"Jedyna wolność to zwycięstwo nad samym sobą"
Fiodor Dostojewski
piątek, 21 grudnia 2012
Let's Ride Babe!
Ho, Ho, Ho! Druga część Pięści leci na bloga :D. Korzystając z okazji Wesołych Świąt, dobrych pomysłów w skrobaniu opowieści i udanego Sylwka ;>.
Pięśc cz.II
Pamiętacie co mówiłem wam o gorącym dniu? W nocy sytuacja obraca się 180 stopni. Na białą podkoszulkę nałożyłem tylko skórzaną kurtkę, co sprawiało, że marzyłem, aby zniknąć z tego lodowego zadupia. Most Hudsona to wielkie bydlę nad rzeką Tamarą, które jest ikoną samobójców w całej okolicy. Pomimo ponurej sławy, wiele walk odbywa się właśnie tutaj, co dodaje miejscu niesamowitej atmosfery. Kiedy przygasiłem swój niedopałek ciężkim butem, usłyszałem charakterystyczne brzmienie Harleya po drugiej stronie mostu. Pojedyncza smuga światła przecięła wpół ciemność, a cisza została zagłuszona przez głośne tchnienia motoru. Po chwili zsiadł ze swojego sprzętu, odpiął kask i zsunął z twarzy arafatkę. Ta sama morda, którą chętnie bym obił wczorajszego wieczoru.
-Więc? - zapytałem bezradnie, rozkładając ręce.
-Spokojnie, John . Nie bądź zbyt porywczy - jego barwa głosu nadawała się dla wersji limitowanej bajeczek dla dorosłych.
Odpalił papierosa jak gdyby nigdy nic i podtrzymał rozmowę:
-Lepiej z twarzą?
-Whisky znakomicie koi ból.
Parsknął pod nosem.
-Do rzeczy, John. Nie przyjechałem tutaj, żeby zrobić z twojej twarzy galaretę. Musiałeś słyszeć o turnieju walk oraz wyścigu?
-Jakże inaczej.
-Tak się składa, że ze wszystkich chłystków w okolicy, tylko ty umiesz porządnie przywalić.
-Mam ci dać buziaka w policzek za tę pochwałę?
-Nie chcę żebyś miał dodatkowego siniaka na twarzy - uśmiechnął się krzywo - Pojedynki odbywają się dwójkami, więc...
-Wow, wow. Powoli Al Waro. Chcesz mnie zwerbować do dueciku?
-Nie skończyłem. Nie przyjechałem tutaj po kasę.
-Dobry Samarytanin?
-Walczysz ze mną ramię w ramię, a cała pula z wygranej jest twoja. W turnieju bierze udział duet z San Francisco, który powiedzmy, że lekko mnie wkurwił.
-Zemsta?
-Do dziś nie wiem gdzie pochowano mojego kumpla po walce. Wchodzisz w to?
W głowie dokonałem szybkiej analizy. Kasa z wygranej ustatkowałaby mnie co najmniej na dwa lata, jak nie więcej, ale świadomość, że miałbym się lać ramię w ramię z tym dupkiem nie dawała mi spokoju.
-Mamy umowę, jak mnie zrobisz na czarno, to wątpię, żeby twoje ciało zatrzymało ołów.
-No problemo amigos. Pozostaje druga kwestia - wyścig. Brałeś w nim udział?
-Jakoś nie ciągnęło mnie do rajdu, w którym jedna trzecia motocyklistów traci albo swój motor, albo swoje gówno warte życie.
Uniósł nogawkę do góry i wskazał palcem na podłużną bliznę, która ciągnęła się od kostki, aż po kolano.
-Mała pamiątka z wyścigu z San Francisco.
-Niech zgadnę. To też robota twoich koleżków?
Pokiwał głową.
-Mamy umowę John. Jutro o świcie w tym samym miejscu. Jak masz się ścigać, muszę Ci pokazać kilka sztuczek.
Bez zbędnych pożegnań udał się w stronę motoru, lecz jedno pytanie nie dawało mi spokoju.
-Kim ty w ogóle jesteś?
-Twoją przepustką do lepszego życia.
-A bez kwiatuszkowego pieprzenia?
-Przyjaciele mówią mi Guardo.
-Nie jesteśmy przyjaciółmi.
-Zamierzasz napisać moją biografię?
-Usnąłbym na pierwszej stronie... "Guardo".
Po chwili obaj rozjechaliśmy się w swoje strony, a mi w głowie nadal chodziła jedna myśl: dlaczego zgodziłem się na ten zasrany wyścig?
**********************************************************************************
-Zgodziłeś się na wyścig z tym chujkiem!?
Benny podrapał się po bujnej brodzie i sam niedowierzał w to, co mu powiedziałem.
Wzruszyłem tylko bezradnie ramionami i czekałem na jego wywód. Nie pomyliłem się.
