"Je­dyna wol­ność to zwy­cięstwo nad sa­mym sobą"

Fiodor Dostojewski


piątek, 16 sierpnia 2013

Byle do piątku

Każdy z nas ma czasem taki dzień, w którym na usta ciśnie się tylko iście polskie słowo, które w gangsterskich komediach jest wypowiadane średnio raz na minutę. Człowiek chce się zapaść pod ziemię, odpocząć od zgiełku oraz zapomnieć o frustrującym dniu. Jak sobie radzą z tym bohaterowie zaprezentowanego przeze mnie opowiadania? Zapraszam do lektury!





Powtórka



W pubie było tłoczno. W okresie wakacyjnym znalezienie wolnego stolika lub chociaż zwykłego, wygodnego miejsce przy barze graniczyło niemal z cudem. Nawet chodzące na najwyższych obrotach wentylatory nie potrafiły, choć trochę ochłodzić pomieszczenia. Okiennice otwarte na oścież wpuszczały do budynku dużą porcję promieni słonecznych, a sączące się z głośników rockowe ballady pozwalały dać zmęczonym pracownikom chwilę wytchnienia po ciężkim dniu.
Michael przedzierał się przez tłum, starając się dostać do wymarzonej lady, przy której dostanie obiecane piwo. Nie trawił takiej pogody. A jeszcze bardziej nienawidził swojej roboty. Ot, zwyczajna fucha przydzielana każdemu w najbliższej okolicy. Nikt nie mógł narzekać na płace, czy choćby warunki mieszkalne. Jednak mimo tego, Michael po kilku tygodniach przeklinał sam siebie, że zgodził się przenieść w ten sektor pracy. Fakt, że jego poprzednia robota odbiegała standardem, wcale nie napawał go nadzieją. W końcu ile można siedzieć w dokumentacji i codziennie tonąć w papierach. Wypisywanie kartotek nowych członków to żmudna harówka.
- To co zwykle, Matthew - wykrzyczał, dobijając się wreszcie do białej lady.
- Ciężki dzień? - zapytał tradycyjnie barman, nalewając piwo do dużego kufla.
- A daj spokój. Myślałem, że wyrwanie się z papierkowej roboty da mi chwilę wytchnienia.
- Bez efektów?
- Żadnych. Ty wiesz, co ten idiota dzisiaj zrobił?
Przerwał, aby napełnić gardło gorzkim trunkiem. Barman zaciekawiony, czyszcząc szklankę szmatką, zachęcał go do mówienia. Szykowała się kolejna interesująca historia.
- Założył się z kumplem, że zjedzie na monocyklu z dachu własnego domu, po czym z gracją i finezją wpadnie do basenu.
Barman zaśmiał się krótko, oczekując na dalszy rozwój wydarzeń.
- Jest cały?
Michael wywrócił oczami.
- Pomiędzy dwójką, a czwórką w szczęce może zmieścić papierosa. Jedyny uszczerbek, ale to jeszcze nic. Włącz to i podziwiaj.
Matthew uśmiechnął się szeroko, gdy zobaczył w dłoni przyjaciela malutkiego, czarnego pendrive'a. Choć regulamin wyrażał się jasno - żadnych filmów z akcji - to po chwili cały pub mógł podziwiać efekt pracy Michaela. Na ekranie toczyła się zagorzała rozmowa spowita dużą dozą alkoholu.

- Słuchaj stary! Widzisz tamtą górkę?
- No... no...
- Założę się, że nie zdołasz sturlać się z niej prosto na dół!
- Ja nie dam rady?! Potrzymaj mi piwo!


Michael wykonał gest bezradności, gdy roześmiany barman poklepał go po plecach. Starał się współczuć i służyć radą, lecz tylko jego przyjaciel fundował mu codzienną dawkę śmiechu filmami z własnych syzyfowych działań.
- Widzisz, Matthew. Tylko mi musiał trafić się ćwierćinteligent z IQ na poziomie chomika.
- E, tam. Przesadzasz stary! - odezwał się nagle czarnoskóry mężczyzna siedzący po prawej stronie.
Obrócił się na taborecie w stronę dwójki rozmówców. Oparł ręce na udach i odetchnął głęboko, starając się dać upust emocjom.
- Do teraz mnie nosi, jak sobie o tym przypominam. Po raz pierwszy tak się nalatałem! Dzieciakowi zamarzyło się, kurde tournee po ruchliwych ulicach i o! - Podwinął rękaw i wskazał kurtuazyjnie na zdartą skórę na łokciach - Mała pamiątka po wyścigu z małym piratem drogowym. Trzy przecznice go goniłem!
- Panie, panie! I ty to nazywasz ciężkim dniem? - Tym razem z tłumu wyszedł brodacz ubrany niczym harleyowiec.
Barman przestał zajmować się kuflami i szklankami, a sam usadowił się na wysokim krześle. Zapowiadał się ciekawy wieczór.
- Od sześciu lat zajmuję się tym rozpieszczonym nastolatkiem! Sześć lat! Co piątek, dosłownie co tydzień mam urwanie głowy! Ostatnio, gdy imprezował w jednym z tych śmiesznych klubów, w aktorzynę się zabawił, bohater co ich mało! Ledwo go wyciągnąłem z opresji, kiedy sytuacja zaczęła się robić nieciekawa. Nos złamany i ręka zwichnięta, ale chłopaczyna, jakoś się wyliże chyba.
Zgromadzeni w półkolu mężczyźni pokiwali z uznaniem dla opowiadających opiekunów. Niemal każdy tego wieczoru chciał opisać swoją najcięższą przygodę, jaką mu było daną przeżyć podczas stażu w pracy. Niektórzy mieli nawet czarne pendrive'y z własnymi doświadczeniami. Napięta atmosfera została rozładowana, a obrońcy po wyczerpującym, zaskakującym dniu mieli w końcu powody do biesiadowania.
- Co, jak co panowie - odezwał się śmiele Michael - Robota ciężka jak diabli, ale mimo wszystko nie możemy narzekać na nudę.
Współtowarzysze wyrazili aprobatę, unosząc swoje kufle ku górze.
- Nuda, nie nuda przynajmniej weselej mamy niż ci z dokumentacji - zakomunikował najniższy z grupy.
- I to jak! - wrzasnął brodacz - A i płace dobre!
- A i satysfakcja z zawodu! - wtrącił się czarnoskóry opiekun.
Tłum zawtórował głośnym okrzykiem. W sali rozległo się nagle głośne pikanie, a każdy z obecnych spojrzał na swój zegarek, licząc, że to nie jego wzywają ponownie do działania. Michael westchnął głośno, gdy zobaczył żarzącą się czerwoną lampkę na swoim nadgarstku.
- Super. Mamy kandydata do nagrody Darwina. Dzięki za wieczór, Matthew.
- Do usług.
Michael podszedł do luźnych drzwiczek, upewniając się, czy aby na pewno jest gotowy do odlotu.
- Zazdroszczę ci nieco.
Opiekun zadrżał nieco, słysząc głos swojego przełożonego, który jest najbliżej Głównego Szefa. Masywny mężczyzna zakładał na ramiona skórzane rzemyki, spoglądając ukradkiem na zdezorientowanego Michaela. Ten nie wiele razy miał okazję rozmawiać z Gabrielem.
- Dlaczego? - wydukał w końcu z siebie, gdy wyszedł z osłupienia.
- Twój zegarek wzywa cię raptem dwa razy dziennie, jak nie rzadziej.
- Cóż... - przerwał, gdy poczuł, że musi w końcu rozprostować zmęczone, ściśnięte w pubie skrzydła - Niełatwa jest rola Anioła Stróża.
- Piotr też mi to powtarza, lecz mówi także, że to co robimy to cenny dar.
- Dar?
- Jego darem jest wpuszczanie do nas ludzi, którzy uczynią to miejsce jeszcze lepszym. Naszym zaś... - zawahał się chwilę, aby przewiesić przez szyję szarą torbę - Naszym darem jest chronienie ludzi przed naszym byłym bratem, Michael. Jesteśmy ich tarczą.
- Mogę widzieć kim ty się opiekujesz?
- Nie chcesz wiedzieć. - Odleciał błyskawicznie w dół, znikając pomiędzy gęstymi, burzowymi chmurami. Michael zdołał przeczytać jeszcze napis na metalowym zdobieniu torby oraz rozszyfrować wygrawerowany na niej symbol. Trupia czaszka oraz duży, wyraźny napis: JACKASS, nie pozostawiały żadnych złudzeń.

***************************************************************************

niedziela, 11 sierpnia 2013

... I Nikolaj odchodzi

Trylogia oficjalnie zakończona. Prezentuję ostatnią, szóstą część przygód Nikolaja. Polecam czytanie z kawałkiem A Tout Le Monde, którego tekst idealnie wpasowuje się w historię Nikolaja. Miłej lektury!



UPADEK NIEBA cz.II

Opowieść


Zanim nastąpił dzień Sądu lub jak kto woli wojna nuklearna, Grozisk zamieszkany był przez raptem trzy tysiące mieszkańców. Moja matka była lokalną szwaczką, a ojciec pracował w elektrowni. Życie, jak każde inne. Każdy mieszkaniec miasta zdawał sobie sprawę, że pod miastem ciągnie się sieć tuneli oraz Bóg wie, co jest zamknięte za tymi hermetycznymi drzwiami. Dzieci straszono, że każdej nocy z podziemi wydostają się straszne potwory, które porywają niegrzeczne pociechy i wciągają je za sobą do kompleksu. Ot, zwyczajna, miejscowa legenda. W rzeczywistości podziemia zostały zbudowane dużo wcześniej przed wybuchem wojny. Podczas Zimnej Wojny, gdy napięcie na świecie sięgało zenitu, w tej o to bazie, opracowywano plany, które w razie konfliktu miały przeważyć szale zwycięstwa na korzyść Bloku Wschodniego. Jajogłowi dwoili i troili się, byle tylko zaspokoić żądzę władzy kolejnych dowódców. Miasto miało być tylko przykrywką. Zwykłym tłem dla piekielnych działań pod nami. Żylibyśmy tak dalej - w spokoju, bez szwanku, gdyby nie wybuch elektrowni. Władze od razu o eksplozje posądzili Amerykanów, tłumacząc, że tylko oni, byli w stanie dokonać takiego zamachu. W rzeczywistości zadecydował o tym jeden, ludzki błąd. Mojego ojca, jak byli przekonani wszyscy mieszkańcy. Chwila nieuwagi i sielanka zmieniła się w koszmar. Reakcja była błyskawiczna. Rutynowe, monotonne życie zamarło. Miasto ze spokojnego siedliska zmieniło się w rozwścieczony i zdezorientowany pszczeli ul. Setki osób opuszczały miasto w pośpiechu. Zostawiając stare życie za sobą i próbując rozpocząć kolejne, byle jak najdalej od przeklętego miasta. Raptem rok po wybuchu Czarnobyla, pora była na naszą elektrownie. Władze nie popełniły błędów przeszłości. Ewakuacja przebiegała szybko, jednak kalkulacje były brutalne. Autobusów przyjechało po prostu za mało. Przepustkę do raju, otrzymali ci, którzy byli najszybsi. Nieważne, czy wypychałeś nogą z pojazdu własnego sąsiada, z którym dzieliłeś pół swojego życia, czy zwykłego obywatela, którego po raz pierwszy widzisz na oczy. Walka była nierówna. Choć z mamą udało nam się dostać pod same drzwi autobusu, one nagle zatrzasnęły się tuż przed naszymi twarzami. Gburowaty kierowca, tylko bezradnie rozłożył ręce. Nasz bilet do nieba został podarty na kawałki. Obiecali, że przyślą kolejne busy po nas i po pracowników kompleksu. Czekaliśmy kilka dni, rozpaczliwie, wyglądając na jedyną drogę prowadzącą do miasta. Nic. Pustka. Pozostała nam tylko kurcząca się nadzieja, a z nią szansa na przeżycie. Frustracja przerodziła się w strach. Pracownicy kompleksu pierwsi poznali jego smak. Zabarykadowali się w bunkrze, licząc, że starczy im zapasów. Na nic zdały się regularne walenia w chromowane drzwi. Zostało nas osiemdziesięciu. Osiemdziesiąt błąkających się dusz po opuszczonych zgliszczach miasta. Chmura oparów przyszła szybciej niż się spodziewaliśmy. Każdy zdawał sobie sprawę jaką jego ciało przyjęło dawkę. Każdy nosił w sobie śmiercionośną bombę z licznikiem, który w dowolnej chwili może wskazać prostokątne zero na ekraniku. Piwnice mieszkań i prowizorycznie wykonane maski dały nam nieco ochrony. Pierwsi padali najstarsi. Już po miesiącu zostało nas tylko siedemdziesiąt jeden osób. Promieniowanie niemal każdego dnia domagało się kolejnej ofiary. Zapasy jedzenia malały w zastraszającym tempie. Brakowało niemal wszystkiego. Z racji tego, że miałam dopiero siedemnaście lat dostawałam dość solidne racje żywieniowe, także moja mama oddawała mi część swoich zapasów. Po kilku miesiącach zostało nas czterdziestu. Strach ustąpił miejsca wściekłości. Ta zamieniła się w nienawiść. Każdy dość miał życia poza granicami raju. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że hermetyczne drzwi, nawet nie drgną, lecz mimo to udało się znaleźć drogę do podziemnych tuneli. Atak był szybki. Zaskakujący. Brutalny. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Oczekiwano silnego oporu. Walki o własne życie. Jak się później okazało, mało kto próbował walczyć z mieszkańcami Groziska. Mdła i słaba linia obrony została szybko przełamana. Nasza grupka traktowała zdobycie bunkra niczym wygranie wielkiej bitwy. Jednak czy pokonanie własnych współbratyńców to powód do dumy? Jak się później okazało, pracownicy już przed naszym przybyciem sami popełniali samobójstwa. Nikt nie miał ochoty zaglądać do kolejnych pomieszczeń. Nikt także, nie zamierzał grzebać zmarłych. Uznano, że to miejsce powinno być ich grobem. Zapasy jedzenia starczyły na dobry rok. Mówię dobry, bo naprawdę dobrze nam się wiodło. Udało nam się nawet stworzyć, coś na rodzaj podziemnej cywilizacji. Nikt nie narzekał na brak czegokolwiek. Dopiero wtedy nasz sen zmienił się w koszmar. Kompleks nie był bazą danych, ani siedzibą informacji. Wszystko wydarzyło się raptem dwa lata temu. Kilku ludzi nie wróciło z polowania, a z dalszych, niezbadanych partii tuneli, dochodziły dźwięki, których nikt nie chciał słyszeć. 19 kwietnia to był nasz własny, gorzki koniec. Bestie wysypały się z kompleksu jak robactwo. Walka była nierówna. Choć sama umiałam już posługiwać się bronią, przewaga Rogarów była miażdżąca. Gdy ataki ustały, na placu boju widziałam tylko kilkanaście ludzkich konturów. Odrapani, oblepieni krwią, bez nadziei w sercu. Nasza Atlantyda upadła. Mnóstwo było pytań bez odpowiedzi. Za dużo. 27 kwietnia pochowałam własną matkę. Kolejne żniwo promieniowania. Z trudem przyszło mi wypisywać na nagrobku inskrypcje, lecz jeszcze trudniej, było mi przyjąć, że moja grupka się po prostu rozpadła. Kilkanaście ciężkich i żmudnych dni, zajęło nam przeglądanie dokumentów z pomieszczeń. Aż wreszcie puzzle zaczęły układać się w całość. Kompleks był niczym innym, jak obiektem badawczym nad anomaliami fauny i flory z okolicy Czarnobyla i Prypeci. Jednak jedna teczka, trzymana w sejfie, wzbudziła w nas prawdziwą żądzę zemsty. Do dziś pamiętam fragmenty tego cyrografu:
Operacja: Upadek nieba
W dniu 15.06.1995 ma nastąpić rozpoczęcie projektu. O godzinie 12:00 dojdzie do wybuchu reaktora spowodowanego zwolnieniem zabezpieczeń chłodzenia. Kompleks wojskowy umiejscowiony w lesie powinien zostać ostrzeżony o projekcie. Grozisk ma zostać ewakuowane, lecz w mieście zostanie grupka osiemdziesięciu przypadkowych obywateli oraz załoga obiektu badawczego "Hybryda". Pracownicy mają za zadanie obserwować zachowania oraz instynkty ludzkie mające pomóc im przetrwać. W tym samym czasie naukowcy laboratorium powinni rozpocząć badania i eksperymenty na dostarczonych z okolic Czarnobyla anomalii. Projekt: Upadek nieba powinien trwać trzy lata. Po tym czasie załoga zostanie bezpiecznie ewakuowana.
Tak pokrótce. Reszta to szczegółowy i rygorystyczny regulamin oraz kodeks zachowań dla pracowników tego przeklętego kompleksu. Byliśmy niczym innym jak kukiełkami w ramach militarnego testu. Projekt skończyłby się szybciej, lecz Dzień Sądu pokrzyżował władzom plany. Coś co miało być zwykłym przedstawieniem, urzeczywistniło się. Bomby spadły daleko od nas, lecz naszemu miastu udało się jakimś cudem uniknąć promieniowania. Mimo tego byliśmy w rozsypce. Brakowało nam kogoś, kto tchnie w nas życia. Kogoś, kto nas poprowadzi. Prośby zostały spełnione. Do naszego kompleksu wpadł wymęczony, wychudzony do granic możliwości starzec. Odziany tylko w czarną szatę, poruszający się za pomocą laski wyglądał jak dar od niebios. Przez kilka dni majaczył przez sen, o bestiach, o czarnym niebie, o błogosławieństwie. Gdy stanął na nogi, szybko stał się naszym prorokiem. Mentorem. Kimś, kto poprowadzi nas do wymarzonej zemsty. Staliśmy się wyznawcami bestii. Ich potęgi. Ich siły. Ich zdolności. Starzec, czyli Nor twierdził, że Rogary są mądrzejsze niż nam się wydaje. Jego słowa szybko trafiły do zdesperowanych umysłów. Staliśmy się Czarnymi Wyznawcami. Po katastrofie przyjmowaliśmy każdego, kto się zapędzał na nasze tereny. Tym, którzy nie chcieli służyć bestiom... składaliśmy w ofierze. Jako dar dla bestii. Jednak starzec nakreślił nam kolejne zadania. Złapanie jednego Rogara, graniczyło z cudem, a co dopiero siedmiu. Gdy pytaliśmy go, dlaczego chcemy to uczynić, szeptał tylko jedno zdanie: A gdy otworzył pieczęć siódmą, zapanowała w niebie cisza jakby na pół godziny. Skutecznie wzbudził ciekawość. Łapanie bestii stało się naszym celem. Choć nie przestaliśmy ich czcić, ani podziwiać, prośba naszego proroka musiała zostać wyegzekwowana. Dopiero później dowiedziałam się, że zostanie odprawiony rytuał...
Długo stałem wryty w ziemię, łapiąc garściami słowa z ust Evy. Byłem w szoku. Wszystkie odpowiedzi na męczące mnie od początku podróży pytania miałem podane jak na tacy. Nie wiedziałem, czy mam jej współczuć ciężkiej przeprawy, czy posłać kulkę w łeb w zamian za to, że wielbione przez nią bestie rozszarpały Władimira, zmusiły do kapitulacji Saszę i sprawiły, że Jurij jest w już lepszym miejscu. W ciągu trzech dni straciłem trzech przyjaciół. Dopiero teraz, po tej historii dotarło do mnie, ile znaczy w tych czasach, posiadać kogoś, kto zawsze poda ci dłoń, gdy upadniesz. Pierwszy raz od dłuższego czasu nareszcie czułem, że stąpam po odpowiedniej ścieżce. Widziałem jej koniec, ale jeszcze nie teraz.
- Prowadź nas do nich - syknąłem wściekły.
Gregori kiwnął w jej stronę głową, lecz ona mimo to twardo stała w miejscu.
- Nigdzie się stąd nie ruszam. Zabijesz ich.
- Ciebie także zabije, jeśli mnie tam nie zaprowadzisz.
Wiedziałem, że miała ochotę mnie rozszarpać. Wbić swoje paznokcie w moje gardło i widzieć jak ulatuje ze mnie życie. Po chwili byliśmy już ogarnięci przez ciemną otchłań labiryntu tuneli.

