"Je­dyna wol­ność to zwy­cięstwo nad sa­mym sobą"

Fiodor Dostojewski


sobota, 24 grudnia 2011

Ho, ho, ho!

Wiem, że wrzucam opowiadania z prędkością światła, ale to opowiadanko idealnie pasuje do obecnie panującego klimatu Świąt ;). Polecam czytanie ze świątecznym kawałkiem Gunsów :).





O choinka!



Dzyń. Dzyń.Dzyń. Dzwonek bezlitośnie obudził ze snu staruszka. Mężczyzna otworzył powoli oczy i natychmiast je zamknął, kiedy bijące promienie słoneczne dostały się przez szparę w oknie. Czuł jakby głowa miała mu eksplodować, a nogi odpaść od obolałego ciała. W żołądku następowała rewolucja francuska, zaś usta wyschnięte były jak pieprz. Staruszek rozpaczliwie szukał po omacku, czegoś co choć na chwilę zaspokoi palące jak ogień pragnienie. Wstał powoli z łóżka, przecierając rękoma zmęczoną twarz. Przejechał palcami po długiej, białej brodzie i upewnił się, czy wszystko z nią porządku. Spod czerwonej piżamy wystawał brzuch, który jego żona nazywała pieszczotliwie bojlerkiem. Guziki podczas snu musiały wystrzelić z taką siłą, że wątpił żeby cokolwiek przeżyło taki strzał. Wsunął nogi w cieplutkie kapcie i podźwignął się z łóżka. Ręką wymacał okulary, które zawsze leżały przy samym łóżku. Po chwili jego oczy wreszcie miały możliwość dostrzeżenia konturów mebli w sypialni. Mężczyzna leniwym krokiem doczłapał się do okna i odsłonił energicznym ruchem czerwone zasłonki. Światło przeszyło go na wylot i dopiero po kilku próbach zdołał spojrzeć na zewnątrz. Śnieg prószył, tworząc dywan usłany gęsty puchem. Ciężko było dostrzec jakiś skrawek terenu, który nie był biały. Termometr wskazywał grubo poniżej zero stopni, co wcale nie go nie przerażało. Przeciągnął obolałe kości i cofając się, usłyszał dźwięk turlającej się szklanej butelki. Zaciekawiony obrócił się na pięcie i podniósł z paneli sprawcę obolałej głowy. Przeczytał napis na etykiecie: "Mikołajówka".
-Ho,ho, ho - powiedział sam do siebie, kiedy przypomniał sobie wczorajszy wieczór.
Wyrzucił butelkę w drodze do przedpokoju, a następnie zahaczył o łazienkę. Usłyszał jak jego żona pogwizduje wesoło w kuchni , przygotowując mu pyszne śniadanie, albo czekając w wałkiem o sile rażenia adekwatnym do przewinienia staruszka. Na paluszkach czmychnął w stronę kuchni, lecz jego żona była szybsza.
-Czyś ty zwariował!?
Ten głos brzmi jak wyrok.
-Ale... ale...! - próba obrony spaliła na panewce.
-Wiesz jaki mamy dzisiaj dzień!?
Mężczyzna starał się przeanalizować wszystkie ważne dni jakiego jego żona uważała za święte. Największym problemem była dla niego data rocznicy ślubu.
-Eee...
Kobieta odeszła od staruszka i zerwała ze ściany malutki kalendarz.
-Teraz sobie przypominasz!? - podsunęła mu pod pyzowaty nos kartkę z widniejącą datą.
-O choinka!! - krzyknął głośno.
-Tak mój drogi, masz trzydzieści minut spóźnienia. Marsz na górę i przebierz się, śniadanie zjesz pod drodze.
Staruszek nie pamiętał kiedy z taką zawrotną prędkością wdrapał się na schody. Z całym impetem wpadł do sypialni i wygrzebał z szafy potrzebne ciuchy. Pośrodku pokoju usypała się ubarwiona na czerwono-biało górka. Zrzucił z nóg kapcie i wyszukał w kupce ubrań moherowe skarpetki, a następnie wskoczył w czarne, grube buty. Delikatnie poodpinał ocalałe guziki z piżamy i narzucił na siebie najpierw ciepłą bieliznę termiczną, a potem czerwony kożuch z przyszytymi zdobieniami, które przypominają śnieg. Na jego nogach znalazły się ogrzewane spodnie, a na zaokrąglonym brzuchu pasek, który po chwili zapiął pozłacaną sprzączką. Ręką przeczesał roztrzepane włosy oraz długą brodę. Kiedy wiedział, że jest gotowy zbiegł po schodach, ale drogę zagrodziła mu jego żona. Kobieta poprawiła binokle i zrobiła poważną minę.
-Obiecasz mi, że to ostatni raz?
Mężczyzna uśmiechnął się w odpowiedzi i pocałował żonę w polik. Pędem ruszył w stronę drzwi, gdy za swoimi plecami usłyszał charakterystyczne chrząknięcie.
-Aż tak dbasz o swoją linię?
Mężczyzna zaśmiał się i odebrał od żony zapakowane kanapki oraz termos z herbatą. Wyszedł na zewnątrz i opatulił się ciepło kożuchem. Śnieg skrzypiał pod jego stopami, a białe płatki spadały na jego nowiutki strój. W oddali ujrzał już gotowy wóz, który nie zawiódł go ani razu. Grupa pomocników krzątała się wokół pojazdu, dokonując ostatnich przeglądów. Staruszek zszedł po oblodzonych schodach i przywitał się ze swoimi pracownikami. Odpowiedział mu chór cieniutkich głosów.
-Wszystko gotowe? - zapytał mężczyzna, spoglądając na szefa do spraw pojazdów.
Pracownik przewertował gruntownie wyniki testów oraz badań i kiwnął głową:
-Silniki w normie, paliwo dziewięćdziesiąt procent - zawahał się - Jesteś szefie pewien, że zdążysz?
-Nie takie rzeczy się robiło - odparł i poklepał go po plecach.
Mężczyzna wgramolił się pojazdu i spakował do schowka śniadanie od żony. Założył na głowę czerwoną czapkę z pomponem, a następnie zsunął na oczy ochronne gogle. Obrócił się za siebie i podniósł kciuk w górę. Pomocnicy zaczęli powoli opuszczać na platformie szczelnie zawinięty wór pełen prezentów.
-Worek osadzony! Zamknąć właz! - kierował zespołem staruszek.
Zapiął pasy i upewnił się, że wszystko jest na swoim miejscu. Dziewięciu pomocników zajęło miejsca przy worku, a szef do spraw pojazdów usadowił się tuż koło mężczyzny.
-Właz do zrzutu prezentów?
-Gotowy
-Silnik?
Cyk, cyk, cyk.
-Włączony!
-Podwozie?
Pstryk.
-Wysunięte!
Pracownik założył gogle i zapiął pasy. Kiwnął zdecydowanie głową w stronę szefa.
Hale wypełnił ryk masywnych silników oraz okrzyki pomocników. Pojazd podniósł się ku górze, by po chwili ruszyć w stronę pierwszego celu.
-Szefie pierwsza na liście jest Afryka!
Pstryk, pstryk, cyk.
-Dodatkowe silniki włączone, trzymajcie się mocno!
Krzyknął Mikołaj i zaśmiał się trzykrotnie.