-Gość obił ci mordę, jak nigdy dotąd, a ty tak po prostu zgadzasz się z nim na turniej? Albo nagrodą jest codzienny sex z Megan Fox, albo kupę szmalu.
-A jak myślisz dlaczego biorę w tym diabelstwie udział.
-Poważnie na rok zamieszka u ciebie Megan?
-Dla kasy, idioto, dla kasy.
Po chwili nasze kufle stuknęły się głośno i gorzkawy napój wypełnił nasze spragnione gardła. Idealne zwieńczenie ciężkiego wieczoru. W głowie nadal huczała mi butelka whisky, którą opróżniłem w domu. Obróciłem się, pożegnałem się z Bennym i slalomowym krokiem udałem się w stronę drzwiczek od baru.
-E! John "Obita Morda"!
Prowokacja wyszła tej osobie idealnie. Od incydentu z moim nowym kompanem, pół miasta myślało, że skoro jemu się udało, to czemu "ja" nie spróbuję.
Obróciłem się na pięcie i ujrzałem przyszłego przeciwnika. Mama hojnie go karmiła, kiedy był jeszcze dzieckiem. Pomimo tuszy, Donn posiadał mocne uderzenie oraz był dość, jak na swoją wagę, zwrotny. Zrzuciłem z siebie koszulę i po chwili moja pieść przywitała się z twarzą Donna. Zachwiał się lekko na nogach, lecz natychmiast odpowiedział kontrą, której cudem uniknąłem. Kolejny cios dosiągł celu. Z wargi lunęła mu krew, a w oczach zapłonęły ogniku gniewu. Rzucił się na mnie i na ślepo łoił pięściami, to klatkę piersiową, to tors. Przeczekałem atak, odskoczyłem w bok, zaś Donn podążył za mną. Złapałem go za kark, następnie kolano dosięgło jego nosa, który chrupnął nieprzyjemnie. Bum. Bum. Lewa ręka. Prawa ręka. Wieśniak z Tennessee nie miał odwagi już podnieść się z posadzki. Po tej walce nikt juz nie podważał moich umiejętności. Rzecz jasna oprócz osobnika, z którym miałem się spotkać o świcie.
*********************************************************************************
Szczerze powiedziawszy, nigdy nie jarało mnie jeżdżenie podczas wschodu słońca. Wielokrotnie słyszałem pseudoromantyczne bajeczki podchmielonych starców, że dopiero podczas "ścigania się" ze wstającym słońcem, motocyklista naprawdę czuje, co to znaczy wieź człowieka z maszyną. Ja do tego podchodziłem nieco mniej sentymentalnie. Nie będę owijał bawełnę. Jazda nie zaczyna się, wtedy, kiedy motor wyda z siebie pierwszy ryk, lecz wtedy, gdy przed tobą rozciąga się tylko prosta droga, a w oczy walą ci promienie słoneczne. Dopiero w tym momencie odkrywa się, że maszyna, którą masz pod sobą to przepustka do wolności oraz nieograniczonej swobody. Kluczowej roli nie odgrywają tutaj dźwięki silnika lub opon. Pierwsze skrzypce gra tutaj wewnętrzna cisza, a także niesamowita świadomość, że wszystkie myśli rozpraszają się z każdym przebytym kilometrem, a twoim jedynym zmartwieniem jest to, żeby nie przeholować z prędkością, która zgubiła wielu moich kumpli. Magia przejażdżki pryska wraz ze zgaśnięciem głośnego silnika, dopiero wtedy niewidzialna nić więzi zostaje przerwana. Stopy spotykają się z nawierzchnią, zapominając o swojej podróży. Moje nogi pragnęły wręcz ćwiczeń do wyścigu, lecz jak zwykle Guardo kazał mi długo na siebie czekać. Zdążyłem już wypalić kilka fajek, zanim zaszczycił mnie swoją obecnością. Jak to w zwyczaju zamiast cokolwiek powiedzieć, zapalił najpierw papierosa i zamiast standardowego przywitania rzucił:
-Do roboty, John.
Poczekałem aż wyrzuci niedopałek, aż wreszcie zaczął tłumaczyć.
-Nie będę ci nawijał, że to kurewsko ciężki wyścig, ani, że możesz stracić wszystko to co kochasz.
-Spokojnie, whisky zostawiłem w domu, bracie.
-Pierwsza zasada. Prędkość. Praktycznie wszyscy napaleńcy, którzy biorą po raz pierwszy w tym udział, mają jeden plan. Zapieprzać do przodu, byle tylko wskaźnik prędkości szalał na lewo i prawo. Błąd Amigo. Kojarzysz zakręt na górze?
Pokiwałem głową.
-Zazwyczaj w tamtym punkcie, wszyscy orientują się, że ich motory nie mają skrzydeł.
Tia. Ameryki nie odkrył.
-Druga zasada. Brawura. Czuję, że nad tym długo będziemy pracować...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz