Miało być fantasy i jest pierwsza część klasycznego opowiadania. Nowa szata graficzna i zmiany w pisaniu tekstu sprawią, że czytanie nie będzie katorgą. Zapraszam do zapoznania się z "Wieżą".
WIEŻA cz. I
Puszcza w nocy wydawała się być jeszcze bardziej intrygująca niż w świetle dziennym. Gwiazdy migały na niebie, wyglądając z pomiędzy gęstego, naturalnego dywanu drzew. Księżyc Domagi, w przeciwieństwie do księżyca Ghary, dokładnie oświetlał błotnistą ścieżkę, po której poruszała się pojedyncza postać na czarnym koniu. Zakapturzony osobnik przemieszczał się powoli, bez pośpiechu, gdyż nie chciał zwrócić na siebie niczyjej uwagi, a już na pewno potworów, które nocą żerowały w tej części puszczy. Wierny koń podróżnika, czarnej maści rumak, spokojnie stąpał po błotnistym terenie, który zeszłego ranka został przywitany przez rzęsisty deszcz. Kopyta zakopywały się głęboko w brudnej breji, utrudniając zwierzęciu wędrówkę. Jeździec, który podróżował już wielokrotnie tym trakiem, czuł się nieco bardziej pewnie, mając świadomość, że pod zielonym płaszczem przy skórzanym pasku, znajduje się długi i ostry jak brzytwa miecz. Poprzez wyboje i ciężką trasę, wojownik dotkliwie odczuwał jak łuk i kołczan strzał obijają mu się boleśnie o zmęczone plecy. Dzisiejszej nocy chciał tylko dostać się do najbliższej z karczm i móc wreszcie odpocząć.
Minęło kilka faz jednego z księżyców Domagi odkąd powrócił ze swojej ojczystej krainy i wykonał jedno z zadań nadanych przez gubernatora Be-Mazy. Z łatwością udało mu się ubić stado dzikich wilków na skraju puszczy, które pustoszyły okoliczne wioski, lecz misje, którą zaproponował mu jego przyjaciel Relus sprawiła, że do końca życia będzie pamiętał starcie ze skrzydlatą Herdą. Olbrzymia, pokryta łuskami niczym smok i silna jak niedźwiedź górski bestia, jednym ruchem łapy potrafić przepołowić ciało rycerza w zbroi, a co dopiero śmiałka w skórzanym kaftanie. Addon miał o tyle szczęście, że wszystkie pazury poza jednym spotkały się z jego niezawodnym ostrzem.
Miał dość zadań jak na najbliższy czas. W oddali ujrzał już palące się pochodnie, które oznaczały, że nareszcie będzie mógł poczuć w ustach smak gorzkiego trunku, a następnie rzucić na się wygodne łoże i w spokoju zapomnieć o całym dniu. Nagle koń prychnął nieprzyjemnie, jakby intuicja mówiła mu, że zbliża się niebezpieczeństwo. Automatycznie prawa ręka, znalazła się na rękojeści miecza, a oczy penetrowały ciemne poszycia puszczy. Koronami drzew wachlował wiatr, który utrudniał zlokalizowanie jakichkolwiek dźwięków dochodzących z puszczy. Addon zeskoczył niechętnie z wierzchowca i wpadł po łydki w śmierdzącą maź. Rozglądał się nerwowo, oczekując, że w każdej chwili cokolwiek może rzucić się na niego z gęstych zarośli. Gdy już miał wskakiwać na rumaka, usłyszał ruch w krzakach po przeciwległej stronie. Zbliżał się powoli do trzęsących się gałęzi. Jedną ręką odchylił liście, w drugiej pewnie trzymał swój oręż. Od razu strach przemienił się w ulgę, kiedy dostrzegł dwa bawiące się Moqwisy, które musiały zapędzić się na skraj puszczy. Malutkie, okrągłe potworki, walczyły ze sobą, bawiąc się w ten sposób i oczekując zapewnie na swoją... Addon cudem wygiął ciało do tyłu w nienaturalny sposób, unikając strzałów trzech trujących kolców. Rozwścieczona matka wybiegła z porośli i nie zamierzała odpuścić wojownikowi, że zbliżył się tak blisko do jej potomstwa. Kolejny raz zmuszony był wykonać unik, byle tylko nie dostać się pod lot zatrutych igieł. Odbił się od drzewa i zaatakował bestie z góry, lecz ta była zdecydowanie szybsza i przednią łapą przerzuciła wojownika na drugą stronę ścieżki. Addon wypluł z ust kawałki błota i zrzucił z siebie ograniczający widoczność kaptur. Miał dość tego dnia i los nie rozpieszczał go, jeśli chodzi o jego finał. Odskoczył w bok, obrócił się i odciął okrągłemu potworowi jedną nogę, która wyleciała w powietrze niczym strzała. Bestia zawyła głośno, musieli ją nawet słyszeć w karczmie oddalonej w znacznym stopniu od miejsca pojedynku. Matka Moqwisów ponownie wydała przeraźliwy skowyt, lecz nie poczuła w cielsku ostrza miecza, lecz strzałę wbitą nad prawym ślepiem. Addon zdziwiony sytuacją, dokończył dzieła i szybkim ruchem dokonał dekapitacji. Kolejne trofeum do jego własnej kolekcji, gdyby mu się chciało taszczyć śmierdzące głowy swoich przeciwników. Wyrwał ze łba strzałę, do której doczepiona była karteczka z krótką informacją:
"Karczma. Ja. Ty. Lokalne piwo"
Addon uśmiechnął się na myśl, że jego przyjaciel Relus także nie próżnował jeśli chodzi o wykonywanie zadań nadanych przez gubernatorów miast. Wskoczył na wystraszonego ferworem walki rumaka i pognał w stronę upragnionej gospody.
***************************************************************************
W Karczmie pod Złamaną Podkową zawsze można było liczyć na dwie rzeczy. Po pierwsze na dużą ilość podróżnych, którzy przemieszczali się z Be- Mazy do królestwa Womigradu. Po drugie zawsze na wędrowców czekało ciepłe łoże oraz zimne, lokalne piwo. Addon zrzucił z siebie ubrudzony płaszcz i rozejrzał się po pomieszczeniu. Gospoda tętniła życiem, a gwar rozmów echem obijał się po drewnianych ścianach budynku. Każde miejsce zajęte było przez podróżników, który każdy z nich miał inny cel wędrówki. Roiło się tutaj od handlarzy, wojowników, kaznodziei, bardów czy łowców nagród. Addon podszedł do lady i poczekał aż podejdzie do niego karzełkowaty barman z bujną czupryną i charakterystycznym głosem.
- Dwa piwa chmielowe - uprzedził go męski głos.
Koło Addona usiadł średniego wzrostu mężczyzna, który z nonszalanckim uśmiechem ogarniał wzrokiem łowcę nagród. Odziany był w jednolity czarny strój, który w nocy zapewniał mu azyl przed światłem i potworami. Przy brązowym pasie wisiały dwa sztylety, które nie raz musiały poznać smak krwi.
- Relus. Największy pijaczyna i łowca nagród na zachodniej stronie puszczy.
- Addon. Największy... przyjaciel Relusa, który podziwia jego dokonania.
- Jak zawsze skromny.
- Jak zawsze spóźniony! Gdzieś ty się podziewał tyle czasu? Znowu roztrwoniłeś wszystkie monety?
- Nic z tych rzeczy - przerwał, gdy barman podał zimny napój - twoje zdrowie skurczybyku.
Addon poczuł jak magiczny trunek rozchodzi się spragnionym organizmie.
- Więc... co robiłeś po wykonaniu naszej wspólnej roboty?
- Leczyłem ranę, które zadało mi to draństwo. Ostatni raz się zgadzam na jakikolwiek wypad z tobą.
Relus wywrócił oczami.
- Słyszę tę bajkę od dzieciństwa, Addon. A następnego dnia siedzimy przy stole i dzielimy się łupem z nagrody.
- Powiedziałem już coś, druhu. - Ponownie wziął łyk piwa. - Jak tam łowy u największego wojownika na trakcie?
Machnął lekceważąco ręką.
- Gówno, gówno i jeszcze raz gówno. Gubernatorzy skąpią pieniędzy, gdyż wojna na północy wykańcza skarbiec królewski.
- Fortuna nie sprzyja jak kilka faz temu?
- Bogini Domaga może mnie pocałować w mój wojowniczy sadek, Addon. Ledwo utrzymuje się z pomniejszych zadań. Pasterze czasem sypną groszem jak ubije kilka wilków, albo młynarz jak przegonię rusałki ze strumienia.
- Nawiasem mówiąc, życie na krawędzi zmieniło się w sielankę?
- Niestety, Addon, niestety. Męczy mnie to cholernie, ale co zrobić. Liczę, że się to zmieni.
Bez zbędnych wstępów rzucił na drewnianą ladę zalaną piwem dwa zwinięte pergaminy z pieczęcią gubernatorską. Jedna z nich owinięta była zieloną wstęgą, co oznaczało, że pochodziła z Be-Mazy, zaś druga fioletową - barwy Womigradu.
- Żartujesz nie? - zapytał Addon mocno zmieszany.
- A śmieję się, druhu? Los mi ostatnio sprzyjał. Otrzymałem dwa zadania od gubernatorów sojuszniczych krain.
