro jako support przed gwiazdą. To wszystko tylko nagrody za drugie miejsce. Dla mnie pierwszym miejscem był ten balkon. Tak. Teraz byłem spełniony.
*********************************************************************************
"Jedyna wolność to zwycięstwo nad samym sobą"
Fiodor Dostojewski
sobota, 22 grudnia 2012
piątek, 21 grudnia 2012
Let's Ride Babe!
Ho, Ho, Ho! Druga część Pięści leci na bloga :D. Korzystając z okazji Wesołych Świąt, dobrych pomysłów w skrobaniu opowieści i udanego Sylwka ;>.
Pięśc cz.II
Pamiętacie co mówiłem wam o gorącym dniu? W nocy sytuacja obraca się 180 stopni. Na białą podkoszulkę nałożyłem tylko skórzaną kurtkę, co sprawiało, że marzyłem, aby zniknąć z tego lodowego zadupia. Most Hudsona to wielkie bydlę nad rzeką Tamarą, które jest ikoną samobójców w całej okolicy. Pomimo ponurej sławy, wiele walk odbywa się właśnie tutaj, co dodaje miejscu niesamowitej atmosfery. Kiedy przygasiłem swój niedopałek ciężkim butem, usłyszałem charakterystyczne brzmienie Harleya po drugiej stronie mostu. Pojedyncza smuga światła przecięła wpół ciemność, a cisza została zagłuszona przez głośne tchnienia motoru. Po chwili zsiadł ze swojego sprzętu, odpiął kask i zsunął z twarzy arafatkę. Ta sama morda, którą chętnie bym obił wczorajszego wieczoru.
-Więc? - zapytałem bezradnie, rozkładając ręce.
-Spokojnie, John . Nie bądź zbyt porywczy - jego barwa głosu nadawała się dla wersji limitowanej bajeczek dla dorosłych.
Odpalił papierosa jak gdyby nigdy nic i podtrzymał rozmowę:
-Lepiej z twarzą?
-Whisky znakomicie koi ból.
Parsknął pod nosem.
-Do rzeczy, John. Nie przyjechałem tutaj, żeby zrobić z twojej twarzy galaretę. Musiałeś słyszeć o turnieju walk oraz wyścigu?
-Jakże inaczej.
-Tak się składa, że ze wszystkich chłystków w okolicy, tylko ty umiesz porządnie przywalić.
-Mam ci dać buziaka w policzek za tę pochwałę?
-Nie chcę żebyś miał dodatkowego siniaka na twarzy - uśmiechnął się krzywo - Pojedynki odbywają się dwójkami, więc...
-Wow, wow. Powoli Al Waro. Chcesz mnie zwerbować do dueciku?
-Nie skończyłem. Nie przyjechałem tutaj po kasę.
-Dobry Samarytanin?
-Walczysz ze mną ramię w ramię, a cała pula z wygranej jest twoja. W turnieju bierze udział duet z San Francisco, który powiedzmy, że lekko mnie wkurwił.
-Zemsta?
-Do dziś nie wiem gdzie pochowano mojego kumpla po walce. Wchodzisz w to?
W głowie dokonałem szybkiej analizy. Kasa z wygranej ustatkowałaby mnie co najmniej na dwa lata, jak nie więcej, ale świadomość, że miałbym się lać ramię w ramię z tym dupkiem nie dawała mi spokoju.
-Mamy umowę, jak mnie zrobisz na czarno, to wątpię, żeby twoje ciało zatrzymało ołów.
-No problemo amigos. Pozostaje druga kwestia - wyścig. Brałeś w nim udział?
-Jakoś nie ciągnęło mnie do rajdu, w którym jedna trzecia motocyklistów traci albo swój motor, albo swoje gówno warte życie.
Uniósł nogawkę do góry i wskazał palcem na podłużną bliznę, która ciągnęła się od kostki, aż po kolano.
-Mała pamiątka z wyścigu z San Francisco.
-Niech zgadnę. To też robota twoich koleżków?
Pokiwał głową.
-Mamy umowę John. Jutro o świcie w tym samym miejscu. Jak masz się ścigać, muszę Ci pokazać kilka sztuczek.
Bez zbędnych pożegnań udał się w stronę motoru, lecz jedno pytanie nie dawało mi spokoju.
-Kim ty w ogóle jesteś?
-Twoją przepustką do lepszego życia.
-A bez kwiatuszkowego pieprzenia?
-Przyjaciele mówią mi Guardo.
-Nie jesteśmy przyjaciółmi.
-Zamierzasz napisać moją biografię?
-Usnąłbym na pierwszej stronie... "Guardo".
Po chwili obaj rozjechaliśmy się w swoje strony, a mi w głowie nadal chodziła jedna myśl: dlaczego zgodziłem się na ten zasrany wyścig?
**********************************************************************************
-Zgodziłeś się na wyścig z tym chujkiem!?
Benny podrapał się po bujnej brodzie i sam niedowierzał w to, co mu powiedziałem.
