Dość stare opowiadanko, aczkolwiek napisałem je ze względu na tematy wojenne na historii. Choć język oraz składnia pozostawiają wiele do życzenia, postanowiłem, że je opublikuje. Zawsze chętnie się czyta o bohaterskich walkach naszych rodaków ;).
SAMOTNY KONWÓJ
Końcówka papierosa zajaśniała w ciemności, kiedy Kolka szybkim ruchem zapalił ją za pomocą zapałki. Schował do kieszeni wyrobione drasko i oparł się o masywny, stary dąb. Zaciągnął się dymem i wypuszczając go powoli, obserwował jak rozchodzi się po chłodnym, jesiennym powietrzu. Jedną ręką przytrzymał karabin MP - 43 zdobyty podczas ataku na niemiecki konwój. Po raz kolejny wpuścił dym do swoich płuc. Wychylił głowę zza konaru i spoglądnął na żołnierzy umiejscowionych po przeciwległej stronie błotnej dróżki. Kilkudziesięciu kompanów odzianych w wygodne, szare mundury niemieckie. Każdy tylko czeka na rozkaz swojego kapitana. Kolka uśmiechnął się sam do siebie, a następnie dopalił do końca papierosa. Był dumny ze swojego oddziału, który udało mu się stworzyć z kilku rozbitych garnizonów. Ogarnął wzrokiem bezchmurne niebo, które usłane było po brzegi świecącymi gwiazdami. Księżyc w pełni oświetlał mały przesmyk pomiędzy koronami drzew osadzonymi po obu stronach ścieżki. Silny powiew wiatru zmusił żołnierza do opatulenia się ciepłym płaszczem.
- Przeraźliwie zimno. Prawda, kapitanie?
Kolka obrócił się w stronę źródła głosu i pocierając rękę o rękę odparł:
- Jesień tego roku nas nie rozpieszcza.
Borys uśmiechnął się łobuzersko i odpowiedział:
- Mam na to staropolski sposób.
Rozpiął skórzany płaszcz i wyciągnął z głębokiej kieszeni metalową piersiówkę.
- Dobrze wiesz, że nie piję na służbie - odparł Kolka, gasząc zapał kompana.
- Pana zdrowie, kapitanie.
Borys poczuł jak po jego ciele rozchodzi się gorzki trunek. Schował piersiówkę na swoje miejsce i po trwającej kilka minut ciszy zapytał:
- To prawda, że twierdza w Modlinie upadła?
Kolka spuścił głowę i po chwili konsternacji powiedział:
- Dwa dni temu.
Borys zastanawiał się co powiedzieć, byle tylko nie wykazać się niewiedzą, albo co gorsze głupotą.
- Wracaj na swoje stanowisko, żołnierzu. Niedługo się zacznie - odparł kapitan, ucinając dywagacje przyjaciela.
Dwudziestojednolatek zbiegł po błotnistej górce i zniknął z pola widzenia. Kolka zapiął szczelnie guziki w płaszczu i machnął ręką. Natychmiast zjawił się przy nim blondyn w niedopasowanym mundurze.
- Rozkazy?
- Dołącz do oddziału "Borsuk" i przekaż rozkaz mobilizacji.
Młodzieniec ruszył pędem po błotnistej drodze, rozbryzgując szerokie kałuże. Kolka przeładował swoją broń i zapalił kolejnego papierosa. Spoglądał w stronę zachodu, z którego wszyscy spodziewali się przyjazdu wroga. Wiedział, że za najwyżej kilka minut rozpęta się piekło.
***************************************************************************
Warkot silników niemieckich ciężarówek wyrwał z rozmyślań Kolkę, który błyskawicznie doskoczył do konaru drzewa. Pozostali żołnierze wedle ustalonego wcześniej planu, przygotowani czekali na swoich stanowiskach. Po trwającej wieczność minucie, na dróżce pojawiła się pierwsza ciężarówka. Z trudem przedzierała się przez błotniste tereny polskiej puszczy. Jeden z żołnierzy gestem ręki nakazał odpalić butelki z benzyną. Za osłoną drzew zapłonęło kilkanaście śmiercionośnych płomyków mających rozpętać zamęt bitewny. Zza zakrętu wyłonił się kolejny pojazd. Leżący na szczycie obserwator wyraźnie zakomunikował, że nadjeżdżają jeszcze trzy. Kolka wstrzymał oddech i upewnił się jeszcze czy reszta oddziału jest gotowa do ataku. Spojrzał ukradkiem na młodzieńca, którego wiek nie mógł przekraczać szesnastu lat. Na jego twarzy rysował się strach, a w oczach zagościł smutek. Kapitan zdecydowanym gestem nakazał atak. Na zdezorientowanych kierowców ciężarówek padł deszcz płomieni. Jedna ciężarówka natychmiast zajęła się ogniem, zmuszając gestapowców do opuszczenia naczepy.
- Teraz! - krzyknął drugi z dowódców.
Na wyskakujących przeciwników padła seria LKM-ów ustawionych na wzgórzu. Tylko kilku z nich udało się ukryć po przeciwległej stronie samochodów. Kierowca walczył o życie, unikając pocisków lecących na niego ze wszystkich stron. Odchylił delikatnie drzwi i po chwili padł jak rażony piorunem. Kolka przeładował swoją broń i schodząc na niższe tereny zahaczył o zahipnotyzowanego chłopaka.
- To jest wojna, synu! Walcz!
Po tych słowach ślizgiem zjechał po wzgórzu i wylądował za porośniętym mchem głazem oddalonym nie daleko pola bitwy. Niemcy początkowo zdezorientowani atakiem, od dłuższej chwili zacięcie bronili się ukryci za ciężarówkami. Krótkimi, częstymi seriami ostrzeliwali pozycje walczących partyzantów. Kolka wpakował dwa pociski w klatkę piersiową jednego z Niemców i cudem uniknął spotkania ze śmiercią, chowając się za kolejnym kamieniem. Borys schowany za pniem drzew, oparł się o niego plecami i wyciągając zawleczkę jedynego granatu szepnął:
- Niech się dzieje wola Boga.