**********************************************************************************

piątek, 23 grudnia 2011

Merry Christmas

Święta już niedługo, więc nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wszystkim, żeby były one jeszcze lepsze niż były rok temu i od razu chciałbym podziękować za wytrwałość w czytaniu moich opowiadań ;).

Wesołych!

P.S II część Kroku od śmierci specjalnie na życzenie Kingi :D.



Standardowo kawałek dla klimatu ;)


Krok od śmierci cz. II/III



Grupy wojowników malały w zastraszającym tempie. Z drużyny rodu Asmerów na placu boju pozostało czterech śmiałków, zaś w podopiecznych Greworiana o jednego więcej.
-Wybieramy Osmaksa, o którego przeciwniku zadecydują żelazne ostrza.
Staruszek wyszedł przed szereg, puszczając oko w stronę Greworiana. Bez żadnych wstępów rzucił się w stronę czteroramiennego potwora uzbrojonego w ostre sztylety. Już w pierwszym starciu bestia straciła jedną rękę. Wojownik zablokował tarczą potrójne uderzenie potwora i kontratakował, celując w głowę. Potwór odchylił swój łeb, unikając niechybnej śmierci i odbił miecz jednym ze sztyletów. Wyprowadził serie szybkich ciosów, które staruszek z trudem blokował na przemian tarczą oraz mieczem. Obrócił się na pięcie, sparował cięcie i zahaczył ostrzem o prawy bark potwora. Bestia zawyła głośno, tracąc kolejne ramię. Próbowała zaskoczyć wojownika, przeskakując nad jego głową. Ciosy były szybkie oraz precyzyjne. Greworian wraz z publicznością niedowierzali w jaki sposób staruszek zdołał zablokować uderzenia. Zanim mężczyzna zdołał ocucić się po zdziwieniu, wojownik wyciągał zakrwawiony miecz z cielska potwora.
-Witam w moim świecie - powiedział zdyszanym głosem, przechodząc tuż koło Greworiana.

**********************************************************************************

Wojownicy mieli ledwie kilka chwil, żeby opatrzyć świeże rany oraz zaczerpnąć powietrza przed drugim aktem. Greworian chłodził swoje ciało lodowatą wodą rzuconą przez jednego z żołnierzy. Staruszek podszedł do trzydziestolatka i zaczął mówić:
-Pojedynki w grupach są cięższe niż może się zdawać. Oprócz chronienia własnego tyłka, jesteś zobowiązany chronić pleców swojego sąsiada.
-To twój chleb powszedni prawda? - odparł Greworian.
-Pasja. Życie. Cel. Nic nie mam do stracenia wojowniku.
-Na czym polega drugi akt?
-Morderczy wyścig. Tutaj nie ma miejsca na pobłażliwość czy zabawę w kotka i myszkę. Jeden nieuważnych ruch i twoje ciało będzie chowane w kawałkach. Z każdej strony oczekujesz na śmierć, a gdy myślisz, że najgorsze masz za sobą towarzysz koło ciebie pada jak rażony piorunem.
-Optymistyczna wizja - skwitował wojownik.
-Jest nas pięciu. To daję nam przewagę nad chłystkami z drugiej grupy. Tych dwóch młodzieńców - wskazał palcem na rozmawiających mężczyzn - może spieprzyć cały plan.
-Brawura?
-Brawura to tylko przedsmak. Bohaterowie o twarzach tchórzy.
Zanim zdołali ustalić cele działania, żelazny głos wezwał wojowników na scenę.
-Pamiętajcie - mówił staruszek w stronę drużyny. -Wszyscy jesteśmy jednym ciałem. Razem atakujemy. Razem bronimy się. Razem giniemy.
-Nie będzie mi rozkazywał jakiś starzec!
Greworian złapał młodzieńca za tunikę i przycisnął do ścian tunelu wybiegającego na scenę. Chłopak przełknął ślinę.
-Słuchaj bohaterze. Masz ochotę skończyć swój bieg jak tamci? - wskazał na arenę - skup się na walce i dbaj o swoich kompanów.
Opuścił go na ziemię i pierwszy wkroczył na teatr śmierci. "Ma jaja" - pomyślał starzec.

**********************************************************************************

Greworian nie mógł nadziwić się w jaki sposób udało się przemianować scenę na długi jak wąż tor przeszkód naszpikowany pułapkami. Stanął wraz z grupką mężczyzn i oczekiwał na dalsze wskazówki od głosu. Nie czekał długo.
-Waszym zadaniem jest dostanie się do złotej kuli umieszczonej w misce na końcu trasy. Ruszacie oddzielnymi tunelami. Zasady? Tylko jedna. Biegnijcie po wolność. Pułapki uruchamiają oba rody, przeszkadzając wzajemnie swoim przeciwnikom.
Zardzewiałe wrota zaczęły się powoli podnosić, ukazując labirynt usłany najróżniejszymi pułapkami. Rozległ się dźwięk gongu, a zaraz po nim głośne okrzyki widowni. Obie grupy pędem wbiegły w tunel, próbując dobiec do złotej kuli. Greworian trzymał tarczę przy sobie, jednocześnie osłaniając plecy jednego z mężczyzn.
-Na ziemię!
Wszyscy posłusznie rzucili się na zimną jak lód podłogę. Powietrze przecinane było ostrzami wychodzącymi ze ścian, które z łatwością przedzieliły by wpół każdego z wojowników.
-Czołgamy się!
Staruszek ruszył pierwszy przerzucając tarczę na plecy. Reszta grupy poszła w jego ślady, unikając zniżających się coraz niżej noży.
-Szybciej! Szybciej!
Greworian przekrzykiwał skandujących widzów i motywował towarzyszy do pędu. Kiedy staruszek wstał na nogi, zza rogu wytoczyła się ogromna kula, która zmusiła wojowników do szukania kryjówki.
-Na boki! Już!
Jeden z młodzieńców stał jak słup soli i nie był w stanie się ruszyć. Greworian oderwał się od bezpiecznej ściany i rzucił się w stronę wojownika, ratując mu życie. Kulka przeleciała tuż koło nóg mężczyzny, który odetchnął z ulgą. "Szybcy są" - pomyślał. Zanim zdołał się otrząsnąć, głos staruszka ponownie nakazał mu przylegnąć do ściany. Kolejna kula sturlała się w stronę grupy, mijając ją w bezpiecznej odległości.
-Tarczę w dłoń! Formować szyk!
Cała piątka skupiła się w jednym punkcie, tworząc ruchomą ścianę, przesuwającą się naprzód. Staruszek gestem ręki nakazał przyklęknąć. Greworian chciał wychylić głowę, lecz w ostatniej chwili udało mu się ją schować przed gradem strzałem wysypujących się w stronę grupy.
-Naprzód!
Żołnierze powolnym krokiem człapali pod strome podejście. Tarcze coraz bardziej przypominały dużego jeża. Greworian ledwo dotrzymywał kroku staruszkowi, który pędził jak burza. Gdy grad strzał ustał, kolejną przeszkodą drużyny był drewniany most z ukrytymi zapadniami. Grupa biegiem wbiegła na pomost, tuż koło nich w odległości pięciu metrów pędziła grupa przeciwników. O dziwo w pełnym składzie.
-Uruchamiajcie zapadnie!
-Jak!?
Odezwał się chór głosów. Staruszek westchnął i tarczą uderzał w wystające ze ściany kanciaste przyciski. W tunelu rozległ się zgrzyt, a kawałek mostu za przeciwnikiem zapadł się i wpadł do naszpikowanego kolcami dołu.
-Im więcej uderzeń tym więcej zapadni! Dalej!
Dla widza mogło to wyglądać idiotycznie, ale Greworianowi to miało uratować życie. Zapadnie uruchamiały się jedna po drugiej, zmuszając wroga do uników.
-Dobrze! Zaraz koniec!
Jeden z drużyny Asmerów zachwiał się na nogach i z przeraźliwym krzykiem spadł na ostre kolce.
-Ups! - wykrzyczał jeden z młodzieńców, ciesząc się z triumfu.
Nagle cały pomost zaczął się zapadać. Deski spadały jedna po drugiej, niszcząc konstrukcje mostu. Staruszek w ostatniej chwili skoczył i wdrapał się na kamienny blok.
-Skaczcie! Już!
Greworian miał wrażenie jakby płuca miały zaraz eksplodować, a serce wyskoczyć z klatki piersiowej. Ostatkiem sił rozpędził się i wyskoczył z mostu, wpadając z całym impetem na blok. Trzeci wojownik miał zamiar skoczyć, ale jego plany pokrzyżował jeden z młodzieńców. Zepchnął go w dół i sam wybił się z mostu, ratując sobie życie. Wojownik, któremu los dał drugą szansę podczas toczenia się kul nie miał już tyle szczęścia. Deski pod jego nogami bezlitośnie sprowadziły go na kolce. Staruszek podniósł z ziemi młodzieńca i miał ochotę go uderzyć.
-Postradałeś zmysły!? Dlaczego to zrobiłeś!?
-Nie ma zwycięstwa bez poświęcenia dziadku.
Wojownik nie wytrzymał, lecz jego pięść wstrzymał Greworian.
-Przeciwnicy już pędzą w stronę kuli!
Zanim staruszek zdołał zareagować, młodzieniec wyrwał sie z uścisku i odpychając Greworiana biegiem ruszył w stronę światełka w tunelu.
-Stój! Stój!
Było za późno. Ściany ognia zakończyły desperacki bieg. Podobny los spotkał jednego z przeciwników. Widownia skandowała nazwy rodów, przekrzykując się kto według nich ma dotrzeć do trzeciego aktu.
-Poruszamy się ostrożnie. Tarcza przy prawym boku.
Powoli ruszyli w stronę wyjścia, upewniając się, że ogień nie pokrzyżuje ich planów. Przeciwnicy mieli podobny plan, co dwójka bohaterów. Rozpoczęła się walka z czasem oraz własnymi słabościami.
-Spokojnie wojowniku.
Staruszek ostudzał zapał Greworiana. Szli powoli, gdy nagle drogę ucieczki przecięła im ściana ognia.
-Pędem!
Greworian czuł jak goni go ogień. Ledwo oddychał, a nogi powoli odmawiały mu posłuszeństwa. Ciało było rozgrzane do tego stopnia, że miał wrażenie jakby był zwierzyną pieczoną nad ogniskiem. Wyjście z tunelu zdawało się być coraz bliżej. Obraz zaczął mu się rozmazywać, kiedy rażące promienie światła padły na jego twarz. Rzucił się wraz ze staruszkiem w kierunki misy ze złotą kulą. Dostał zawrotów głowy i poczuł jakby jego klatka piersiowa otrzymała cios maczugą. Upadł na ziemię, czując zimno bijące od kuli oraz ciepło wydzielane przez rozgrzaną rękę. Przed omdleniem usłyszał tylko jedno słowo.
-Remis!

**********************************************************************************

środa, 21 grudnia 2011

Danse Macabre

Serwuje nowe opowiadanie, które wstawię w partach, bo jest za długie na jeden raz. Może jakiś kawałek dla klimatu?



Myślę, że kawałek Megadethu (0:59 najlepszy fragment) będzie pasował. Miłej lektury ;).




Krok od śmierci cz. I/III

Powietrze świstało przecinane oburęcznym mieczem. Greworian płynnymi ruchami wykonywał kolejne cięcia, nie zważając na obserwującą go kobietę. Mężczyzna poczuł jak po ciele spływają mu strużki potu, a mięśnie powoli odczuwają ciężar dzierżonego oręża. Zakończył rozgrzewkę, wbijając miecz głęboko w ziemię i padł na kolana z wycieńczenia. Oddychał ciężko, czerpiąc powietrza jak tonący. Zanim zdołał się podnieść, poczuł na karku dotyk gładkich, delikatnych dłoni. Ręce wędrowały w kierunku torsu, wywołując u mężczyzny łobuzerski uśmieszek. Trzydziestolatek powstał z ziemi i uściskał swoją żonę.
-Nadal jesteś pewien, że chcesz to zrobić? - jej głos nie zdradzał żadnych emocji, co budziło w nim podziw.
Greworian otarł z czoła strużki potu i przyciągając kobietę do piersi odparł:
-Irwin, wiesz, że dzięki temu uda nam się w końcu stąd wydostać. Pomyśl o nim.
Przejechał palcami bo zaokrąglonym brzuchu kobiety.
Irwin uśmiechnęła się w odpowiedzi.
-Po prostu martwię się o ciebie.
-Bezpodstawnie. Naprawdę. Poradzę sobie.
Wątpił, że te słowa przekonały żonę, do odpuszczenia negocjacji. Nie pomylił się.
-Trenowałeś kilka godzin dziennie przez cały miesiąc jesteś pewien, że to wystarczy?
Greworian westchnął.
-Wystarczy. Wierzę, że mi się uda.
Ucałował kobietę na pożegnanie i zmusił się do kolejnego wysiłku. Wierzył we własne umiejętności i był pewny, że udało mu się wyeliminować wiele mankamentów. W leśnym gaju, otoczonym gęstymi zaroślami mógł w spokoju oczyścić swoje myśli i starać się udoskonalić fechtunek. Dążył do całkowitego zniwelowania czynników zewnętrznych wpływających na jego skupienie.
Mężczyzna zaczął równomiernie oddychać i odrobiną magii spowolnił walące jak taran serce. Wyciągnął z ziemi miecz i wrócił do morderczego treningu. Dzisiejszej nocy, miało odbyć się przedstawienie, w której jest tylko kukiełką. To nie od niego zależało jakim szlakiem podąży. Zdawał sobie sprawę, że plansza została rozłożona, a jego pionek zmierza ku finiszowi.