***************************************************************************

Zemsta


Szliśmy długo, gdyż Eva najprawdopodobniej prowadziła nas okrężną drogą, byle dać swoim wyznawcom więcej czasu. Napaść we dwójkę na uzbrojonych wyznawców wydawała się śmieszna, wręcz absurdalna.
- Myślisz, że prowadzi nas prosto do nich? - zagarnął Gregori, upewniając się, czy Eva nic nie słyszy. Ta jednak obojętna brnęła naprzód, mając świadomość, że próba ucieczki skończy się śmiercią.
- Nie. To byłoby za proste. Chce dać im więcej czasu. Liczy na to, że rytuał zostanie odprawiony bez niej.
- Trzeba zakończyć tę błazenadę.
Eva zatrzymała się na jednym z rozwidleń i rzuciła krótko:
- W prawo i mocno w lewo i dojdziecie do wartowników.
- A oni przywitają nas w iście bestialskim stylu i skończymy w nożem w plecach? - żartował Gregori, choć mi wcale nie było do śmiechu.
- Prowadź - wykrztusiłem z siebie, zachęcając ją lufą karabinu - Jeden ruch, jedno słowo i...
Zgasiłem latarkę, upewniłem się czy Gregori jest gotowy i ruszyliśmy za Evą. Nie oszukała nas. Wartownicy stali tuż koło siebie przy rozpalonym, wątłym ognisku. Rozmawiali żwawo, nie zważając na zbliżające się niebezpieczeństwo.
- Stój - szepnąłem, łapiąc Eve za bark - Pójdziesz pierwsza. Udawaj, że wszystko w porządku.
Nie byłem pewny zachowania wyznawczyni, lecz do głowy nie przyszedł mi żaden inny pomysł.
- Zatrzymaj się! Ręce za głowę!
Kobieta posłusznie wykonała rozkaz wojowników.
- Podejdź bliżej ognia. Tylko żadnych gwałtownych ruchów! - zagaił drugi.
- W mordę! Eva!
- Za mną są ci dwaj z cmentarzyska!
Wiedziałem, że do tego dojdzie. Gregori wyskoczył z czeluści ciemności i posłał serię w jednego z wartowników. Ten zwalił się na ognisko, sprawiając, że ledwo widziałem swojego przeciwnika. Eva biegła ile sił w nogach, byle tylko nie zostać złapaną przez Gregoriego, który pędem ruszył za nią w pogoń. Ja miałem w tej chwil inny problem. Uderzyłem wartownika w twarz, słysząc głośne chrupnięcie kości. Pewnie złamałem mu nos. Ten odwzajemnił się silnym kopniakiem w obolałe jeszcze biodra. Zwinąłem się z bólu, lecz zdołałem uniknąć ciosu pięścią. Wyciągnąłem z kieszeni nóż, uchyliłem się przed uderzeniem i zmieściłem ostrze pod jednym z żeber. Czarny wyznawca zastygł w bezruchu, próbował jeszcze chwycić mnie masywnymi rękoma za kark, lecz nie dałem mu tej satysfakcji. Przekręciłem nóż, po czym odepchnąłem od siebie bezwładne ciało. Nigdzie nie widziałem jednak Gregoriego. Dopiero po dłuższej chwili pojawił się w polu widzenia. Samotnie.
- Zniknęła w jednym z tuneli. Nie mamy czasu.
Nie miałem ochoty nawet odpowiadać. Pozostawało nam tylko liczyć, że zdążymy przerwać ten chory rytuał, o którym mówiła Eva.
- Nie, kurwa, nie teraz. - Jak na złość, latarka zaczęła powoli wysiadać. Przeszukanie wartowników także nic nie dało. Po chwili urządzenie zgasło na wieki.
- Pięknie, kurwa. Pięknie.
W ciemności wyznawcy wyłapaliby nas jak muchy. Chyba, że zajęci są na tyle obrządkami, że nawet panikująca Eva nie zdołała ich namówić do przeszukania kompleksu. Brak światła spowolnił nas na tyle, że zmuszeni byliśmy poruszać się żółwim tempem tuż przy metalowych ścianach. Jak na zawołanie w lewym tunelu paliło się ognisko, lecz po wartownikach, nie było śladu.