Cisnął nim w stronę grupki Niemców schowanej za drugą ciężarówką . Wybuch spowodował eksplozje jednego z wozów, wysyłając chroniących się za nią Niemców od zaświatów. Młodzieniec poderwał się lodowatej ziemi i pędem ruszył w stronę bezpiecznych pozycji. Jeden strzał. Drugi, potem trzeci. Poczuł przenikliwy ból w plecach, a powietrzu uniósł się zapach świeżej posoki. Żołnierz upadł na kolana i starał sie pokuśtykać dalej, desperacko walcząc o przetrwanie. Poza odgłosem bicia serca nie słyszał nic. Zamroczyło mu się przed oczami kiedy czwarty już pocisk przeszył jego lewy bark. Ostatkiem sił czołgał się w stronę kryjówki, lecz los był dla niego bezlitosny. Kolejna kula dotarła do celu, kończąc bohaterską walkę Borysa. Kolka nie dowierzał własnym oczom. Doskoczył do jednej z ciężarówek i kolbą przekręcił kark jednego z nieuważnych Niemców. Przeszył na wylot dwóch pozostałych wrogów i ruszył w stronę martwego przyjaciela. Po drugiej stronie potyczki dwóch snajperów niemieckich ukrytych w naczepie czwartego wozu siało spustoszenie na lewej flance. Kapitan oddziału "Borsuk" - Joker nie pozostawał im dłużny. Przyłożył oko do lunety i czekał na odpowiedni moment. Wiatr zdmuchnął nagle kawałek zielonej płachty osłaniającej snajperów. Strzelec nie mógł zmarnować takiej okazji. Pocisk przeszył głowę Niemca. Joker przeładował i posłał kolejny strzał w gestapowca zmierzającego w stronę Kolki. Żołnierz podziękował gestem ręki i ze smutkiem spojrzał na sponiewierane ciało kompana. Wziął je na ramiona i położył tuż koło skupiska głazów, pozwalając by zwłoki przyjaciela nie walały się po polu bitwy. Kolka biegiem ruszył wspomóc swój wierny oddział. Przeładował w biegu broń i otarł twarz z krwi wroga. Dotarł do pierwszej ciężarówki i ukrył się koło naczepy. Joker przeklął, gdy usłyszał charakterystyczny zgrzyt w swoim karabinie.
- Cholera. Fiodorski! Daj mi swój pistolet.
Kapitan odrzucił bezużyteczną snajperkę i wyciągnął swoją osobistą broń. Ukrył się za zbutwiałym pniem i starał się trafić, któregoś z gestapowców. Kolka przeczołgał się w stronę drugiego wozu. Jeden z Niemców serią z LKM-u blokował dostęp do trzeciej ciężarówki. Kapitan przerzucił broń na plecy i po cichu wyciągnął nóż z rozpinanej, skórzanej kabury. Zanim strzelec zdążył zareagować leżał z przedziurawionym gardłem tuż obok kół wozu. Cały ostrzał mógł teraz się skupić na pozostałych ciężarówkach. Joker z rozczarowaniem spojrzał na ostatni magazynek wiszący przy jego pasie. Przeładował pistolet, gdy nagle przed oczami stanęła mu niemiecka broń wycelowana prosto w jego głowę. Przerażony ogarnął wzrokiem swojego niedoszłego egzekutora. Zamiast nordyckich rysów ujrzał twarz Kolki, który uśmiechając się odparł:
- To ci się chyba przyda?
Joker przyjął przydatny prezent i we dwójkę ruszyli wesprzeć strzelających kompanów. Resztki niemieckiego oddziału skupiły się w klinie złożonym z trzech ciężarówek. Pociski partyzantów mijały się z celem, albo natrafiały na wozy.
-Jeden granat załatwiłby sprawę - skitował Joker.
- Nie mamy już granatów.
- Inne pomysły?
Kolka nic nie odpowiedział tylko dołączył do oddziału znajdującego się najbliżej od pola bitwy. Joker poszedł w jego ślady. Obaj uklękli za grupą strzelców, słuchając krótkiego sprawozdania jednego z podopiecznych.
- Widzisz tę wyrwę od strony zachodu?
Joker dostrzegł mały prześwit nieosłaniany przez Niemców.
- Ogień szwabów jest skupiony na naszych skrzydłach - kontynuował Kolka - ktoś musi się dostać do tej ciężarówki.
Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Joker był już w połowie drogi. Kokpit kierowcy wozu zwrócony był w przeciwległą stronę, co nie ułatwiało zadania Jokerowi. Aby się tam dostać, kapitan musiał ominąć najpierw kilku przeciwników znajdujących sie w okolicy pojazdu. Nie zważając na lecące w jego stronę pociski, ślizgiem przyległ do kół wozu. Posłał serię w nogi biegnącego w jego stronę Niemca i otworzył drzwi do wozu. Wyrzucił z niego rozstrzelane ciało kierowcy i wsiadł za kierownice. Schylił się przed seriami z karabinów i próbował odpalić starego rzęcha. Po kilku próbach udało się. Wrzucił wsteczny bieg i docisnął pedał gazu aż do podłogi. Ciężarówka z trudem wyjechała z błota i odsłoniła prawą flankę niemiecką. Joker uśmiechnął się szeroko na widok ostrzału swoich kompanów. Nagle szyba pękła z hukiem. Wóz gwałtownie zatrzymał się, a kapitan spojrzał na lepką, czerwoną ciecz lecącą z prawej strony piersi.
- Na Wieki, Wieków Amen - wyszeptał i osunął się bezwładnie na kierownice.
***************************************************************************
- Pytam po raz ostatni - krzyczał po niemiecku Kolka - gdzie jest reszta konwoju?
Przerażony Niemiec kiwał przecząco głową. Kapitan wyciągnął z kieszeni nóż i przyłożył go do gardła jeńca. Po chwili jednak schował broń z powrotem.
- Ani słowa? - zapytał kapral Pomorski.
- Nic. Zabieramy go ze sobą. Czy wszyscy są gotowi do powrotu?
- Część żołnierzy pakuje resztę sprzętu niemieckiego. Ciała dwudziestu poległych są już gotowe do pochówku.
Kapitan z niedowierzaniem kręcił głową.
- Ta wojna robi z nas bestie, kapitanie.
- Ta wojna niszczy nasze domy, nasze rodziny i nas samych. Doglądaj pracy. Zaraz wyruszamy.
Kolka usiadł na zderzaku wozu i wyciągnął z kieszeni ostatniego papierosa. Zaciągnął się mocno i spojrzał na żołnierzy pakujących zmarłych do jednej ciężarówek. Wypuścił dym i patrząc na poranne niebo zapytał sam siebie: "Czy ta wojna przyniesie jeszcze tyle cierpień?"
***************************************************************************
"Jedyna wolność to zwycięstwo nad samym sobą"
Fiodor Dostojewski
niedziela, 27 listopada 2011
poniedziałek, 14 listopada 2011
Jump! Jump!
I kolejne świeże opowiadanie wędruje na bloga. Krótkie, aczkolwiek mam nadzieję, że się spodoba. Cholernie mi się marzy, żeby moja przyszłość tak wyglądała :.
I przy okazji wklejam kawałek z kopem, który mi towarzyszył podczas pisania.
SKOK
Reflektory zawieszone nad ogromną sceną zaczęły powoli gasnąć. Tłum wiwatował i skandował nazwę mojego zespołu. Owen Garrison zakradł się za podwieszoną kurtynę z logiem Devestation i usiadł za perkusją. Zakręcił pałeczkami w powietrzu, po czym zaczął wystukiwać rytm pierwszej piosenki. Publika zaczęła szaleć, a ochroniarze z trudem zatrzymywali nakręconych fanów.
- Wchodzicie za dziesięć sekund. - Seksowny głos naszej menedżerki oderwał mój wzrok od publiczności.
Adrenalina zapanowała nad całym moim ciałem, a palce same chciały grać na gitarze dyndającej na moich barkach. Tuż koło mnie stał basista - Harry Bowman. Po drugiej stronie stał gitarzysta rytmiczny - Nick Kowns. Garrison błyskawicznie wybił przejście. To był nasz czas. Nick wyskoczył na scenę i dołączył do Owena, który wystukiwał już kolejną sekwencję. Harry wskoczył na oba głośniki i dołożył do utworu piękną linie melodyczną. Nadeszła pora na mnie. Odetchnąłem głęboko i wybiegłem zza kurtyny. Podszedłem do mikrofonu i przywitałem się z publiką. Stadion prezentował się wspaniale. Trybuny były wypełnione po brzegi, a murawa usłana fanami głodnymi ostrego grania. Nie kazaliśmy im długo czekać. Poczekałem aż Nick skończy jedną ze swoich z partii i wplotłem do utworu energiczną solówkę. Krew pulsowała mi niesamowicie, a żołądek podskakiwał wraz z każdym uderzeniem bębna przez Garrisona. Chwyciłem mikrofon i dopełniłem obrazu całej kompozycji. Publika szalała, a ja czułem jak z każdą zaśpiewanym słowem daję im to, po co tu przyszli. Wiecie co jest wspaniałe? Nie to, że po każdym koncercie mogę mieć tyle koksu, ile jestem w stanie unieść, ani wypić tyle, ile moja wątroba jest w stanie wytrzymać. Pieniądze to tylko materialna część zapłaty za moją pasję. Owszem - kumple z kapeli są dla mnie jak bracia, ale to fani są kręgosłupem naszego zespołu. To oni są motorem napędowym do tworzenia nowych tekstów, innowacyjnych solówek czy ponadczasowych riffów, które każdemu zapadną w pamięci. Wraz z Nickiem przybrnęliśmy do siebie plecami i naprzemian graliśmy solówki, które pobudzały tłum do szaleństwa. Wyskoczyłem w górę i poczułem przenikliwy ból w głowie. Oślepiło mnie światło bijące od reflektora i nie wiem jakim sposobem znalazłem się na ziemi.
- Chris? Chris? - Nick wywoływał moje imię, a ja nie byłem w stanie otworzyć oczu, a co dopiero wstać. Przemogłem się i powoli otworzyłem powieki. Zamiast ogromnej, majestatycznej sceny ujrzałem ledwo palącą się żarówkę mojego garażu oraz zabrudzony sufit.
- Obudził się! - Usłyszałem za sobą głos Harrego.
Wstałem powoli z podłogi i złapałem się za uderzoną głowę. Bolała jak diabli.
- Co... się dzieje? - wykrztusiłem.
- Stary!!! - wykrzyczał podekscytowany Owen, który pojawił się nie wiadomo skąd - Graliśmy nasz ulubiony kawałek, po czym wyskoczyłeś z elektrykiem w górę i przywaliłeś w strop.
- Majaczyłeś coś o stadionie, ochroniarzach i ... - Harry zawahał się i zaśmiał z resztą zespołu - o seksownej menedżerce.
- Cykaliśmy się o ciebie jak nigdy, ważne, że nic ci nie jest - dodał Nick.
Podał mi rękę i pomógł podnieść się z podłogi.
- Trzymaj swoje wiosło - powiedział Harry, podając mi Les Paula - miałeś szczęście, że udało mi się je złapać, gdy ty odpływałeś do krainy Morfeusza.
Chwyciłem za elektryka, zawiesiłem go na barkach i kiwnąłem głową. Owen wystukał rytm i dał znać, że możemy się włączyć. Zamknąłem oczy i wróciłem do obrazu, który miałem w głowie kilka minut temu. Uśmiechnąłem się sam do siebie i miałem ochotę wyskoczyć w górę, jednak zdrowy rozsądek i głowa odmówiły mi tej przyjemności.
***************************************************************************
I przy okazji wklejam kawałek z kopem, który mi towarzyszył podczas pisania.
SKOK
Reflektory zawieszone nad ogromną sceną zaczęły powoli gasnąć. Tłum wiwatował i skandował nazwę mojego zespołu. Owen Garrison zakradł się za podwieszoną kurtynę z logiem Devestation i usiadł za perkusją. Zakręcił pałeczkami w powietrzu, po czym zaczął wystukiwać rytm pierwszej piosenki. Publika zaczęła szaleć, a ochroniarze z trudem zatrzymywali nakręconych fanów.
- Wchodzicie za dziesięć sekund. - Seksowny głos naszej menedżerki oderwał mój wzrok od publiczności.