**********************************************************************************

Tysiące gardeł ryczało, wypełniając kakofonią monumentalny budynek. Ogromna, rozległa sala wypełniona była po brzegi mieszkańcami Horstin, głodnymi wrażeń oraz krwi. Greworian z pogardą słuchał skandującego tłumu oraz zastanawiał się czy postąpił słusznie, zgłaszając się do tego turnieju śmierci. Wcześniej ani razu nie odważył się zabrać żony na ten kukiełkowy spektakl przepełniony brutalnością. Na platformie, tuż koło niego stała pozostała grupka śmiałków spragnionych sławy, albo desperatów dla których ostatnią deską ratunku był udział w tym przedstawieniu. Mechanizm zatrzeszczał nieprzyjemnie, podnosząc powoli wojowników w stronę rażącego światła. Po chwili ich oczom ukazała się majestatyczna scena w kształcie prostokąta otoczona widownią, która zaczęła krzyczeć jeszcze głośniej, kiedy na polu walki pojawiły się nowe kukiełki. Szesnastu mężczyzn ze zróżnicowanym uzbrojeniem oraz w różnym przedziale wiekowym. Śmiałek koło Greworiana nie mógł skończyć siedemnastu lat. Nagle tłum zamilkł, kiedy rozpoczął się prawdziwy spektakl. Ze wszystkich stron, powoli zaczęły otwierać się żelazne wrota. Bramy sunęły po piasku, wypuszczając na scenę postacie, o których Greworian nigdy w życiu nie słyszał. Potwory, ludzie, półludzie bez znaczenia. Jego jedynym celem była wygrana. Postacie utworzyły szeroki krąg wokół kilkunastu wojowników, zapełniając ostatnie wolne przestrzenie. Wzrok mężczyzny wędrował po twarzach jego przyszłych przeciwników , a uszy wsłuchiwały się w wydawane przez nich odgłosy. "Przerażające" - pomyślał. Zanim zdołał się przyjrzeć choćby połowie zebranych, po obu stronach areny, na podwieszanych balkonach pojawili się twórcy przedstawienia. Ludzie, w których rękach znajdował się los i dalsze życie Greworiana, a także pozostałych mężczyzn. Odziany w zielone płachty ród Preksonów zajął miejsce po lewej stronie, zaś ród Asmerów o czerwonych szatach usadowił po przeciwległej stronie sceny. Tłum zaczął wiwatować i przekrzykiwać się, która rodzina powinna wygrać. Zabrzmiał potężny gong, a widownia w oka mgnieniu zamilkła. Teraz miała odbyć się zasadnicza część przedstawienia polegająca na selekcji. Rodziny miały na przemian werbować z mężczyzn swoją drużynę, która będzie ich reprezentować w turnieju. Greworian przyjrzał się grupce wojowników, z którymi przyjdzie mu walczyć. Albo ramię w ramię, albo przeciwko sobie.
-Śmiałkowie! ustawić się w szeregu!
Chłodny, twardy głos wydał zdecydowany rozkaz.
Selekcja nie trwała długo, co cieszyło Greworiana. Był spragniony walki z tym plugastwem. Jego ośmioosobowa drużyna podlegająca rodu Preksonów składała się z trzech mężczyzn mniej więcej w jego wieku, dwóch młodzieńców oraz dwóch starszych wojowników.
-Zasady są proste - ponownie przemówił głos - O waszych pojedynkach decyduje los. Żadnych oszustw, przekrętów. Żadnych zasad. Zero litości. Brak jakichkolwiek prób ucieczki. Walczycie aż do śmierci waszego przeciwnika.
Zapanowała cisza przerywana rykami potworów zgromadzonych wokół dwóch drużyn.
-O kolejności zadecyduje święty ogień.
W górnym rogu płonęło ognisko, które miało wskazać pierwszeństwo. Jeden z mnichów wyszeptał jakieś niezrozumiałe słowa i wsypał do ognia dwie fiolki: zieloną oraz czerwoną. Tłum oczekiwał z niecierpliwością na wybór świętości. Płomienie tańczyły w ogromnym talerzu, by po chwili zmieniać na przemian swoją barwę. Nagle ogień przybrał kolor jednej z wrzuconych fiolek.
-Zaczyna ród Asmerów.
Piątka przedstawicieli rodziny zebrała w się w półkolu na balkonie. Dyskutowała nad możliwością losowania oraz wyborem żołnierza. O decyzji rodu powiadamiał najstarszy.
-Wybieramy wojownika z dalekiego Longalos. Niech o jego losie zadecyduje tarcza życia.
Na pomoście łączącym obie części areny stanął łucznik z zawiązanymi oczami. Wokół niego pojawiły się wyimaginowane tarcze stworzone przez mnichów. Strzelec napiął łuk i zakręcił się na pięcie, posyłając strzałę.
-Korgon!
Wykrzyczał głos, podając nazwę jednego z potworów. Umięśniony, ciemnoskóry mężczyzna uzbrojony w okrągłą tarczę oraz szablę wyszedł przed szereg i stanął pośrodku areny. Wykonał w powietrzu serię skomplikowanych cięć.
-Co to oznacza? - spytał zaciekawiony młodzieniec.
Greworian nie odwracając wzroku od areny odparł:
-To pozdrowienie dla tłumu.
Wojownik zarzucił na siebie hełm i rozglądał się gorączkowo, który z potworów będzie jego przeciwnikiem. Z watahy bestii wybiegł Korgon, wielki, obrzydliwie wyglądający troll z maczugą w ręku. Kurtyna została podniesiona w górę, spektakl trwa.