- Powiedzieli coś więcej o nich?
- Przekonajmy się - Relus pociągnął za zieloną wstęgę, a następnie złamał pieczęć. Rozwinął pergamin i zaczął czytać - "Z mocy nadanej mi przez lud Be-Mazy, Ja, Gubernator Voz-Baraz ogłaszam, że prawowita następczyni tronu, moja córka Deriya pełniąca funkcje dowódcy oddziału konnicy na wojnie północnej, została porwana i jest przetrzymywana w więzieniu na granicy Be-Mazy i Rhazaru. W obiegu publicznym znajdzie się pięć pergaminów. Nagroda dla wojownika, który uratuje moją córkę to połacie ziemi od rzeki Sesy, aż do podnóży gór północnych."
- Córka gubernatora została porwana? Co z pozostałymi czterema ochotnikami?
- Wczoraj dotarła do mnie informacja, że ostatni narwaniec nie daje znaku życia od dłuższego czasu.
- Jakie jest drugie zadanie?
Relus otworzył pergamin w identyczny sposób jak pierwszy, lecz tym razem nie przeczytał go na głos.
- Relus?
- Moja rodzinna wioska pustoszona jest przez niedźwiedzie górskie. To dwa dni drogi stąd, Addon. Wezmę to zadanie.
- Mogę ci pomóc. We dwóch załatwimy to szybciej.
- Wiem, że skoczyłbyś za mną w stado Hred, lecz córka gubernatora nie może czekać tak długo. Udaj się na granice Rhazaru.
- Kiedy wyruszasz?
- Od razu. Im prędzej tam dotrę, tym większa szansa, że zapobiegnę większym stratom i zniszczeniom. Za jedną fazę księżyca Domagi wypatruj mnie w tym samym miejscu.
Założył kaptur na głowę i spojrzał jeszcze na Addona.
- Jak już ją uratujesz to będziesz miał miłą podróż. Deriya urodą dorównuję naszej bogini słońca.
- Szumi ci to piwo w głowie, Relus. Powodzenia, bracie.
Dopił do końca gorzki trunek i odprowadził przyjaciela wzrokiem, dopóki nie zniknął mu w gąszczu podróżników. Łowca spojrzał na poplamiony pergamin i próbował przypomnieć sobie kiedy ostatnio jego stopa postała na skutych lodem północnych terenach.
***************************************************************************
"Jedyna wolność to zwycięstwo nad samym sobą"
Fiodor Dostojewski
sobota, 30 marca 2013
poniedziałek, 25 marca 2013
Czas apokalipsy
Druga i ostatnia część "Raju" ląduje na bloga. Kontynuujemy podróż razem z bohaterami wraz muzyką z gry Metro 2033, która myślę nada klimat do czytania...
RAJ cz.II/II
Długo przyszło mi czekać na Jurija i Saszę, którzy uśmiechnięci wrócili z własnych poszukiwań. Po chwili pod moimi nogami wylądowały ich łupy.
- Wygląda na to, że w końcu czeka nas normalny posiłek - odpowiedziałem, spoglądając na ich zdobycze. Dochodziło popołudnie, gdyż widocznie spaliśmy dłużej niż przewidziałem. Usiedliśmy w kółku i wreszcie mogliśmy porządnie zjeść. Łapczywie wyjadałem jedzenie z puszek, zajadąc to suchymi jak wióry płatkami. Niezbyt pożywny obiad, lecz nie miałem prawa wybrzydzać.
- Wypadałoby wrócić po Wladimira i jego rzeczy - zacząłem.
- Raczej to, co z niego zostało - odparł Jurij, po czym zabrał się za kolejną konserwę.
- Nie wiemy czy po mokradłach nie kręcą się jeszcze bestie - ostudził mój zapał Sasza - Jeśli nie zbadamy terenu, możemy do niego dołączyć.
- Co proponujesz? - zapytałem.
- Zrobić to szybko, ale po cichu.
- Sam pójdę - odparł nagle Jurij.
- Oszalałeś do cholery!? Ktoś cię musi przecież osłaniać - skwitowałem mocno zaskoczony jego decyzją.
- Jeśli któryś z nas ma zginąć, niech to będzie jedna osoba, a nie my trzej. Wyruszę przed zmrokiem, zanim bestie wyjdą z nor. Czekajcie na mnie niedaleko kościoła.
Sasza chciał protestować, ale pewnym spojrzeniem dałem znać, żeby odpuścił. Prędzej zmusiłby demony do opuszczenia piekła, niż Jurija do zmiany swojej decyzji. Gdy zbliżał się zmrok, nareszcie mogliśmy rozpalić ognisko, rozgrzać zmęczone kości i spróbować osuszyć własne ubrania. Sasza uśmiechnięty usiadł przy palenisku, gdy udało mu się po wielu próbach nastroić gitarę. Ponownie melodią wprowadził naszą dwójkę w świat przed feralnymi wydarzeniami. Nie myślałem o parze w mieszkaniu, która popełniła samobójstwo, o ponurym kościele, o śmierci Wladimira. Moje myśli kierowały się ku rodzinnemu domowi na wsi, ku huśtawce na drzewie, ku pysznym wypiekom babci, ku bieganiu pośród zielonych drzew.
- Pora na mnie, panowie - Jurij wyprowadził mnie z dumania o dzieciństwie, aż Sasza przestał grać.
- Uważaj na bestie i trzymaj się, bracie - poklepałem go po barkach i kiwnąłem pewnie głową.
- Nie daj się zabić skurczybyku - Sasza przybił mu piątkę i pozwoliliśmy mu na jego własną misje.
Usiedliśmy z Saszą przy ognisku, gdy nagle zapytał:
- Myślisz, że wróci?
- Jeśli nie rozszarpią go bestie, rozszarpie go jego sumienie.
- Nadal się wini za śmierć...
Przerwałem, kiwając mu głową.
- Wezmę pierwszą wartę Sasza. Odpocznij.
***************************************************************************
Wyzwolenie
Promienie słoneczne sprawiły, że pierwszy raz od dłuższego czasu miałem miły poranek. Przeciągnąłem zmęczone kości i spojrzałem na Saszę, który zamiast posłać mi przyjacielski uśmiech siedział zafrasowany, wpatrując się w drzwi od ponurego gmachu kościoła.
- Nie wrócił prawda? - zapytałem retorycznie.
- Wybrał swoją własną ścieżkę, bracie. Daliśmy mu wolny wybór.
Przekląłem głośno. Domyślałem się, że prędzej czy później Jurij opuści nasze skromne szeregi. Był samotnym wilkiem, nie pasowała mu rola członka stada.
- Zostało nas dwóch, Sasza.
- Dwa karabiny nadal gotowe do strzałów, Nikolaj.
Przybiliśmy sobie piątkę i już po chwili byliśmy gotowi do wymarszu.
Wioska została daleko za nami, a słoneczny dzień sprawiał, że choć na chwilę można było nie rozpamiętywać straty dwóch towarzyszy. Korony drzew przechylały się delikatnie pod wpływem spokojnego wiatru. Nareszcie jakaś chwila wytchnienia. Przeszliśmy po mostku nad dużym potokiem, tocząc zagorzałą dyskusję, w którym kierunku powinniśmy ruszyć w przeciągu następnego dnia. Sasza nalegał żeby zbadać wreszcie zachodnią rubież, lecz ja upierałem się, aby kierować się na wschód, by dokończyć penetracje skraju lasu. Kiedy już miało dość wymiany zdań, przed naszymi oczami stanęło ogrodzenie z drutu, które okalało kilka budynków skupionych w jednym punkcie.
- Co to do cholery jest?
- Wygląda na jakiś wojskowy kompleks.
Na nasze szczęście kilkanaście metrów dalej siatka została przerwana, albo za pomocą ingerencji człowieka, albo czegoś gorszego. Kompleks był ogromny. Nie wiem jaki cudem przeoczyliśmy wysokie wieże strażnicze, które wysokością dorównywały drzewom. Miejsce było opuszczone w pośpiechu. Metalowe drzwi były w nienaturalny sposób powyginane na wszystkie strony. Na ziemi walały się najróżniejsze rzeczy począwszy od żołnierskich mundurów, a skończywszy na fruwających w powietrzu kartkach papieru. Brama wisiała na zniszczonym ogrodzeniu zgnieciona jak plastikowa butelka.
- Coś wielkiego musiało tutaj zrobić niezły rozpierdol - powiedziałem, gdy zobaczyłem zdziwioną minę Saszy.
- Mam nadzieję, że już tego draństwa tu nie ma. Wchodzimy? - lufą karabinu wskazał na pierwszy budynek.
- Wedle rozkazu.
Wystarczyło ledwie dotknąć drzwi, żeby wypadały z zardzewiałych zawiasów i z głośnym łoskotem spaść na ziemię.
- Brawo, Nikolaj. Jak coś się tutaj zalęgło, właśnie wie, że nadeszła pora obiadowa.
- Stul jadaczkę! Umiesz chyba obsługiwać karabin.
Pomieszczenie wyglądało jakby doszło z w nim do eksplozji ładunku C4. Ściany gdzieniegdzie umazane był krwią, najprawdopodobniej walczących żołnierzy. Nie pomyliłem się, gdyż mijając porozrzucane szafki i stoły znaleźliśmy także szkielety odziane w poszarpane mundury. Przeskoczyłem nad jednym z mebli i znalazłem się w kolejnym pomieszczeniu. W przeciwieństwie do poprzedniego pokoju, ciała były skupione w jednym punkcie, tuż przy hydraulicznie zamykanych drzwiach.
- Sasza! Chodź tutaj szybko!
Dostałem po oczach światłem latarki i z trudem spojrzałem na kompana:
- Nie nauczysz się nigdy, żeby nie walić po oczach światłem latarki?
Wzruszył bezradnie ramionami:
- Co my tutaj mamy? - zapytał niczym jeden z naukowców.
- Drzwi zamykane hydraulicznie. Zostały zamknięte od tej strony, nie rozumiem tylko co tutaj robią te ciała.
Długo nam zajęło zanim dokopaliśmy się do metalowego kurka.
- Otwieramy na trzy - oznajmiłem bez zastanowienia.
- Nie uważasz, że skoro ktoś je zamknął od zewnątrz, to znaczy, że jakieś kurestwo siedzi w środku?
- Uważam, że mogą skrywać coś cennego, co przyda nam się w dalszej podróży. Dawaj pomóż mi.
Ciągnęliśmy z całych sił, byle tylko poluzować choć trochę szczelnie zamknięte drzwi. Po chwili rozległ się charakterystyczny syk powietrza, a tuż za nim głośny pisk zawiasów. Spojrzeliśmy na siebie i od razu odezwał się Sasza:
- Taki z ciebie Kolumb, to pierwszy postaw stopę na nowym terenie.
Przewróciłem oczami i zacząłem schodzić po kratkowanych schodach. Tupot żołnierskich butów echem rozbrzmiewał po wszystkich pomieszczeniach w piwnicy. Gdy wreszcie znalazłem się na samym dole, jedynym źródłem światła była moja latarka doczepiona do kałasznikowa. Sasza był tuż za mną, gdyż słyszałem dokładnie jego głośne oddechy. Cisza. Przerażająca cisza. Przyznam, że zwątpiłem, gdy zamiast oczekiwanego El Dorado znalazłem się wraz z Saszą w labiryncie pokoi. Poruszaliśmy się powoli, przyczepieni do siebie plecami niczym bracia syjamscy. Korytarze zdawały się nie mieć końca, a buzująca w mojej krwi adrenalina nie dawała mi spokoju. Skręciliśmy gwałtownie w prawo i zamarłem.
Przyznam, że widziałem jak coś powoli przemieszcza się w przeciwległym korytarzu. Zrobiłem kilka kroków do przodu, pozwalając aby światło latarki przeszyło ciemność. Kontury były coraz bardziej wyraźne, gdy zbliżały się w moją stronę. Jeden, dwa, trzy... z prawej strony czwarty. Kurwa mać! Ludzie!
- Sasza, spójrz tam.
Obróciłem się za siebie, żeby powiadomić przyjaciela o odkryciu ludzi, którym udało się przeżyć. Lecz Sasza, zamiast stać za mną zaintrygowany zbliżał się do oszklonego pomieszczenia. Przetarł rękawem zakurzoną szybę i podświetlił pokój. Przyjrzał się dokładnie i odskoczył jak oparzony.
- Nikolaj spierdalamy stąd!!!
- Ale przecież tutaj są inni...
Odwróciłem się i wybałuszyłem oczy. Kontur, który brałem za człowieka, w rzeczywistości przypominał mutanta z rozerwaną szczęką. Stał kilka metrów ode mnie, sycząc nieprzyjemnie i mrożąc krew w moich żyłach. Tuż koło mnie wyłoniła się kolejna grupka. Posłałem ślepą serię w tunel, licząc, że uda mi się je odstraszyć. Nic z tego. Było ich co raz więcej i więcej.
- Na co czekasz!? - poganiał mnie Sasza, który pociągnął za mnie za rękaw, byle tylko przyśpieszyć ucieczkę.
Biegliśmy ile sił w nogach, nerwowo spoglądając za siebie na goniącą nas grupę mutantów. Zaskakiwali nas ze wszystkich stron, serie z kałasznikowa kładły ich niczym kosa zboże, lecz i to nie wystarczyło, żeby je powstrzymać. Nagle Sasza zatrzymał się:
- Nie mogę, Nikolaj! Nie mogę!
- Jeszcze kawałek i uda nam się uciec! Dawaj!
- Nie. Nie mogę wiecznie uciekać od tego wszystkiego. Dość mam życia jak wirus w obcym organizmie.
- Sasza, co ty pieprzysz!? Ruszaj tyłek zanim zjedzą ci go te bestie!
- Nie, Nikolaj. Tutaj kończy się moja rola w tym przedstawieniu.
- Nie baw się w demagoga, tylko rusz się wreszcie.
- Uciekaj, bracie.
Sasza zgasił latarkę.
- Cholera, Sasza!!!
Zniknął. A ja zniknę razem z nim, jak nie znajdę kryjówki.
***************************************************************************
Ocalenie
Biegłem praktycznie bez nadziei. Światło latarki świeciło coraz słabiej, w tle słyszałem głośne przekleństwa Saszy, które echem obijały się po ścianach kompleksu. Zbiegłem jeszcze niżej po schodach i wbiegłem do pierwszego lepszego pomieszczenia. Zabarykadowałem własnym ciałem drzwi i przyległem do zimnego jak lód metalu. Pokój na moje szczęście było pusty. Pozostawało kwestią czasu, kiedy mutanty wyczują moją obecność tutaj. Upadłem bezwładnie na ziemię, blokując drzwi tylko swoimi plecami. W życiu nie spodziewałem się, że miejscem mojej kaźni będzie to miejsce. Zaśmiałem się gorzko, kiedy przypomniałem sobie naszą ostatnią rozmowę przy ognisku. Rozmawialiśmy zwyczajnie, bez krępacji - o szczęściu. Wladimir był zwykłym informatykiem. Szczęściem dla niego była jego ciężka praca. Zawsze pragnął, aby jego osiągnięcia były docenione i cóż.... udało mu się, uratował nam tyłek kosztem własnego życia. Zupełnie inną definicje zaprezentował Jurij. Zwykle twardo stąpający po ziemi i sceptycznie nastawiony do takich rozmów, szczęście przedstawił krótko - szczęście to wolność. Widocznie udało mu się osiągnąć jedno i drugie, kiedy zdecydował się nas opuścić. A Sasza...Sasza uważał, że szczęściem dla niego jest każdy kolejny dzień. Czym było dla mnie? Uważam, że szczęście jest tym, czego nigdy nie osiągniemy, lecz do czego dążymy. Czy była to dla mnie roczna tułaczka i ciągła eksterminacja bestii? Odpowiedź jest prosta. Jeśli robię coś, co ma jakiś cel i robię to z kimś za kogo oddałbym życie, to wszystko jest warte poświęcenia. Bum. Bum. Bum. Dźwięki uderzeń o drzwi wyrwały mnie w osłupienia. Przeładowałem kałasznikowa i oczekiwałem na wysyp bestii. Jeśli miałem zginąć tutaj, to niech moja krew zostanie przelana wraz z łuskami. Odskoczyłem od drzwi i przylgnąłem do przeciwległej ściany. W głowie migały mi obrazki z całego mojego życia. Drzwi uchyliły się, skrzypiąc nieprzyjemnie. Ciemność. Wiedziałem co za sobą skrywa i chciałem spotkania z tym wszystkim. Nagle z czarnych czeluści wyłoniła się postać, której w życiu bym się tutaj nie spodziewał. Zamiast przerażającego mutanta ujrzałem człowieka, który szczelnie owinięty był gumowym płaszczem. Jego twarz zakrywała maska gazowa, zaś nogi długie kalosze. W jednym w ręku trzymał karabin MP-5, zaś w drugim zwinięty kłębek ubrań, który rzucił w moją stronę.
- Zakładaj i pośpiesz się. Nie mamy dużo czasu. Czekam kawałek dalej po prawej stronie - nakazał mi głos zniekształcony przez maskę.
Stałem przez kilka sekund jak porażony piorunem. Właśnie w tym momencie poznałem co to znaczy szczęście. Ubrałem się błyskawicznie i wyszedłem z ponurego pomieszczenia, które ochrzciłem już miejscem swojej agonii. Jestem tutaj. Sam z nieznajomym. Uzbrojony w karabin, gotowy nieść śmierć. Dążę do tego, aby poznać smak raju, tak jak zrobiła to trójka moich kompanów. Mam na imię Nikolaj. Tutaj zaczyna się moja historia...
***************************************************************************
RAJ cz.II/II
Długo przyszło mi czekać na Jurija i Saszę, którzy uśmiechnięci wrócili z własnych poszukiwań. Po chwili pod moimi nogami wylądowały ich łupy.
- Wygląda na to, że w końcu czeka nas normalny posiłek - odpowiedziałem, spoglądając na ich zdobycze. Dochodziło popołudnie, gdyż widocznie spaliśmy dłużej niż przewidziałem. Usiedliśmy w kółku i wreszcie mogliśmy porządnie zjeść. Łapczywie wyjadałem jedzenie z puszek, zajadąc to suchymi jak wióry płatkami. Niezbyt pożywny obiad, lecz nie miałem prawa wybrzydzać.
- Wypadałoby wrócić po Wladimira i jego rzeczy - zacząłem.
- Raczej to, co z niego zostało - odparł Jurij, po czym zabrał się za kolejną konserwę.
- Nie wiemy czy po mokradłach nie kręcą się jeszcze bestie - ostudził mój zapał Sasza - Jeśli nie zbadamy terenu, możemy do niego dołączyć.
- Co proponujesz? - zapytałem.
- Zrobić to szybko, ale po cichu.
- Sam pójdę - odparł nagle Jurij.
- Oszalałeś do cholery!? Ktoś cię musi przecież osłaniać - skwitowałem mocno zaskoczony jego decyzją.
- Jeśli któryś z nas ma zginąć, niech to będzie jedna osoba, a nie my trzej. Wyruszę przed zmrokiem, zanim bestie wyjdą z nor. Czekajcie na mnie niedaleko kościoła.
Sasza chciał protestować, ale pewnym spojrzeniem dałem znać, żeby odpuścił. Prędzej zmusiłby demony do opuszczenia piekła, niż Jurija do zmiany swojej decyzji. Gdy zbliżał się zmrok, nareszcie mogliśmy rozpalić ognisko, rozgrzać zmęczone kości i spróbować osuszyć własne ubrania. Sasza uśmiechnięty usiadł przy palenisku, gdy udało mu się po wielu próbach nastroić gitarę. Ponownie melodią wprowadził naszą dwójkę w świat przed feralnymi wydarzeniami. Nie myślałem o parze w mieszkaniu, która popełniła samobójstwo, o ponurym kościele, o śmierci Wladimira. Moje myśli kierowały się ku rodzinnemu domowi na wsi, ku huśtawce na drzewie, ku pysznym wypiekom babci, ku bieganiu pośród zielonych drzew.
- Pora na mnie, panowie - Jurij wyprowadził mnie z dumania o dzieciństwie, aż Sasza przestał grać.
- Uważaj na bestie i trzymaj się, bracie - poklepałem go po barkach i kiwnąłem pewnie głową.
- Nie daj się zabić skurczybyku - Sasza przybił mu piątkę i pozwoliliśmy mu na jego własną misje.
Usiedliśmy z Saszą przy ognisku, gdy nagle zapytał:
- Myślisz, że wróci?
- Jeśli nie rozszarpią go bestie, rozszarpie go jego sumienie.
- Nadal się wini za śmierć...
Przerwałem, kiwając mu głową.
- Wezmę pierwszą wartę Sasza. Odpocznij.
***************************************************************************
Wyzwolenie
Promienie słoneczne sprawiły, że pierwszy raz od dłuższego czasu miałem miły poranek. Przeciągnąłem zmęczone kości i spojrzałem na Saszę, który zamiast posłać mi przyjacielski uśmiech siedział zafrasowany, wpatrując się w drzwi od ponurego gmachu kościoła.
- Nie wrócił prawda? - zapytałem retorycznie.
- Wybrał swoją własną ścieżkę, bracie. Daliśmy mu wolny wybór.
Przekląłem głośno. Domyślałem się, że prędzej czy później Jurij opuści nasze skromne szeregi. Był samotnym wilkiem, nie pasowała mu rola członka stada.
- Zostało nas dwóch, Sasza.
- Dwa karabiny nadal gotowe do strzałów, Nikolaj.
Przybiliśmy sobie piątkę i już po chwili byliśmy gotowi do wymarszu.
Wioska została daleko za nami, a słoneczny dzień sprawiał, że choć na chwilę można było nie rozpamiętywać straty dwóch towarzyszy. Korony drzew przechylały się delikatnie pod wpływem spokojnego wiatru. Nareszcie jakaś chwila wytchnienia. Przeszliśmy po mostku nad dużym potokiem, tocząc zagorzałą dyskusję, w którym kierunku powinniśmy ruszyć w przeciągu następnego dnia. Sasza nalegał żeby zbadać wreszcie zachodnią rubież, lecz ja upierałem się, aby kierować się na wschód, by dokończyć penetracje skraju lasu. Kiedy już miało dość wymiany zdań, przed naszymi oczami stanęło ogrodzenie z drutu, które okalało kilka budynków skupionych w jednym punkcie.
- Co to do cholery jest?
- Wygląda na jakiś wojskowy kompleks.
Na nasze szczęście kilkanaście metrów dalej siatka została przerwana, albo za pomocą ingerencji człowieka, albo czegoś gorszego. Kompleks był ogromny. Nie wiem jaki cudem przeoczyliśmy wysokie wieże strażnicze, które wysokością dorównywały drzewom. Miejsce było opuszczone w pośpiechu. Metalowe drzwi były w nienaturalny sposób powyginane na wszystkie strony. Na ziemi walały się najróżniejsze rzeczy począwszy od żołnierskich mundurów, a skończywszy na fruwających w powietrzu kartkach papieru. Brama wisiała na zniszczonym ogrodzeniu zgnieciona jak plastikowa butelka.
- Coś wielkiego musiało tutaj zrobić niezły rozpierdol - powiedziałem, gdy zobaczyłem zdziwioną minę Saszy.
- Mam nadzieję, że już tego draństwa tu nie ma. Wchodzimy? - lufą karabinu wskazał na pierwszy budynek.
- Wedle rozkazu.
Wystarczyło ledwie dotknąć drzwi, żeby wypadały z zardzewiałych zawiasów i z głośnym łoskotem spaść na ziemię.
- Brawo, Nikolaj. Jak coś się tutaj zalęgło, właśnie wie, że nadeszła pora obiadowa.
- Stul jadaczkę! Umiesz chyba obsługiwać karabin.
Pomieszczenie wyglądało jakby doszło z w nim do eksplozji ładunku C4. Ściany gdzieniegdzie umazane był krwią, najprawdopodobniej walczących żołnierzy. Nie pomyliłem się, gdyż mijając porozrzucane szafki i stoły znaleźliśmy także szkielety odziane w poszarpane mundury. Przeskoczyłem nad jednym z mebli i znalazłem się w kolejnym pomieszczeniu. W przeciwieństwie do poprzedniego pokoju, ciała były skupione w jednym punkcie, tuż przy hydraulicznie zamykanych drzwiach.
- Sasza! Chodź tutaj szybko!
Dostałem po oczach światłem latarki i z trudem spojrzałem na kompana:
- Nie nauczysz się nigdy, żeby nie walić po oczach światłem latarki?
Wzruszył bezradnie ramionami:
- Co my tutaj mamy? - zapytał niczym jeden z naukowców.
- Drzwi zamykane hydraulicznie. Zostały zamknięte od tej strony, nie rozumiem tylko co tutaj robią te ciała.
Długo nam zajęło zanim dokopaliśmy się do metalowego kurka.
- Otwieramy na trzy - oznajmiłem bez zastanowienia.
- Nie uważasz, że skoro ktoś je zamknął od zewnątrz, to znaczy, że jakieś kurestwo siedzi w środku?
- Uważam, że mogą skrywać coś cennego, co przyda nam się w dalszej podróży. Dawaj pomóż mi.
Ciągnęliśmy z całych sił, byle tylko poluzować choć trochę szczelnie zamknięte drzwi. Po chwili rozległ się charakterystyczny syk powietrza, a tuż za nim głośny pisk zawiasów. Spojrzeliśmy na siebie i od razu odezwał się Sasza:
- Taki z ciebie Kolumb, to pierwszy postaw stopę na nowym terenie.
Przewróciłem oczami i zacząłem schodzić po kratkowanych schodach. Tupot żołnierskich butów echem rozbrzmiewał po wszystkich pomieszczeniach w piwnicy. Gdy wreszcie znalazłem się na samym dole, jedynym źródłem światła była moja latarka doczepiona do kałasznikowa. Sasza był tuż za mną, gdyż słyszałem dokładnie jego głośne oddechy. Cisza. Przerażająca cisza. Przyznam, że zwątpiłem, gdy zamiast oczekiwanego El Dorado znalazłem się wraz z Saszą w labiryncie pokoi. Poruszaliśmy się powoli, przyczepieni do siebie plecami niczym bracia syjamscy. Korytarze zdawały się nie mieć końca, a buzująca w mojej krwi adrenalina nie dawała mi spokoju. Skręciliśmy gwałtownie w prawo i zamarłem.
Przyznam, że widziałem jak coś powoli przemieszcza się w przeciwległym korytarzu. Zrobiłem kilka kroków do przodu, pozwalając aby światło latarki przeszyło ciemność. Kontury były coraz bardziej wyraźne, gdy zbliżały się w moją stronę. Jeden, dwa, trzy... z prawej strony czwarty. Kurwa mać! Ludzie!
- Sasza, spójrz tam.
Obróciłem się za siebie, żeby powiadomić przyjaciela o odkryciu ludzi, którym udało się przeżyć. Lecz Sasza, zamiast stać za mną zaintrygowany zbliżał się do oszklonego pomieszczenia. Przetarł rękawem zakurzoną szybę i podświetlił pokój. Przyjrzał się dokładnie i odskoczył jak oparzony.
- Nikolaj spierdalamy stąd!!!
- Ale przecież tutaj są inni...
Odwróciłem się i wybałuszyłem oczy. Kontur, który brałem za człowieka, w rzeczywistości przypominał mutanta z rozerwaną szczęką. Stał kilka metrów ode mnie, sycząc nieprzyjemnie i mrożąc krew w moich żyłach. Tuż koło mnie wyłoniła się kolejna grupka. Posłałem ślepą serię w tunel, licząc, że uda mi się je odstraszyć. Nic z tego. Było ich co raz więcej i więcej.
- Na co czekasz!? - poganiał mnie Sasza, który pociągnął za mnie za rękaw, byle tylko przyśpieszyć ucieczkę.
Biegliśmy ile sił w nogach, nerwowo spoglądając za siebie na goniącą nas grupę mutantów. Zaskakiwali nas ze wszystkich stron, serie z kałasznikowa kładły ich niczym kosa zboże, lecz i to nie wystarczyło, żeby je powstrzymać. Nagle Sasza zatrzymał się:
- Nie mogę, Nikolaj! Nie mogę!
- Jeszcze kawałek i uda nam się uciec! Dawaj!
- Nie. Nie mogę wiecznie uciekać od tego wszystkiego. Dość mam życia jak wirus w obcym organizmie.
- Sasza, co ty pieprzysz!? Ruszaj tyłek zanim zjedzą ci go te bestie!
- Nie, Nikolaj. Tutaj kończy się moja rola w tym przedstawieniu.
- Nie baw się w demagoga, tylko rusz się wreszcie.
- Uciekaj, bracie.
Sasza zgasił latarkę.
- Cholera, Sasza!!!
Zniknął. A ja zniknę razem z nim, jak nie znajdę kryjówki.
***************************************************************************
Ocalenie
Biegłem praktycznie bez nadziei. Światło latarki świeciło coraz słabiej, w tle słyszałem głośne przekleństwa Saszy, które echem obijały się po ścianach kompleksu. Zbiegłem jeszcze niżej po schodach i wbiegłem do pierwszego lepszego pomieszczenia. Zabarykadowałem własnym ciałem drzwi i przyległem do zimnego jak lód metalu. Pokój na moje szczęście było pusty. Pozostawało kwestią czasu, kiedy mutanty wyczują moją obecność tutaj. Upadłem bezwładnie na ziemię, blokując drzwi tylko swoimi plecami. W życiu nie spodziewałem się, że miejscem mojej kaźni będzie to miejsce. Zaśmiałem się gorzko, kiedy przypomniałem sobie naszą ostatnią rozmowę przy ognisku. Rozmawialiśmy zwyczajnie, bez krępacji - o szczęściu. Wladimir był zwykłym informatykiem. Szczęściem dla niego była jego ciężka praca. Zawsze pragnął, aby jego osiągnięcia były docenione i cóż.... udało mu się, uratował nam tyłek kosztem własnego życia. Zupełnie inną definicje zaprezentował Jurij. Zwykle twardo stąpający po ziemi i sceptycznie nastawiony do takich rozmów, szczęście przedstawił krótko - szczęście to wolność. Widocznie udało mu się osiągnąć jedno i drugie, kiedy zdecydował się nas opuścić. A Sasza...Sasza uważał, że szczęściem dla niego jest każdy kolejny dzień. Czym było dla mnie? Uważam, że szczęście jest tym, czego nigdy nie osiągniemy, lecz do czego dążymy. Czy była to dla mnie roczna tułaczka i ciągła eksterminacja bestii? Odpowiedź jest prosta. Jeśli robię coś, co ma jakiś cel i robię to z kimś za kogo oddałbym życie, to wszystko jest warte poświęcenia. Bum. Bum. Bum. Dźwięki uderzeń o drzwi wyrwały mnie w osłupienia. Przeładowałem kałasznikowa i oczekiwałem na wysyp bestii. Jeśli miałem zginąć tutaj, to niech moja krew zostanie przelana wraz z łuskami. Odskoczyłem od drzwi i przylgnąłem do przeciwległej ściany. W głowie migały mi obrazki z całego mojego życia. Drzwi uchyliły się, skrzypiąc nieprzyjemnie. Ciemność. Wiedziałem co za sobą skrywa i chciałem spotkania z tym wszystkim. Nagle z czarnych czeluści wyłoniła się postać, której w życiu bym się tutaj nie spodziewał. Zamiast przerażającego mutanta ujrzałem człowieka, który szczelnie owinięty był gumowym płaszczem. Jego twarz zakrywała maska gazowa, zaś nogi długie kalosze. W jednym w ręku trzymał karabin MP-5, zaś w drugim zwinięty kłębek ubrań, który rzucił w moją stronę.
- Zakładaj i pośpiesz się. Nie mamy dużo czasu. Czekam kawałek dalej po prawej stronie - nakazał mi głos zniekształcony przez maskę.
Stałem przez kilka sekund jak porażony piorunem. Właśnie w tym momencie poznałem co to znaczy szczęście. Ubrałem się błyskawicznie i wyszedłem z ponurego pomieszczenia, które ochrzciłem już miejscem swojej agonii. Jestem tutaj. Sam z nieznajomym. Uzbrojony w karabin, gotowy nieść śmierć. Dążę do tego, aby poznać smak raju, tak jak zrobiła to trójka moich kompanów. Mam na imię Nikolaj. Tutaj zaczyna się moja historia...
***************************************************************************
"Największym niebezpieczeństwem jesteśmy my sami"
Ciężko jest każdemu z nas odnaleźć własną drogę. Jeszcze ciężej jest zrobić to, gdy nie pomaga nam otaczający nas świat, ani wrogo nastawiona do nas rzeczywistość. Jak radzą są z tym bohaterowie "Raju"?
RAJ cz. I/II
Geneza
"Dźwięk gitary Saszy każdego wieczoru zawsze sprawiał, że choć na chwilę można było zapomnieć o otaczającym nas świecie. Pieśni, które śpiewał nasz kompan nie opowiadały o smutku, nieszczęściu czy tragedii. Opowiadały o tym, co utraciliśmy w mgnieniu oka. O zielonej trawie, zamiast jałowej pustyni i podziurawionego jak ser szwajcarski asfaltu. O świergocie ptaków o poranku, zamiast szelestu ulotek z charakterystycznym znakiem radioaktywności. Czy choćby o zapachu kawy lub świeżego pieczywa w domu po ciężkim dniu pracy. Z naszej czwórki każdy miał własną definicje na szczęście, której dzielnie bronił i wierzył, że prędzej czy później uda się je osiągnąć. Jesteśmy tutaj. Sami. Z bronią w ręku i nadzieją w sercu. Mija rok odkąd nasz własny sen, zamienił się w koszmar."
***************************************************************************
Poświęcenie
Ognisko rozpalone przez Jurija dawało mnóstwo ciepła. Obserwowałem iskierki ognia, które tańczyły w powietrzu w rytm melodii granej przez Saszę. Jurij i Wladimir, którzy przez zeszłe trzy godziny pełnili wartę, głośno pochrapywali przytuleni do swoich wiernych karabinów. Nie pamiętam nocy, kiedy położyliśmy się, nie czując metalu pod nosem. Sasza nagle przerwał grę, sprawiając, że powróciłem niechętnie do szarej rzeczywistości. Gestem ręki nakazał milczenie, jednocześnie chwytając za kałasznikowa leżącego na karimacie. Szturchnąłem ręką Jurija, który obudził się jak oparzony, witając mnie lufą karabinu. W jego ślady poszedł Wladimir, który był nieco mniej porywczy od swojego towarzysza. Otaczające nas szuwary, które szczelnie zakrywały zagłębienie w ziemi po wybuchu dawające nam ochronę przed lodowatym wiatrem i dzikimi zwierzętami, teraz niebezpiecznie przechylały raz na prawą, a raz na lewą stronę. Bezchmurne, wiosenne niebo spowite zostało burzowymi chmurami. Nie trzeba było długo czekać na pierwsze krople deszczu i przekleństwa z ust Saszy.
- Kurwa mać, panowie! Zwijamy się, póki ognisko nie zgasło!
Fakt. Ognisko w dużej mierze odstraszało to cholerstwo, które się wylęga w elektrowni. Doświadczenie pozwoliło nam na błyskawiczne zapakowanie swoich gratów. Począwszy od karabinów, a skończywszy na karimatach. Płomienie ognia rozpaczliwie walczyły o przetrwanie, lecz deszcz bezlitośnie zakończył ten krótki pojedynek.
- Wladimir łap - powiedziałem, rzucając w jego stronę latarkę.
- Gdzie się ukryjemy? - panikował Jurij, który cholernie bał się wody, gdyż w dzieciństwie wpadł do rzeki i wujek cudem go odratował.
- Jesteśmy kilka kilometrów na południe od najbliższej wioski do cholery - dolewał oliwy do ognia Sasza.
- Przeczesaliśmy tylko tereny wschodnie, rubieże zachodnie mogą być jeszcze bardziej niebezpieczne - Wladimir także wtrącił swoje trzy grosze.
- Jeśli udamy się z powrotem na wschodnią część jest mniejsza szansa, że trafimy na dzikie zwierzęta - próbowałem przedstawić sensowne rozwiązanie.
Sasza chciał coś powiedzieć, lecz głośny grzmot uniemożliwił mu otwarcie ust.
-Im dłużej zwlekamy, tym więcej kurestwa wychodzi z nor i siedzib. Spieprzajmy stąd! - Jurij nie przebierał w słowach.
- Wyłazimy z tej dziury.
Deszcz i mokre podłoże nie ułatwiały nam życia, jeśli chodzi o podejście pod górkę. Pierwszy na szczycie zameldował się Wladimir, który próbował pomóc reszcie dostać się na grzbiet wzniesienia.
- Dalej! Dalej!
Nienawidziłem wspinaczki. W liceum zawsze dostawałem baty od wuefisty za brak tej cennej umiejętności. Ostatni wgramoliłem się nieporadnie na górkę i otrzepałem z błota.
- Którędy do cholery teraz? - zapytał Sasza.
- Za mną! - wykrzyczałem pewnie, choć nie byłem święcie przekonany, że doprowadzę grupę do wschodnich rubieży. Wiatr i silne opady, sprawiały, że musiałem się nie lada natrudzić, żeby cokolwiek przekazać swoim kompanom. Szuwary i podmokłe tereny opóźniały nasz marsz, a ja modliłem się tylko, żeby liczniki Geigera nie zaczęły nagle szaleć. O ile dzikie zwierzęta mogliśmy przywitać pociskami, to z promieniowaniem toczylibyśmy nierówną walkę. Szło nam się coraz trudniej, nasze buty tonęły z minuty na minutę głębiej w błocie i szuwarach. Drogę oświetlały nam tylko słabe smugi światła z latarek i od czasu do czasu błyskawice, które odkrywały cały teren przed nami. Zbliżaliśmy się do puszczy, w której bytowaliśmy aż cztery miesiące. Przeczesaliśmy ją niemal całą w poszukiwaniu ocalałych lub cennych towarów, lecz nie miałem pewności, czy zbadaliśmy połacie ulokowane najbliżej granicy rubieży.
- Jak to przeżyjemy panowie to... - Wladimir nie dokończył, gdyż po przeciwległej stronie rozległ się głośny skowyt, który wielokrotnie tłamsiliśmy strzałami z karabinów. Tym razem, to bestie polowały na nas, nie my na nie.
- Tempo! Tempo! - zachęcałem towarzyszy, przedzierając się przez mokradła. Twarz i ubranie umazane były błotem, a buty pełne wody. I wtedy...
- U was też licznik wariuje? - zapytał się z samego końca grupy Sasza.
- Jak się jebie to po całości! - powiedział w swoim stylu Jurij.
Od skraju lasu dzieliło nas może kilkadziesiąt metrów, lecz promieniowanie mogło nam pokrzyżować nasze plany. Głośne ryki potworów przeszywały polanę głośniej niż odgłosy grzmotów uderzających w ziemię. Nie mieliśmy wyboru. Albo rozszarpią nas bestie w szuwarach, albo spróbujemy uniknąć promieniowania i dostać się do lasu, gdzie mamy większe szanse na przetrwanie z tym cholerstwem.
-Wszyscy na kolana. Rozproszyć się - syknąłem najciszej jak potrafiłem.
Nie trzeba było długo czekać na reakcje. Wysokie krzaki ukryją nas przed bestiami, lecz nie miałem pewności, czy każdy z nas dotrze żywy do skraju lasu. Znajdowałem się na lewej flance i co chwilę spoglądałem na licznik, który jak na razie nie zamierzał sprowadzić mnie do grobu. Szedłem tyłem, upewniając się, czy żadne kurestwo, nie pociągnie mnie za sobą. Grzmoty ustały jak za pomocą zaczarowanej różdżki. Towarzyszył nam teraz tylko rzęsisty deszcz, który dawał nam mocno w kość. W niedalekiej odległości dostrzegłem kontur, który niebezpiecznie zbliżał się w moją stronę. Położyłem się w wodzie, mając nadzieję, że choć w małym stopniu zapewni mi ukrycie przed zbliżającym się wrogiem. Wierzyłem w duchu, że chłopakom udało się już dotrzeć do celu. Kontur nagle zamarł w bezruchu, jakby czekał na moje posunięcie. Powoli przemieszczałem się do przodu, próbując w jak najmniejszym stopniu angażować w ruch głośne szuwary. Bestia nagle zniknęła mi z pola widzenia, jakby odpuściła polowanie na mnie. Odetchnąłem głęboko, lecz moja radość nie trwała długo. Od mojej prawej flanki zbliżały się do mnie dzikie zwierzęta, które miały ochotę mnie rozszarpać na strzępy. Szykowałem się do strzału, już miałem pociągać za spust.
- Jurij!? Sasza!? - zapytałem.
- Ciszej do kurwy nędzy. Ominęliśmy z dziesięć bestii, żeby tu dotrzeć.
- Gdzie jest do cholery Wladimir?
- Myśleliśmy, że jest z tobą.
- Nie ma go ze mną.
Jurij z trudem powstrzymał się od uderzenia pięścią w wodę.
- W mordę. Nie powinienem się od niego odłączać.
- Ruszajmy w stronę lasu. Będziemy mieli lepszy widok na pole i w razie potrzeby pomożemy Wladimirowi.
Pomysł wydawał się doskonały, jednak seria z karabinów i okrzyki z oddali sprawiły, że trzeba było wprowadzić w życie plan B, którego nie mieliśmy. Przeczołgaliśmy się ostatkiem sił i pędem ruszyliśmy lasem, unikając otwartych przestrzeni. Strzały nagle ustały. Nie było już słychać okrzyków walki i ryków bestii. Wychyliłem się zza konaru i zamarłem.
- BIEGIEM!
Nie wiem, skąd potrafiłem wykrzesać z siebie reszty energii, żeby dotrzeć do budynku, który wyrósł jak spod ziemi. Wbiegliśmy zdyszani przez otwór w ścianie i modliliśmy się, żeby nastał ranek, który przyniesie nam chwilę odpoczynku. Jesteśmy tutaj. We trzech. Czekamy aż nastanie dla nas świt.
***************************************************************************
Własna droga
Spodziewałem się, że bestie wbiegną za nami do budynku, lecz tak się nie stało. Byliśmy tak zmęczeni podróżą i biegiem, że nie myśleliśmy nawet o tym, żeby wystawić warty na noc. Poranek był naprawdę ciężki. Cały nasz sprzęt był przemoknięty, a my cali umazani od stóp do głowy śmierdzącym błotem. Sasza klął niemiłosiernie, narzekając na stan swojej gitary, która nawet osłaniana przez futerał mocno ucierpiała poprzez obfite opady.
- Ciężka noc panowie, co? - pierwszy odważył odezwać się Jurij.
- Cholernie - odparłem od niechcenia - Szkoda, że nie ma nas w komplecie.
- Gdyby nie Wladimir, spoczęlibyśmy razem z nim na tych pieprzonych mokradłach - skwitował Sasza, po czym dodał - Ubolewam nad jego stratą, ale nie będę bawił się w płaczącą niewiastę i siedział bezczynnie. Ruszcie tyłki, panowie. Wypadałoby zbadać budynek.
Nie miałem zamiaru protestować, gdyż miał świętą racje. Pomieszczenie, w którym się znajdowywaliśmy wypełnione było po brzegi drewnianymi ławkami lub krzesłami, które przykryte były grubą warstwą kurzu. Na suficie na słabym wietrze dyndał kryształowy żyrandol od dawna niepełniący swojej prawowitej funkcji. Jurij ruszył pierwszy, odchylając starą kotarę.
- Chryste Panie! - krzyknął donośnym głosem, który echem obił się po ścianach budynku.
Minąłem Jurija i Saszę i otworzyłem usta zdziwiony. Byliśmy w kościele. Musieliśmy się do niego dostać od strony zakrystii i bocznych pokoi służących za schowki. Każdy z nas ruszył własnym torem po świątyni, obserwując ten piękny na swój sposób budynek. Z zabytkowych witraży we framugach utrzymało się może kilka. Uniosłem głowę w górę i odkryłem tajemnice. Coś co wieki temu spełniało role szklanej kopuły, rozpadło się na drobne kawałki i stworzyło ogromny prześwit w suficie. Jurij przeglądał okolice ołtarza, zaś Sasza badał skrzydła kościoła. Wszystko wydawało się być nietknięte, jakby stopa ludzka nie postała tutaj od dłuższego czasu.
- Znaleźliście coś? - echo głosu Saszy obiło się po murach kościoła.
Rozległ się głośny trzask w okolicach ołtarza.
- W mordę jeża. Się wystraszyłem - krzyknął Jurij - Nie, u mnie poza kurzem nic.
- Czysto. Miejsce wygląda na bezpieczne - zdałem raport i usiadłem na jednej z nietkniętych ław. Ogarnęło mnie dziwne uczucie niepokoju, mając świadomość, że kiedyś ten kościół musiał tętnić życiem. Ciekawiło mnie, ile w nim odbyło się okrzyków radości z okazji ślubów, ile poleciało łez po opłakiwaniu zmarłych, ile w nim padło słów modlitw o lepsze jutro.
- Chłopaki, musicie to zobaczyć! - Sasza stał przy wyjściu z kościoła, trzymając jedną ręką spróchniałe drzwi.
- Kur... - powstrzymał się Jurij, kiedy przyłożyłem mu otwartą ręką w tył głowy.