Adrenalina zapanowała nad całym moim ciałem, a palce same chciały grać na gitarze dyndającej na moich barkach. Tuż koło mnie stał basista - Harry Bowman. Po drugiej stronie stał gitarzysta rytmiczny - Nick Kowns. Garrison błyskawicznie wybił przejście. To był nasz czas. Nick wyskoczył na scenę i dołączył do Owena, który wystukiwał już kolejną sekwencję. Harry wskoczył na oba głośniki i dołożył do utworu piękną linie melodyczną. Nadeszła pora na mnie. Odetchnąłem głęboko i wybiegłem zza kurtyny. Podszedłem do mikrofonu i przywitałem się z publiką. Stadion prezentował się wspaniale. Trybuny były wypełnione po brzegi, a murawa usłana fanami głodnymi ostrego grania. Nie kazaliśmy im długo czekać. Poczekałem aż Nick skończy jedną ze swoich z partii i wplotłem do utworu energiczną solówkę. Krew pulsowała mi niesamowicie, a żołądek podskakiwał wraz z każdym uderzeniem bębna przez Garrisona. Chwyciłem mikrofon i dopełniłem obrazu całej kompozycji. Publika szalała, a ja czułem jak z każdą zaśpiewanym słowem daję im to, po co tu przyszli. Wiecie co jest wspaniałe? Nie to, że po każdym koncercie mogę mieć tyle koksu, ile jestem w stanie unieść, ani wypić tyle, ile moja wątroba jest w stanie wytrzymać. Pieniądze to tylko materialna część zapłaty za moją pasję. Owszem - kumple z kapeli są dla mnie jak bracia, ale to fani są kręgosłupem naszego zespołu. To oni są motorem napędowym do tworzenia nowych tekstów, innowacyjnych solówek czy ponadczasowych riffów, które każdemu zapadną w pamięci. Wraz z Nickiem przybrnęliśmy do siebie plecami i naprzemian graliśmy solówki, które pobudzały tłum do szaleństwa. Wyskoczyłem w górę i poczułem przenikliwy ból w głowie. Oślepiło mnie światło bijące od reflektora i nie wiem jakim sposobem znalazłem się na ziemi.
- Chris? Chris? - Nick wywoływał moje imię, a ja nie byłem w stanie otworzyć oczu, a co dopiero wstać. Przemogłem się i powoli otworzyłem powieki. Zamiast ogromnej, majestatycznej sceny ujrzałem ledwo palącą się żarówkę mojego garażu oraz zabrudzony sufit.
- Obudził się! - Usłyszałem za sobą głos Harrego.
Wstałem powoli z podłogi i złapałem się za uderzoną głowę. Bolała jak diabli.
- Co... się dzieje? - wykrztusiłem.
- Stary!!! - wykrzyczał podekscytowany Owen, który pojawił się nie wiadomo skąd - Graliśmy nasz ulubiony kawałek, po czym wyskoczyłeś z elektrykiem w górę i przywaliłeś w strop.
- Majaczyłeś coś o stadionie, ochroniarzach i ... - Harry zawahał się i zaśmiał z resztą zespołu - o seksownej menedżerce.
- Cykaliśmy się o ciebie jak nigdy, ważne, że nic ci nie jest - dodał Nick.
Podał mi rękę i pomógł podnieść się z podłogi.
- Trzymaj swoje wiosło - powiedział Harry, podając mi Les Paula - miałeś szczęście, że udało mi się je złapać, gdy ty odpływałeś do krainy Morfeusza.
Chwyciłem za elektryka, zawiesiłem go na barkach i kiwnąłem głową. Owen wystukał rytm i dał znać, że możemy się włączyć. Zamknąłem oczy i wróciłem do obrazu, który miałem w głowie kilka minut temu. Uśmiechnąłem się sam do siebie i miałem ochotę wyskoczyć w górę, jednak zdrowy rozsądek i głowa odmówiły mi tej przyjemności.
***************************************************************************
niedziela, 13 listopada 2011
Welcome to my world
No, a więc stało się. Założyłem bloga z opowiadaniami. Na starcie chciałbym polecić stronę mojego szanownego przyjaciela:
http://www.pazuremkury.blogspot.com/
I życzyć wszystkim miłej lektury pierwszego opowiadania jakie tu zamieszczę ;)
P.S Myślę, że ustrzegłem się błędów i literówek ;)
DWA STRZAŁY
Deszcz dudnił o szyby, przerywając ciszę jaka zapanowała w domu Solojewa. Rosjanin poprawił binokle spoczywające na jego nosie i odwrócił wzrok od lektury. Odłożył książkę na blat stołu, tuż koło pistoletu Colt. Podniósł się z fotela i chwytając kubek z gorącą jeszcze kawą, podszedł do wielkich okiennic. Wyjrzał na pustą, brukowaną ulicę wypełnioną po brzegi spływającą wodą. W przeciwległym domu na drugim piętrze paliło się światło. Mężczyzna spojrzał na zegarek i uśmiechnął się krzywo.
"Punktualnie"
Wziął potężny łyk kawy i podszedł do wielkiej komody. Poszperał w kieszeni jeansoywych spodni i znalazł mały klucz. Włożył go do szparki i usłyszał przyjemny zgrzyt. Pociągnął za szufladę i wyciągnął z niej dwa puste magazynki oraz garść pocisków. Przeliczył je w rękach i wrócił ponownie do fotela. Oparł ręce na blat i po kilku szybkich ruchach oba magazynki były naładowane. Obejrzał dokładnie pistolet. Po wczorajszej "akcji" nie było śladu. Lufa była wypolerowana, a uchwyt wyczyszczony z posoki. Ukradkiem spojrzał na obraz za oknem oświetlany co chwilę przez błyskawice. Uwielbiał taką pogodę. Zamaskowanie śladów oraz szybka ucieczka to była dla niego czysta formalność. Załadował magazynek do pistoletu i przeładował broń. Nałożył na lufę tłumik, a następnie schował amunicje do kieszeni. Wstał z fotela i dopił do końca kubek kawy leżący na komodzie. Przypiął do skórzanego paska kaburę i włożył do niej przygotowaną broń. Kochał tę robotę. Wykonywanie takich zadań sprawiało mu masę przyjemności. Dodatkowym magnezem, który ciągnął go do akcji był dreszczyk emocji, adrenalina oraz możliwość sprawdzenia własnych umiejętności. Sam akt uśmiercenia kogoś był dla niego zwykłym finałem bez fajerwerków. Mężczyzna podszedł do wielkiego lustra i spojrzał na swoje odbicie. Mało spał, co odbijało się na koncentracji oraz workach pod oczami. Fryzura była w nieładzie. Krótkie ostrzyżone, kasztanowe