**********************************************************************************

Greworian ze współczuciem oglądał zwłoki Longalosańczyka znoszone na noszach przez żołnierzy. Troll zmiótł go jednym silnym ciosem maczugi. Paskudny widok.
-Ród Preksonów! Wasza kolej.
Narada trwała dobrą minutę.
-Wybieramy wojownika z Horstin - odezwała się kobieta.
Greworian wyszedł z szeregu i czekał na dalsze słowa.
-Niech zadecydują kości Bomalsa.
W całej sali rozległ się huk toczących się po schodach kamiennych bloków w kształcie sześcianów. Dwie potężne kości spadły na ziemię, a cała arena włącznie z wojownikiem, z niecierpliwością oczekiwała na werdykt.
-Qwo-Maris!
Greworian dobrze pamiętał to bydle, które pustoszyło okoliczne wioski i zmniejszało populacje owiec. Kilku żołnierzy trzymało na łańcuchach olbrzymiego wilka, który rwał się do rozszarpania mężczyzny. Wojownik odmówił przyjęcia hełmu od żołnierza i chwycił pewnie za swój oburęczny miecz. Zastawił się twardo na nogach i czekał z niecierpliwością, aż bestia zostanie spuszczona z łańcuchów. Jego prośba została spełniona. Qwo-Maris ruszył jak z kopyta, taranując po drodze jednego z nieuważnych potworów. Greworian w ostatniej chwili odskoczył w bok, pobudzając widownie do okrzyków. Bestia turlała się kilka metrów po piaszczystej scenie. Wojownik błyskawicznie doskoczył do przeciwnika i zamachnął się mieczem, chcąc zakończyć walkę jednym, silnym cięciem. Nic z tego. Bestia natychmiast podźwignęła się na nogi i z całym impetem rzuciła się na szarżującego mężczyznę. Greworian jednocześnie wystawił miecz ku lecącemu potworowi. Qwo-Maris zachwiał się na masywnych nogach i po chwili upadł na ziemię. Przez gęstą sierść przenikały powoli strużki krwi, lecące jak wodospad z szyi potwora. Mężczyzna poczuł przenikliwy ból w lewym boku oraz poczuł charakterystyczny zapach posoki. Przeklął pod nosem i doczłapał się z powrotem do swojej grupy. Widzowie dostawali do czego chcieli, co wcale nie poprawiało humoru Greworianowi, który z grymasem bólu odchylił fragment rozerwanej skórzanej zbroi. Ujrzał trzy długie rany przebiegające przez cały bok. Na szczęście nie były głębokie, więc wojownik był przekonany, że nie wpłyną one na jego poziom walki.
-Twardy z ciebie chłop.
Usłyszał za swoimi plecami głos przebijający się przez wiwatujący tłum. Greworian obrócił się w kierunku staruszka, który sprawiał wrażenie jakby jego oczy nieraz widziały takie walki. Mężczyzna chciał coś powiedzieć, ale ponownie odezwał się żelazny głos, zmuszający ród Asmerów do wyboru wojownika.
-To tylko I akt - kontynuował staruszek.
Greworian zrobił dziwną minę.
-Każdy z nas stoczy walkę. Im więcej nas przeżyję tym większa szansa, że uda nam się przetrwać finałowy akt.
-Finałowy akt? - zapytał Greworian, który próbował się skupić także na walce toczonej przez młodego wojownika.
-Po stoczonych pojedynkach, czeka nas druga przeprawa, a na samym końcu finał z największym cholerstwem jakie zrodziła ziemia.
Greworian wierzył we własne umiejętności, ale na zabicie demona nie wybrałby się nawet z armią wyszkolonych asasynów, albo grupą magów. Wojownik ukradkiem spojrzał na młodzieńca, który wykończył skrzydlatego potwora, przeszywając go włócznią. Mężczyzna pragnął by wreszcie nadszedł czas na drugi akt.