- Jesteś w świątyni gamoniu.
Jednak gdy zobaczyłem obraz rozpościerający się przede mną, miałem ochotę powiedzieć te same słowa, które chciał wypowiedzieć Jurij. Myślałem, że kościół jest samotnym budynkiem otulonym przez drzewa, ale nie spodziewałem się, że odkryjemy całą wioskę. Przed nami piętrzyło się góra może kilkanaście domostw, spalony silos oraz konstrukcja, która najprawdopodobniej służyła za dom młynarza. Zeszliśmy po kamiennych schodach i mieliśmy nareszcie okazje do naszego ulubionego zajęcia, jakim było penetrowanie zdewastowanych budynków. Niejednokrotnie przeszukiwanie opuszczonych domostw kończyło się na znalezieniu ich mieszkańców, którzy nie zdążyli w porę ewakuować się w bezpieczne miejsce. W obecnym położeniu termin "bezpieczeństwo" był dla nas po prostu abstrakcją i czymś nieosiągalnym.
- Biorę centrum! - Sasza pierwszy ruszył pędem w kierunku największego domu.
- Prawa flanka moja!
Cholera. Jak zawsze pozostała mi lewa strona. Wszedłem do pierwszego budynku i nie miałem prawa narzekać. Mieszkańcy musieli zdołać wydostać się z tego piekła, gdyż nigdzie nie dostrzegłem na ścianach, ani półkach zdjęć rodzinnych. Szafki opróżnione były z ubrań, a kuchnia ze wszystkich produktów oprócz starych płatków śniadaniowych. Doszedłem do klatki schodowej i automatycznie straciłem humor. Odkąd jedno z tych cholerstw skoczyło mi na twarz w jednej z willi, sceptycznie podchodziłem do zwiedzania górnych pięter. Tym razem musiałem się przełamać. Schody skrzypiały niemiłosiernie, jakby chciały obudzić wszelkie bestie z zaświatów. Ślamazarnym krokiem badałem każdy fragment pomieszczenia. W sypialni nie znalazłem nic, co mogłoby się przydać do podroży, ale pozostał mi jeszcze jeden pokój. Złapałem za klamkę jedną ręką, drugą trzymając kurczowo mojego kałasznikowa. Zamknięte. Przekląłem pod nosem. Odetchnąłem głęboko i silnym kopniakiem wyważyłem drzwi z nawiasów. Odór mógłby konkurować z zapachem naszej grupy po kilku dniach bez kąpieli. Rozejrzałem się po pokoju i próbowałem zlokalizować źródło smrodu. Ręką przesunąłem zieloną zasłonę i nie miałem już wątpliwości. W garderobie leżeli byli właściciele domu, ułożeni koło siebie, jakby oczekiwali wspólnie śmierci. Nie miałem ochoty na dalsze przeszukiwania mieszkań...
RAJ cz. I/II
Geneza
"Dźwięk gitary Saszy każdego wieczoru zawsze sprawiał, że choć na chwilę można było zapomnieć o otaczającym nas świecie. Pieśni, które śpiewał nasz kompan nie opowiadały o smutku, nieszczęściu czy tragedii. Opowiadały o tym, co utraciliśmy w mgnieniu oka. O zielonej trawie, zamiast jałowej pustyni i podziurawionego jak ser szwajcarski asfaltu. O świergocie ptaków o poranku, zamiast szelestu ulotek z charakterystycznym znakiem radioaktywności. Czy choćby o zapachu kawy lub świeżego pieczywa w domu po ciężkim dniu pracy. Z naszej czwórki każdy miał własną definicje na szczęście, której dzielnie bronił i wierzył, że prędzej czy później uda się je osiągnąć. Jesteśmy tutaj. Sami. Z bronią w ręku i nadzieją w sercu. Mija rok odkąd nasz własny sen, zamienił się w koszmar."
***************************************************************************
Poświęcenie
Ognisko rozpalone przez Jurija dawało mnóstwo ciepła. Obserwowałem iskierki ognia, które tańczyły w powietrzu w rytm melodii granej przez Saszę. Jurij i Wladimir, którzy przez zeszłe trzy godziny pełnili wartę, głośno pochrapywali przytuleni do swoich wiernych karabinów. Nie pamiętam nocy, kiedy położyliśmy się, nie czując metalu pod nosem. Sasza nagle przerwał grę, sprawiając, że powróciłem niechętnie do szarej rzeczywistości. Gestem ręki nakazał milczenie, jednocześnie chwytając za kałasznikowa leżącego na karimacie. Szturchnąłem ręką Jurija, który obudził się jak oparzony, witając mnie lufą karabinu. W jego ślady poszedł Wladimir, który był nieco mniej porywczy od swojego towarzysza. Otaczające nas szuwary, które szczelnie zakrywały zagłębienie w ziemi po wybuchu dawające nam ochronę przed lodowatym wiatrem i dzikimi zwierzętami, teraz niebezpiecznie przechylały raz na prawą, a raz na lewą stronę. Bezchmurne, wiosenne niebo spowite zostało burzowymi chmurami. Nie trzeba było długo czekać na pierwsze krople deszczu i przekleństwa z ust Saszy.
- Kurwa mać, panowie! Zwijamy się, póki ognisko nie zgasło!
Fakt. Ognisko w dużej mierze odstraszało to cholerstwo, które się wylęga w elektrowni. Doświadczenie pozwoliło nam na błyskawiczne zapakowanie swoich gratów. Począwszy od karabinów, a skończywszy na karimatach. Płomienie ognia rozpaczliwie walczyły o przetrwanie, lecz deszcz bezlitośnie zakończył ten krótki pojedynek.
- Wladimir łap - powiedziałem, rzucając w jego stronę latarkę.
- Gdzie się ukryjemy? - panikował Jurij, który cholernie bał się wody, gdyż w dzieciństwie wpadł do rzeki i wujek cudem go odratował.
- Jesteśmy kilka kilometrów na południe od najbliższej wioski do cholery - dolewał oliwy do ognia Sasza.
- Przeczesaliśmy tylko tereny wschodnie, rubieże zachodnie mogą być jeszcze bardziej niebezpieczne - Wladimir także wtrącił swoje trzy grosze.
- Jeśli udamy się z powrotem na wschodnią część jest mniejsza szansa, że trafimy na dzikie zwierzęta - próbowałem przedstawić sensowne rozwiązanie.
Sasza chciał coś powiedzieć, lecz głośny grzmot uniemożliwił mu otwarcie ust.
-Im dłużej zwlekamy, tym więcej kurestwa wychodzi z nor i siedzib. Spieprzajmy stąd! - Jurij nie przebierał w słowach.
- Wyłazimy z tej dziury.
Deszcz i mokre podłoże nie ułatwiały nam życia, jeśli chodzi o podejście pod górkę. Pierwszy na szczycie zameldował się Wladimir, który próbował pomóc reszcie dostać się na grzbiet wzniesienia.
- Dalej! Dalej!
Nienawidziłem wspinaczki. W liceum zawsze dostawałem baty od wuefisty za brak tej cennej umiejętności. Ostatni wgramoliłem się nieporadnie na górkę i otrzepałem z błota.
- Którędy do cholery teraz? - zapytał Sasza.
- Za mną! - wykrzyczałem pewnie, choć nie byłem święcie przekonany, że doprowadzę grupę do wschodnich rubieży. Wiatr i silne opady, sprawiały, że musiałem się nie lada natrudzić, żeby cokolwiek przekazać swoim kompanom. Szuwary i podmokłe tereny opóźniały nasz marsz, a ja modliłem się tylko, żeby liczniki Geigera nie zaczęły nagle szaleć. O ile dzikie zwierzęta mogliśmy przywitać pociskami, to z promieniowaniem toczylibyśmy nierówną walkę. Szło nam się coraz trudniej, nasze buty tonęły z minuty na minutę głębiej w błocie i szuwarach. Drogę oświetlały nam tylko słabe smugi światła z latarek i od czasu do czasu błyskawice, które odkrywały cały teren przed nami. Zbliżaliśmy się do puszczy, w której bytowaliśmy aż cztery miesiące. Przeczesaliśmy ją niemal całą w poszukiwaniu ocalałych lub cennych towarów, lecz nie miałem pewności, czy zbadaliśmy połacie ulokowane najbliżej granicy rubieży.
- Jak to przeżyjemy panowie to... - Wladimir nie dokończył, gdyż po przeciwległej stronie rozległ się głośny skowyt, który wielokrotnie tłamsiliśmy strzałami z karabinów. Tym razem, to bestie polowały na nas, nie my na nie.
- Tempo! Tempo! - zachęcałem towarzyszy, przedzierając się przez mokradła. Twarz i ubranie umazane były błotem, a buty pełne wody. I wtedy...
- U was też licznik wariuje? - zapytał się z samego końca grupy Sasza.
- Jak się jebie to po całości! - powiedział w swoim stylu Jurij.
Od skraju lasu dzieliło nas może kilkadziesiąt metrów, lecz promieniowanie mogło nam pokrzyżować nasze plany. Głośne ryki potworów przeszywały polanę głośniej niż odgłosy grzmotów uderzających w ziemię. Nie mieliśmy wyboru. Albo rozszarpią nas bestie w szuwarach, albo spróbujemy uniknąć promieniowania i dostać się do lasu, gdzie mamy większe szanse na przetrwanie z tym cholerstwem.