włosy sprawiały wrażenie jakby były nieuczesane od dawnego czasu. Przejechał ręką po kilkudniowym zaroście, który dopełniał tylko obrazu zmęczenia. Obrócił się w stronę okna i usłyszał hulający wiatr. Parsknął, gdy ogarnął wzrokiem swoją wymiętoloną koszulę, ubrudzoną w kilku miejscach śladami po kawie. Uśmiechnął się rozmarzony, gdy dostrzegł na mankiecie ślady czerwonej szminki. Nie pamiętał nawet jej imienia, ale miał nadzieję, że spotka ją niebawem. Może nawet po dzisiejszej akcji. Zrzucił z siebie koszulę i założył świeży, czarny sweter. Przeczesał ręką zaniedbane włosy i wypsikał się drogimi perfumami. Po chwili był gotowy do wyjścia. Założył czarne kozaki, a następnie ciemną, skórzaną kurtkę. Upewnił się, że pistolet jest w kaburze i wyszedł na zewnątrz. Przed domem czekała już limuzyna. Jak zawsze w tym samym miejscu i o tej samej godzinie. Zamknął drzwi i spojrzał na przeciwległy dom. Światło zgasło, co oznaczało, że miał wsiąść do furgonetki. Wiedział, że jego szefowie wynajęli jakiegoś dupka, który ma go obserwować na każdym kroku. Wsiadł do samochodu. W powietrzu unosił się zapach papierosów, wódki oraz skurwysyństwa. Standardowa procedura. Wejście. Dane i zdjęcie celu. Krótka rozmowa i wypad. W limuzynie było ciemno i duszno. W kącie okrągłej kanapy Solojew widział tylko unoszący się w powietrzu dym oraz żarzącą się końcówkę papierosa. Po chwili zapaliło się światło i dostrzegł otyłego mężczyznę w garniturze. Na stole przed nim leżała kartoteka. Popchnął ją w stronę Solojewa. Rosjanin obrócił teczkę i po otwarciu zamarło mu serce. Przypomniał sobie o szmince na koszuli. "Rosalia Dostojewa, trzydzieści jeden lat, urzędniczka". Obok danych widniała uśmiechnięta, rudowłosa kobieta o bałkańskich rysach. "Piękna" - pomyślał.
- Rosalia Dostojewa. Wadzi w działaniach jednemu z naszych dostawców. - Paskudny, przepity głos.
- Wiesz, że nie zabijam kobiet - odparł stanowczo.
- Płaci potrójnie.
Takiego obrotu sprawy się nie spodziewał. Ostanie fundusze przepił w kilku klubach oraz haremach tureckich.
- Ile dokładnie?
- Dwieście tysięcy dolarów.
Mężczyzna wybałuszył oczy i podrapał sie po zaroście.
- Będziesz udawał jej klienta - kontynuował szef - Będziesz się nazywał... - przerwał, spoglądając na dokument tożsamości - Dijimitri Wachovski.
- Gdzie on teraz jest?
- W bagażniku - odparł z zimną krwią.
- Za trzydzieści minut macie spotkanie w kawiarni Esmeralda na rogu ulic Dostojewskiego i Tołstoja. Znam twoje sztuczki oraz dane statystyczne liczby kobiet w twoim łóżku, wiesz co masz robić.
Kiwnął tylko głową i schował zdjęcie do kieszeni. Miał zamiar wyjść z samochodu, lecz grubas chwycił go za ramię.
- Pamiętaj Ivan żadnych przekrętów.
Wyrwał się z uścisku i ruszył w stronę garażu. Deszcz nie stracił na swojej sile, co doprowadzało go do szewskiej pasji. Nie uśmiechało mu się jechać motocyklem w szalejącą wichurę oraz rzęsisty deszcz. Miał mało przyjaciół. Jednak na jednym nie zawiódł się ani razu. W kącie garażu stała nowiutka Yamaha. Po chwili w garażu rozległ się głośny ryk motocyklu, a on sam wyjechał na ulice i środkowym palcem wyraził zdanie o obserwatorze w oknie. Wyjechał z osiedla i zorientował się, że zostało mu jeszcze dziesięć minut. Przyśpieszył, mijając samochody jak tyczki. Fortunnie zdążył przed czerwonym światłem i po chwili znalazł się tuż pod kawiarnią. Odstawił motocykl i zziębnięty wszedł do środka. Odłożył kurtkę na wieszak i poszukał wzrokiem jakiegoś ustronnego miejsca. Jego oczekiwania spełnił stolik w kącie tuż przy oknie. Za szybami ulewa poganiała ludzi i zmuszała ich do szukania schronienia. Usłyszał kobiece chrząknięcie i odwracając uwagę od obrazu za szybą, uśmiechnął się w stronę urzędniczki. Ubrana była w ciasną obcisłą bluzkę oraz granatową koszulę. Długie, zgrabne nogi okrywała tylko wyzywająca mini. Wstał i starając się odwrócić wzrok od dekoltu przywitał się ze swoim celem.
- Rosalia Dostojewa.
- Dijimitri Wachovski.
- Wydaję mi się, że gdzieś pana już widziałam.
Serce zaczęło mu bić szybciej. W pubie i u niej w domu była tak upita, że nie pamiętała nawet swojego imienia.
- Śmiem wątpić, żebyśmy mieli przyjemność - odparł najgrzeczniej jak potrafił.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi i usiadła za stolikiem. Solojew usadowił się na przeciwko niej i gestem ręki wezwał kelnerkę. Blondynka żująca gumę podeszła do blatu i zapytała o zamówienie.
- Espresso bez mleka - odparła bez zastanowienia.
- Poproszę to samo.
Po odejściu kelnerki zapadła cisza, którą w pewnym momencie przerwał Solojew:
- Paskudna pogoda, prawda?
- Dokładnie. Mam już dość tłuczenia się tymi przeludnionymi autobusami.
- Zawsze można podróżować czymś szybszym.
- Co ma pan na myśli?
Wskazał na swój motocykl stojący za oknem.
- Musiało pana nieźle zmoczyć - powiedziała, przygryzając wargę.
- Nawet pani nie wie jak - rzucił w odpowiedzi i posłał w jej stronę zalotny uśmiech.
Wpatrywali się w siebie chwilę, po czym urzędniczka położyła na stół stertę teczek oraz dokumentów.
- Przejdziemy do interesów, panie Wachovski.
Nie trawił wszystkich spraw związanych z biznesem. Nie miał bladego pojęcia o ekonomii ani administracji, dlatego modlił się, żeby w rozmowie nie padły jakieś frazy, o których nigdy nie słyszał. Odetchnął z ulgą, kiedy dostrzegł wytłuszczony napis na dokumencie. Po trwającej wieczność rozmowie oraz udanych według niego próbach flirtu. Wstał od stolika i zapytał:
- Może da się pani...