Wzruszyłem tylko bezradnie ramionami i czekałem na jego wywód. Nie pomyliłem się.
-Gość obił ci mordę, jak nigdy dotąd, a ty tak po prostu zgadzasz się z nim na turniej? Albo nagrodą jest codzienny sex z Megan Fox, albo kupę szmalu.
-A jak myślisz dlaczego biorę w tym diabelstwie udział.
-Poważnie na rok zamieszka u ciebie Megan?
-Dla kasy, idioto, dla kasy.
Po chwili nasze kufle stuknęły się głośno i gorzkawy napój wypełnił nasze spragnione gardła. Idealne zwieńczenie ciężkiego wieczoru. W głowie nadal huczała mi butelka whisky, którą opróżniłem w domu. Obróciłem się, pożegnałem się z Bennym i slalomowym krokiem udałem się w stronę drzwiczek od baru.
-E! John "Obita Morda"!
Prowokacja wyszła tej osobie idealnie. Od incydentu z moim nowym kompanem, pół miasta myślało, że skoro jemu się udało, to czemu "ja" nie spróbuję.
Obróciłem się na pięcie i ujrzałem przyszłego przeciwnika. Mama hojnie go karmiła, kiedy był jeszcze dzieckiem. Pomimo tuszy, Donn posiadał mocne uderzenie oraz był dość, jak na swoją wagę, zwrotny. Zrzuciłem z siebie koszulę i po chwili moja pieść przywitała się z twarzą Donna. Zachwiał się lekko na nogach, lecz natychmiast odpowiedział kontrą, której cudem uniknąłem. Kolejny cios dosiągł celu. Z wargi lunęła mu krew, a w oczach zapłonęły ogniku gniewu. Rzucił się na mnie i na ślepo łoił pięściami, to klatkę piersiową, to tors. Przeczekałem atak, odskoczyłem w bok, zaś Donn podążył za mną. Złapałem go za kark, następnie kolano dosięgło jego nosa, który chrupnął nieprzyjemnie. Bum. Bum. Lewa ręka. Prawa ręka. Wieśniak z Tennessee nie miał odwagi już podnieść się z posadzki. Po tej walce nikt juz nie podważał moich umiejętności. Rzecz jasna oprócz osobnika, z którym miałem się spotkać o świcie.
*********************************************************************************
Szczerze powiedziawszy, nigdy nie jarało mnie jeżdżenie podczas wschodu słońca. Wielokrotnie słyszałem pseudoromantyczne bajeczki podchmielonych starców, że dopiero podczas "ścigania się" ze wstającym słońcem, motocyklista naprawdę czuje, co to znaczy wieź człowieka z maszyną. Ja do tego podchodziłem nieco mniej sentymentalnie. Nie będę owijał bawełnę. Jazda nie zaczyna się, wtedy, kiedy motor wyda z siebie pierwszy ryk, lecz wtedy, gdy przed tobą rozciąga się tylko prosta droga, a w oczy walą ci promienie słoneczne. Dopiero w tym momencie odkrywa się, że maszyna, którą masz pod sobą to przepustka do wolności oraz nieograniczonej swobody. Kluczowej roli nie odgrywają tutaj dźwięki silnika lub opon. Pierwsze skrzypce gra tutaj wewnętrzna cisza, a także niesamowita świadomość, że wszystkie myśli rozpraszają się z każdym przebytym kilometrem, a twoim jedynym zmartwieniem jest to, żeby nie przeholować z prędkością, która zgubiła wielu moich kumpli. Magia przejażdżki pryska wraz ze zgaśnięciem głośnego silnika, dopiero wtedy niewidzialna nić więzi zostaje przerwana. Stopy spotykają się z nawierzchnią, zapominając o swojej podróży. Moje nogi pragnęły wręcz ćwiczeń do wyścigu, lecz jak zwykle Guardo kazał mi długo na siebie czekać. Zdążyłem już wypalić kilka fajek, zanim zaszczycił mnie swoją obecnością. Jak to w zwyczaju zamiast cokolwiek powiedzieć, zapalił najpierw papierosa i zamiast standardowego przywitania rzucił:
-Do roboty, John.
Poczekałem aż wyrzuci niedopałek, aż wreszcie zaczął tłumaczyć.
-Nie będę ci nawijał, że to kurewsko ciężki wyścig, ani, że możesz stracić wszystko to co kochasz.
-Spokojnie, whisky zostawiłem w domu, bracie.
-Pierwsza zasada. Prędkość. Praktycznie wszyscy napaleńcy, którzy biorą po raz pierwszy w tym udział, mają jeden plan. Zapieprzać do przodu, byle tylko wskaźnik prędkości szalał na lewo i prawo. Błąd Amigo. Kojarzysz zakręt na górze?
Pokiwałem głową.
-Zazwyczaj w tamtym punkcie, wszyscy orientują się, że ich motory nie mają skrzydeł.
Tia. Ameryki nie odkrył.
-Druga zasada. Brawura. Czuję, że nad tym długo będziemy pracować...
Subskrybuj:
Posty (Atom)