-Wszyscy na kolana. Rozproszyć się - syknąłem najciszej jak potrafiłem.
Nie trzeba było długo czekać na reakcje. Wysokie krzaki ukryją nas przed bestiami, lecz nie miałem pewności, czy każdy z nas dotrze żywy do skraju lasu. Znajdowałem się na lewej flance i co chwilę spoglądałem na licznik, który jak na razie nie zamierzał sprowadzić mnie do grobu. Szedłem tyłem, upewniając się, czy żadne kurestwo, nie pociągnie mnie za sobą. Grzmoty ustały jak za pomocą zaczarowanej różdżki. Towarzyszył nam teraz tylko rzęsisty deszcz, który dawał nam mocno w kość. W niedalekiej odległości dostrzegłem kontur, który niebezpiecznie zbliżał się w moją stronę. Położyłem się w wodzie, mając nadzieję, że choć w małym stopniu zapewni mi ukrycie przed zbliżającym się wrogiem. Wierzyłem w duchu, że chłopakom udało się już dotrzeć do celu. Kontur nagle zamarł w bezruchu, jakby czekał na moje posunięcie. Powoli przemieszczałem się do przodu, próbując w jak najmniejszym stopniu angażować w ruch głośne szuwary. Bestia nagle zniknęła mi z pola widzenia, jakby odpuściła polowanie na mnie. Odetchnąłem głęboko, lecz moja radość nie trwała długo. Od mojej prawej flanki zbliżały się do mnie dzikie zwierzęta, które miały ochotę mnie rozszarpać na strzępy. Szykowałem się do strzału, już miałem pociągać za spust.
- Jurij!? Sasza!? - zapytałem.
- Ciszej do kurwy nędzy. Ominęliśmy z dziesięć bestii, żeby tu dotrzeć.
- Gdzie jest do cholery Wladimir?
- Myśleliśmy, że jest z tobą.
- Nie ma go ze mną.
Jurij z trudem powstrzymał się od uderzenia pięścią w wodę.
- W mordę. Nie powinienem się od niego odłączać.
- Ruszajmy w stronę lasu. Będziemy mieli lepszy widok na pole i w razie potrzeby pomożemy Wladimirowi.
Pomysł wydawał się doskonały, jednak seria z karabinów i okrzyki z oddali sprawiły, że trzeba było wprowadzić w życie plan B, którego nie mieliśmy. Przeczołgaliśmy się ostatkiem sił i pędem ruszyliśmy lasem, unikając otwartych przestrzeni. Strzały nagle ustały. Nie było już słychać okrzyków walki i ryków bestii. Wychyliłem się zza konaru i zamarłem.
- BIEGIEM!
Nie wiem, skąd potrafiłem wykrzesać z siebie reszty energii, żeby dotrzeć do budynku, który wyrósł jak spod ziemi. Wbiegliśmy zdyszani przez otwór w ścianie i modliliśmy się, żeby nastał ranek, który przyniesie nam chwilę odpoczynku. Jesteśmy tutaj. We trzech. Czekamy aż nastanie dla nas świt.
***************************************************************************
Własna droga
Spodziewałem się, że bestie wbiegną za nami do budynku, lecz tak się nie stało. Byliśmy tak zmęczeni podróżą i biegiem, że nie myśleliśmy nawet o tym, żeby wystawić warty na noc. Poranek był naprawdę ciężki. Cały nasz sprzęt był przemoknięty, a my cali umazani od stóp do głowy śmierdzącym błotem. Sasza klął niemiłosiernie, narzekając na stan swojej gitary, która nawet osłaniana przez futerał mocno ucierpiała poprzez obfite opady.
- Ciężka noc panowie, co? - pierwszy odważył odezwać się Jurij.
- Cholernie - odparłem od niechcenia - Szkoda, że nie ma nas w komplecie.
- Gdyby nie Wladimir, spoczęlibyśmy razem z nim na tych pieprzonych mokradłach - skwitował Sasza, po czym dodał - Ubolewam nad jego stratą, ale nie będę bawił się w płaczącą niewiastę i siedział bezczynnie. Ruszcie tyłki, panowie. Wypadałoby zbadać budynek.
Nie miałem zamiaru protestować, gdyż miał świętą racje. Pomieszczenie, w którym się znajdowywaliśmy wypełnione było po brzegi drewnianymi ławkami lub krzesłami, które przykryte były grubą warstwą kurzu. Na suficie na słabym wietrze dyndał kryształowy żyrandol od dawna niepełniący swojej prawowitej funkcji. Jurij ruszył pierwszy, odchylając starą kotarę.
- Chryste Panie! - krzyknął donośnym głosem, który echem obił się po ścianach budynku.
Minąłem Jurija i Saszę i otworzyłem usta zdziwiony. Byliśmy w kościele. Musieliśmy się do niego dostać od strony zakrystii i bocznych pokoi służących za schowki. Każdy z nas ruszył własnym torem po świątyni, obserwując ten piękny na swój sposób budynek. Z zabytkowych witraży we framugach utrzymało się może kilka. Uniosłem głowę w górę i odkryłem tajemnice. Coś co wieki temu spełniało role szklanej kopuły, rozpadło się na drobne kawałki i stworzyło ogromny prześwit w suficie. Jurij przeglądał okolice ołtarza, zaś Sasza badał skrzydła kościoła. Wszystko wydawało się być nietknięte, jakby stopa ludzka nie postała tutaj od dłuższego czasu.
- Znaleźliście coś? - echo głosu Saszy obiło się po murach kościoła.
Rozległ się głośny trzask w okolicach ołtarza.
- W mordę jeża. Się wystraszyłem - krzyknął Jurij - Nie, u mnie poza kurzem nic.
- Czysto. Miejsce wygląda na bezpieczne - zdałem raport i usiadłem na jednej z nietkniętych ław. Ogarnęło mnie dziwne uczucie niepokoju, mając świadomość, że kiedyś ten kościół musiał tętnić życiem. Ciekawiło mnie, ile w nim odbyło się okrzyków radości z okazji ślubów, ile poleciało łez po opłakiwaniu zmarłych, ile w nim padło słów modlitw o lepsze jutro.
- Chłopaki, musicie to zobaczyć! - Sasza stał przy wyjściu z kościoła, trzymając jedną ręką spróchniałe drzwi.
- Kur... - powstrzymał się Jurij, kiedy przyłożyłem mu otwartą ręką w tył głowy.
- Jesteś w świątyni gamoniu.
Jednak gdy zobaczyłem obraz rozpościerający się przede mną, miałem ochotę powiedzieć te same słowa, które chciał wypowiedzieć Jurij. Myślałem, że kościół jest samotnym budynkiem otulonym przez drzewa, ale nie spodziewałem się, że odkryjemy całą wioskę. Przed nami piętrzyło się góra może kilkanaście domostw, spalony silos oraz konstrukcja, która najprawdopodobniej służyła za dom młynarza. Zeszliśmy po kamiennych schodach i mieliśmy nareszcie okazje do naszego ulubionego zajęcia, jakim było penetrowanie zdewastowanych budynków. Niejednokrotnie przeszukiwanie opuszczonych domostw kończyło się na znalezieniu ich mieszkańców, którzy nie zdążyli w porę ewakuować się w bezpieczne miejsce. W obecnym położeniu termin "bezpieczeństwo" był dla nas po prostu abstrakcją i czymś nieosiągalnym.
- Biorę centrum! - Sasza pierwszy ruszył pędem w kierunku największego domu.
- Prawa flanka moja!
Cholera. Jak zawsze pozostała mi lewa strona. Wszedłem do pierwszego budynku i nie miałem prawa narzekać. Mieszkańcy musieli zdołać wydostać się z tego piekła, gdyż nigdzie nie dostrzegłem na ścianach, ani półkach zdjęć rodzinnych. Szafki opróżnione były z ubrań, a kuchnia ze wszystkich produktów oprócz starych płatków śniadaniowych. Doszedłem do klatki schodowej i automatycznie straciłem humor. Odkąd jedno z tych cholerstw skoczyło mi na twarz w jednej z willi, sceptycznie podchodziłem do zwiedzania górnych pięter. Tym razem musiałem się przełamać. Schody skrzypiały niemiłosiernie, jakby chciały obudzić wszelkie bestie z zaświatów. Ślamazarnym krokiem badałem każdy fragment pomieszczenia. W sypialni nie znalazłem nic, co mogłoby się przydać do podroży, ale pozostał mi jeszcze jeden pokój. Złapałem za klamkę jedną ręką, drugą trzymając kurczowo mojego kałasznikowa. Zamknięte. Przekląłem pod nosem. Odetchnąłem głęboko i silnym kopniakiem wyważyłem drzwi z nawiasów. Odór mógłby konkurować z zapachem naszej grupy po kilku dniach bez kąpieli. Rozejrzałem się po pokoju i próbowałem zlokalizować źródło smrodu. Ręką przesunąłem zieloną zasłonę i nie miałem już wątpliwości. W garderobie leżeli byli właściciele domu, ułożeni koło siebie, jakby oczekiwali wspólnie śmierci. Nie miałem ochoty na dalsze przeszukiwania mieszkań...
Subskrybuj:
Posty (Atom)