- Rosalia - przerwała i uśmiechając się wyciągnęła rękę.
-Iv... Dijimitri - powiedział, odwzajemniając uśmiech - A więc dasz się namówić na spacer?
Deszcz ustał, a wiatr stracił na sile. Po chwili oboje szli główną promenadą, zachwycając się majestatycznością budynków.
- Niedaleko znajduje się mój dom, może wejdziesz?
- Z przyjemnością.
Kilka minut później znaleźli się w ogromnym wieżowcu. Weszli do windy i urzędniczka wcisnęła guzik na ostatnie piętro. Ivan zamyślił się chwilę i zastanawiał się, czy aby na pewno jadą na odpowiednie piętro. Drzwi od windy otworzyły się szeroko, a Rosalia gestem ręki zaprosiła gościa do siebie. Na wejściu uderzył go zapach damskich perfum. Jednak sam przedpokój był inny od obrazu doprawionego alkoholem w ubiegły wieczór. Wszystko było ułożone schematycznie, wręcz idealnie. Rozebrał się z kurtki i upewnił się, że sweter przykrywa kaburę. Usiadł na sofie i usłyszał dochodzący z kuchni głos:
- Masz ochotę na drinka?
- Nie pogardziłbym - odparł obojętnie.
Wyprostował nogi i przeklął pod nosem, gdy z całym impetem uderzył się nogą w stolik.
- Wszystko w porządku?
-Tak! Tak! Nic mi nie jest.
Cofnął obolałą nogę i spostrzegł stertę zdjęć, która musiała wylecieć spod blatu. Podniósł kilka z nich i wybałuszył oczy. Po kolei wertował fotografie, na których widniały twarze ludzi przekreślone czerwonym krzyżykiem oraz daty wykonania egzekucji. Obejrzał wszystkie zdjęcia, a następnie wepchnął je pod kanapę. Na podłodze spostrzegł jedną, zagubioną fotografię. Podniósł ją i dokładnie obejrzał. Na odwrocie widniała dzisiejsza data oraz rodzaj broni jakim ma zostać wyeliminowany cel. Odetchnął głęboko i obrócił w ręku zdjęcie. Ujrzał swoje zdjęcie wykonane najpóźniej rok temu. Usłyszał brzdęk dochodzący z kuchni. Instynktownie położył rękę na kaburze. Szybkim ruchem odpiął ją i wyciągnął z niej naładowanego Colta.
- Rosalia? - zapytał, wstając powoli z kanapy.
Cisza.
Zapytał ponownie i przylegając do ściany ogarnął przedpokój.
Pusty.
Powolnym krokiem ruszył w stronę kuchni. Co chwilę obracał się za siebie. Przymknął po drodze drzwi od łazienki, które zaskrzypiały nieprzyjemnie. Wziął głęboki oddech i wpadł do kuchni. Nikogo nie było. Zrobił kilka kroków do przodu i poczuł zimny metal przylegający do jego płatu potylicznego. W drzwiczkach od piekarnika ujrzał grymas uśmiechu na twarzy Rosali. Usłyszał powolne oklaski dochodzące z przed pokoju. W kuchni pojawiła się nagle postać, którą Solojew nieraz miał ochotę ukatrupić.
- Brawo. Brawo - skitował grubas w garniturze i papierosie w ustach - myszka wpada w ręce kotka.
- Czego chcesz - odparł chłodno.
- Twojej śmierci, sukinsynu. Zbyt wiele razy naraziłeś agencje na niepowodzenia.
- A więc Rosalia w ubiegłą noc to wasza sprawka?
Mężczyzna wypuścił duszący dym, po czym zaśmiał się pogardliwie.
- Prawdziwy z ciebie Sherlock, Ivan- obrócił się w stronę okna i spojrzał na aglomeracje miejską - skończ z nim Rosalia.
Kobieta przeładowała broń. Grubas wypuścił kolejny dymek. Ivan zamknął oczy. W kuchni rozległy się dwa strzały. Rosalia schowała broń i ogarnęła wzrokiem leżącego na ziemi mężczyznę z rozwalaną czaszką.
- Dlaczego nie zabiłaś mnie? - spytał Solojew, odwracając się w kierunku urzędniczki.
- Są sprawy ważne i ważniejsze, Ivan. Ten sukinsyn nie będzie już wadził agencji.
- Jestem twoim celem. Jeśli mnie nie zabijesz, agencja zabije ciebie za niewykonanie misji.
Rosalia uśmiechnęła się w odpowiedzi.
- Podobają ci się śródziemnomorskie plaże?
Odparła i rzuciła w jego stronę zamkniętą kopertę.
- Mamy samolot za godzinę -powiedziała i wyszła z mieszkania.
Solojew podniósł z ziemi kopertę oraz dwie łuski. Po dwóch strzałach.
*****************************************************************
http://www.pazuremkury.blogspot.com/
I życzyć wszystkim miłej lektury pierwszego opowiadania jakie tu zamieszczę ;)
P.S Myślę, że ustrzegłem się błędów i literówek ;)
DWA STRZAŁY
Deszcz dudnił o szyby, przerywając ciszę jaka zapanowała w domu Solojewa. Rosjanin poprawił binokle spoczywające na jego nosie i odwrócił wzrok od lektury. Odłożył książkę na blat stołu, tuż koło pistoletu Colt. Podniósł się z fotela i chwytając kubek z gorącą jeszcze kawą, podszedł do wielkich okiennic. Wyjrzał na pustą, brukowaną ulicę wypełnioną po brzegi spływającą wodą. W przeciwległym domu na drugim piętrze paliło się światło. Mężczyzna spojrzał na zegarek i uśmiechnął się krzywo.