**********************************************************************************

poniedziałek, 5 grudnia 2011

I hate mondays.

Chyba nikt z nas nie trawi poniedziałków. Ciężkie wstawanie, totalny nieogar i testy sprawiają, że każdy ma po prostu dość. Każdy sięga po coś, co sprawia, że choć na chwilę zapomina się o poniedziałkowej traumie ;).





Szedł szybkim krokiem, mijając szarych przechodniów. Nie zważał na to, że co drugi trąca go barkiem i wypowiada przy tym niecenzuralne słowa. Wydostał się z labiryntu ludzi i zatrzymał się na czerwonym świetle. Samochody migały mu przed oczami, a on wdychał ich cuchnące spaliny. Odkaszlnął głośno - nienawidził poniedziałków. Przebiegł na drugą stronę jezdni i spojrzał na zegarek. Przeklął pod nosem, gdy zobaczył, że zostało mu tylko kilkanaście minut. Przyśpieszył kroku i cudem uniknął zderzenia z barczystym dresem, który pewnie spuściłby mu łomot za to, że go potrącił. Skręcił gwałtownie w prawo i schował zziębnięte ręce do ciepłych kieszeni. Paskudna, grudniowa pogoda. Temperatura nie wyższa niż kilka stopni. Wiatr hulał na różne strony, doprowadzając go do szewskiej pasji - nienawidził poniedziałków. Zatrzymał się na kolejnym świetle i ponownie spojrzał na zegarek. Czas płynął nieubłagalnie, a on coraz bardziej niepokoił się, że nie zdoła dotrzeć na miejsce na czas. Kilkakrotnie wciskał przycisk przy sygnalizacji, wierząc w duchu, że przyśpieszy to zmianę sygnału na zielone. Odczekał kilka sekund, po czym wreszcie udało mu się dostać na drugą stronę ulicy. Ruszył pewnym krokiem do przodu, przecinając na wskroś dwie kamienice. Zza kosza na śmieci wyleciał nagle kot, którego sierść ubabrana była w błocie i innych niezidentyfikowanych substancjach. Zwierzę śledziło go krok w krok, idąc za nim aż do końca ciemnej uliczki. Zanim zdołał wydostać się z zaułka, kot przebiegł błyskawicznie tuż koło mężczyzny i otarł się swoją sierścią o jego jeansy - nienawidził poniedziałków. Wskazówki zegara pędziły jak rozpędzony pociąg. Przebiegł pomiędzy samochodami i ruszył pędem przez miejski park. Jego kondycja daleka była od ideału, jednak przypływ adrenaliny oraz motywacja niwelowały jej braki. Osoby siedzące na ławce pukały się w czoło, widząc rozpędzonego mężczyznę przeskakującego przez najróżniejsze przeszkody w parku. Ławki, płotki, kamienie czy słupy. Dla niego nie było to żadne wyzwanie. Zwolnił tempa, kiedy znalazł się ponownie na ruchliwej ulicy. Gorączkowo szukał jakiegoś przejścia dla pieszych, lecz ku jego złości żadnego nie znalazł. Wyczekał na odpowiedni moment i śmignął przez ulicę, unikając spotkania bliskiego stopnia z miejskim autobusem. Spojrzał na zegar ratusza, który popędzał mężczyznę do kolejnego biegu. Ledwo złapał oddech po wyczerpującym sprincie w parku, lecz teraz miał do przebiegnięcia znacznie krótszy dystans. Po chwili wyłonił się zza zakrętu i truchtem zaczął biec w stronę budynku, który był jego celem. Nic nie było w stanie mu odebrać tej chwili. Stanął przed drzwiami i upewnił się, czy aby na pewno zabrał rzecz, która miała pomóc w spełnieniu jego największej zachcianki w trakcie znienawidzonego poniedziałku. Pewnym krokiem ruszył w stronę drzwi, które otworzyły się z charakterystycznym odgłosem. Pomieszczenie było ogromne oraz rozległe. Rozejrzał się dokładnie i szybko zanalizował gdzie znajduję się cel jego wyczerpującej podróży. Ruszył pewnym krokiem, mijając osoby, które nie były zainteresowane tym, co zrobi mężczyzna. Udało mu się. Uśmiechnął się sam do siebie i chwycił za dwa jego ulubione puszki piwa z lodówki.

****************************************************