"Punktualnie"
Wziął potężny łyk kawy i podszedł do wielkiej komody. Poszperał w kieszeni jeansoywych spodni i znalazł mały klucz. Włożył go do szparki i usłyszał przyjemny zgrzyt. Pociągnął za szufladę i wyciągnął z niej dwa puste magazynki oraz garść pocisków. Przeliczył je w rękach i wrócił ponownie do fotela. Oparł ręce na blat i po kilku szybkich ruchach oba magazynki były naładowane. Obejrzał dokładnie pistolet. Po wczorajszej "akcji" nie było śladu. Lufa była wypolerowana, a uchwyt wyczyszczony z posoki. Ukradkiem spojrzał na obraz za oknem oświetlany co chwilę przez błyskawice. Uwielbiał taką pogodę. Zamaskowanie śladów oraz szybka ucieczka to była dla niego czysta formalność. Załadował magazynek do pistoletu i przeładował broń. Nałożył na lufę tłumik, a następnie schował amunicje do kieszeni. Wstał z fotela i dopił do końca kubek kawy leżący na komodzie. Przypiął do skórzanego paska kaburę i włożył do niej przygotowaną broń. Kochał tę robotę. Wykonywanie takich zadań sprawiało mu masę przyjemności. Dodatkowym magnezem, który ciągnął go do akcji był dreszczyk emocji, adrenalina oraz możliwość sprawdzenia własnych umiejętności. Sam akt uśmiercenia kogoś był dla niego zwykłym finałem bez fajerwerków. Mężczyzna podszedł do wielkiego lustra i spojrzał na swoje odbicie. Mało spał, co odbijało się na koncentracji oraz workach pod oczami. Fryzura była w nieładzie. Krótkie ostrzyżone, kasztanowe włosy sprawiały wrażenie jakby były nieuczesane od dawnego czasu. Przejechał ręką po kilkudniowym zaroście, który dopełniał tylko obrazu zmęczenia. Obrócił się w stronę okna i usłyszał hulający wiatr. Parsknął, gdy ogarnął wzrokiem swoją wymiętoloną koszulę, ubrudzoną w kilku miejscach śladami po kawie. Uśmiechnął się rozmarzony, gdy dostrzegł na mankiecie ślady czerwonej szminki. Nie pamiętał nawet jej imienia, ale miał nadzieję, że spotka ją niebawem. Może nawet po dzisiejszej akcji. Zrzucił z siebie koszulę i założył świeży, czarny sweter. Przeczesał ręką zaniedbane włosy i wypsikał się drogimi perfumami. Po chwili był gotowy do wyjścia. Założył czarne kozaki, a następnie ciemną, skórzaną kurtkę. Upewnił się, że pistolet jest w kaburze i wyszedł na zewnątrz. Przed domem czekała już limuzyna. Jak zawsze w tym samym miejscu i o tej samej godzinie. Zamknął drzwi i spojrzał na przeciwległy dom. Światło zgasło, co oznaczało, że miał wsiąść do furgonetki. Wiedział, że jego szefowie wynajęli jakiegoś dupka, który ma go obserwować na każdym kroku. Wsiadł do samochodu. W powietrzu unosił się zapach papierosów, wódki oraz skurwysyństwa. Standardowa procedura. Wejście. Dane i zdjęcie celu. Krótka rozmowa i wypad. W limuzynie było ciemno i duszno. W kącie okrągłej kanapy Solojew widział tylko unoszący się w powietrzu dym oraz żarzącą się końcówkę papierosa. Po chwili zapaliło się światło i dostrzegł otyłego mężczyznę w garniturze. Na stole przed nim leżała kartoteka. Popchnął ją w stronę Solojewa. Rosjanin obrócił teczkę i po otwarciu zamarło mu serce. Przypomniał sobie o szmince na koszuli. "Rosalia Dostojewa, trzydzieści jeden lat, urzędniczka". Obok danych widniała uśmiechnięta, rudowłosa kobieta o bałkańskich rysach. "Piękna" - pomyślał.
- Rosalia Dostojewa. Wadzi w działaniach jednemu z naszych dostawców. - Paskudny, przepity głos.
- Wiesz, że nie zabijam kobiet - odparł stanowczo.
- Płaci potrójnie.
Takiego obrotu sprawy się nie spodziewał. Ostanie fundusze przepił w kilku klubach oraz haremach tureckich.
- Ile dokładnie?
- Dwieście tysięcy dolarów.
Mężczyzna wybałuszył oczy i podrapał sie po zaroście.
- Będziesz udawał jej klienta - kontynuował szef - Będziesz się nazywał... - przerwał, spoglądając na dokument tożsamości - Dijimitri Wachovski.
- Gdzie on teraz jest?
- W bagażniku - odparł z zimną krwią.
- Za trzydzieści minut macie spotkanie w kawiarni Esmeralda na rogu ulic Dostojewskiego i Tołstoja. Znam twoje sztuczki oraz dane statystyczne liczby kobiet w twoim łóżku, wiesz co masz robić.
Kiwnął tylko głową i schował zdjęcie do kieszeni. Miał zamiar wyjść z samochodu, lecz grubas chwycił go za ramię.
- Pamiętaj Ivan żadnych przekrętów.
Wyrwał się z uścisku i ruszył w stronę garażu. Deszcz nie stracił na swojej sile, co doprowadzało go do szewskiej pasji. Nie uśmiechało mu się jechać motocyklem w szalejącą wichurę oraz rzęsisty deszcz. Miał mało przyjaciół. Jednak na jednym nie zawiódł się ani razu. W kącie garażu stała nowiutka Yamaha. Po chwili w garażu rozległ się głośny ryk motocyklu, a on sam wyjechał na ulice i środkowym palcem wyraził zdanie o obserwatorze w oknie. Wyjechał z osiedla i zorientował się, że zostało mu jeszcze dziesięć minut. Przyśpieszył, mijając samochody jak tyczki. Fortunnie zdążył przed czerwonym światłem i po chwili znalazł się tuż pod kawiarnią. Odstawił motocykl i zziębnięty wszedł do środka. Odłożył kurtkę na wieszak i poszukał wzrokiem jakiegoś ustronnego miejsca. Jego oczekiwania spełnił stolik w kącie tuż przy oknie. Za szybami ulewa poganiała ludzi i zmuszała ich do szukania schronienia. Usłyszał kobiece chrząknięcie i odwracając uwagę od obrazu za szybą, uśmiechnął się w stronę urzędniczki. Ubrana była w ciasną obcisłą bluzkę oraz granatową koszulę. Długie, zgrabne nogi okrywała tylko wyzywająca mini. Wstał i starając się odwrócić wzrok od dekoltu przywitał się ze swoim celem.
- Rosalia Dostojewa.
- Dijimitri Wachovski.
- Wydaję mi się, że gdzieś pana już widziałam.
Serce zaczęło mu bić szybciej. W pubie i u niej w domu była tak upita, że nie pamiętała nawet swojego imienia.
- Śmiem wątpić, żebyśmy mieli przyjemność - odparł najgrzeczniej jak potrafił.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi i usiadła za stolikiem. Solojew usadowił się na przeciwko niej i gestem ręki wezwał kelnerkę. Blondynka żująca gumę podeszła do blatu i zapytała o zamówienie.
- Espresso bez mleka - odparła bez zastanowienia.
- Poproszę to samo.
Po odejściu kelnerki zapadła cisza, którą w pewnym momencie przerwał Solojew:
- Paskudna pogoda, prawda?
- Dokładnie. Mam już dość tłuczenia się tymi przeludnionymi autobusami.
- Zawsze można podróżować czymś szybszym.
- Co ma pan na myśli?
Wskazał na swój motocykl stojący za oknem.
- Musiało pana nieźle zmoczyć - powiedziała, przygryzając wargę.
- Nawet pani nie wie jak - rzucił w odpowiedzi i posłał w jej stronę zalotny uśmiech.
Wpatrywali się w siebie chwilę, po czym urzędniczka położyła na stół stertę teczek oraz dokumentów.
- Przejdziemy do interesów, panie Wachovski.
Nie trawił wszystkich spraw związanych z biznesem. Nie miał bladego pojęcia o ekonomii ani administracji, dlatego modlił się, żeby w rozmowie nie padły jakieś frazy, o których nigdy nie słyszał. Odetchnął z ulgą, kiedy dostrzegł wytłuszczony napis na dokumencie. Po trwającej wieczność rozmowie oraz udanych według niego próbach flirtu. Wstał od stolika i zapytał:
- Może da się pani...
- Rosalia - przerwała i uśmiechając się wyciągnęła rękę.
-Iv... Dijimitri - powiedział, odwzajemniając uśmiech - A więc dasz się namówić na spacer?
Deszcz ustał, a wiatr stracił na sile. Po chwili oboje szli główną promenadą, zachwycając się majestatycznością budynków.
- Niedaleko znajduje się mój dom, może wejdziesz?
- Z przyjemnością.
Kilka minut później znaleźli się w ogromnym wieżowcu. Weszli do windy i urzędniczka wcisnęła guzik na ostatnie piętro. Ivan zamyślił się chwilę i zastanawiał się, czy aby na pewno jadą na odpowiednie piętro. Drzwi od windy otworzyły się szeroko, a Rosalia gestem ręki zaprosiła gościa do siebie. Na wejściu uderzył go zapach damskich perfum. Jednak sam przedpokój był inny od obrazu doprawionego alkoholem w ubiegły wieczór. Wszystko było ułożone schematycznie, wręcz idealnie. Rozebrał się z kurtki i upewnił się, że sweter przykrywa kaburę. Usiadł na sofie i usłyszał dochodzący z kuchni głos:
- Masz ochotę na drinka?
- Nie pogardziłbym - odparł obojętnie.
Wyprostował nogi i przeklął pod nosem, gdy z całym impetem uderzył się nogą w stolik.
- Wszystko w porządku?
-Tak! Tak! Nic mi nie jest.
Cofnął obolałą nogę i spostrzegł stertę zdjęć, która musiała wylecieć spod blatu. Podniósł kilka z nich i wybałuszył oczy. Po kolei wertował fotografie, na których widniały twarze ludzi przekreślone czerwonym krzyżykiem oraz daty wykonania egzekucji. Obejrzał wszystkie zdjęcia, a następnie wepchnął je pod kanapę. Na podłodze spostrzegł jedną, zagubioną fotografię. Podniósł ją i dokładnie obejrzał. Na odwrocie widniała dzisiejsza data oraz rodzaj broni jakim ma zostać wyeliminowany cel. Odetchnął głęboko i obrócił w ręku zdjęcie. Ujrzał swoje zdjęcie wykonane najpóźniej rok temu. Usłyszał brzdęk dochodzący z kuchni. Instynktownie położył rękę na kaburze. Szybkim ruchem odpiął ją i wyciągnął z niej naładowanego Colta.
- Rosalia? - zapytał, wstając powoli z kanapy.
Cisza.
Zapytał ponownie i przylegając do ściany ogarnął przedpokój.
Pusty.
Powolnym krokiem ruszył w stronę kuchni. Co chwilę obracał się za siebie. Przymknął po drodze drzwi od łazienki, które zaskrzypiały nieprzyjemnie. Wziął głęboki oddech i wpadł do kuchni. Nikogo nie było. Zrobił kilka kroków do przodu i poczuł zimny metal przylegający do jego płatu potylicznego. W drzwiczkach od piekarnika ujrzał grymas uśmiechu na twarzy Rosali. Usłyszał powolne oklaski dochodzące z przed pokoju. W kuchni pojawiła się nagle postać, którą Solojew nieraz miał ochotę ukatrupić.
- Brawo. Brawo - skitował grubas w garniturze i papierosie w ustach - myszka wpada w ręce kotka.
- Czego chcesz - odparł chłodno.
- Twojej śmierci, sukinsynu. Zbyt wiele razy naraziłeś agencje na niepowodzenia.
- A więc Rosalia w ubiegłą noc to wasza sprawka?
Mężczyzna wypuścił duszący dym, po czym zaśmiał się pogardliwie.
- Prawdziwy z ciebie Sherlock, Ivan- obrócił się w stronę okna i spojrzał na aglomeracje miejską - skończ z nim Rosalia.
Kobieta przeładowała broń. Grubas wypuścił kolejny dymek. Ivan zamknął oczy. W kuchni rozległy się dwa strzały. Rosalia schowała broń i ogarnęła wzrokiem leżącego na ziemi mężczyznę z rozwalaną czaszką.
- Dlaczego nie zabiłaś mnie? - spytał Solojew, odwracając się w kierunku urzędniczki.
- Są sprawy ważne i ważniejsze, Ivan. Ten sukinsyn nie będzie już wadził agencji.
- Jestem twoim celem. Jeśli mnie nie zabijesz, agencja zabije ciebie za niewykonanie misji.
Rosalia uśmiechnęła się w odpowiedzi.
- Podobają ci się śródziemnomorskie plaże?
Odparła i rzuciła w jego stronę zamkniętą kopertę.
- Mamy samolot za godzinę -powiedziała i wyszła z mieszkania.
Solojew podniósł z ziemi kopertę oraz dwie łuski. Po dwóch strzałach.
*****************************************************************
Subskrybuj:
Posty (Atom)