- Stój. A jak to pułapka?
Gregori miał rację. Nie pozostało nam nic innego, jak skręcić w prawo i liczyć, że nie zostaniemy dostrzeżeni przez czarny patrol. Dotyk metalu męczył niemiłosiernie, do momentu...
- Gregori... Tu są chyba jakieś drzwi. Pomóż mi.
Długa belka zwaliła się z hukiem na podłogę, a my sami wkurzeni na siebie za spowodowany hałas, zniknęliśmy w pomieszczeniu. Nasze nogi wadziły o najróżniejsze przedmioty. Począwszy od kolejnych stert kartek, a na drewnianych obudowaniach starych mebli kończąc. Tak jak oczekiwaliśmy, natrafiliśmy na kolejne przejście. Głosy. Ludzkie. Zewsząd. Drzwi za nami zatrzasnęły się. Wokół nas rozbłysnęły światła niczym halogeny ze stadionu piłkarskiego. Nic nie było w stanie opisać tego co widzieliśmy. Nic. Czarni otoczyli nas kołem, trzymając w rękach zapalone pochodnie. Z założonym na głowę kapturem i nucąc niezrozumiałą dla nas pieśń wyglądali przerażająco. Na środku pokoju w szerokim na kilka metrów dole dochodziło głośne wycie i ryczenie bestii.
- Podejdźcie bliżej wybrańcy! Porzućcie broń, porzućcie złość!
Starzec stojący tuż nad bestiami, odziany był tak samo jak pozostali wyznawcy, z tą różnicą, że na głowie miał dziwny diadem, przypominający liść laurowy, którym honorowano gladiatorów na arenie. W lewej ręce trzymał swoją laskę, zaś w drugiej grubą, brązową księgę. Czarni zaczęli zaciskać pierścień wokół pokoju. Nigdzie nie mogłem dostrzec Evy. Szykowałem się do strzału, podobny plan miał Gregori, który kiwnął głową w moją stronę. Bum. Bum. Po chwili leżeliśmy twarzą do ziemi, pozbawieni broni, pozbawieni honoru.
- Ci dwaj! - wskazał na nas palcem - Przeciwstawiają się naszej wizji życia! Naszej wierze! Naszej nadziei na lepsze jutro! Bestie domagają się ofiary, zanim same staną się naszym wybawieniem od doczesnych trosk! Przynieść ją!
Drzwi po przeciwległej stronie otworzyły się na oścież, a w niej pojawiły się dwie czarne postacie niosące ze sobą Eve, która wierzgała się na wszystkie strony.
- Towarzyszyć im będzie ona! Została wskazana przez nas wszystkich! Została naznaczona jako wybawicielka nas tutaj zgromadzonych!
Eva wylądowała tuż koło naszej dwójki, zaś starzec kontynuował:
- Trójka wybrańców zostanie zaraz złożona w ofierze jako dar dla bestii!
Tłum zawył głośno, a ja zastanawiałem się jak wybrnąć z obecnej sytuacji. Po raz pierwszy bałem się śmierci. Nie w ten sposób. Nie w paszczach bestii.
- A więc tutaj rozejdą się nasze drogi, towarzyszu. Byłeś mi jak brat, którego nie miałem. Byłeś jak przyjaciel, którego straciłem. Byłeś tym, który towarzyszył mi, aż do końca.
Czarny za Gregorim skulił się z bólu, czując uderzenie łokciem. Nie mogłem przepuścić takiej okazji. Starzec przerwał swoje kazanie, gdy spojrzał na naszą trójkę. Także Eva nie pozostawała obojętna.
- Ratuj się durniu! - Gregori posyłał serię w zdezorientowanych wyznawców, a ja sam chwyciłem Eve za przegub i pociągnąłem za sobą, lecz ta opierała się.
- Uciekajmy do cholery!
Z całej siły wepchnąłem ją za drzwi i razem przebiegliśmy przez czarne czeluście pokoju. Ostrzał z LKM-u ustał, a w tle usłyszałem tylko głośny śmiech Gregoriego. Był wolny. Nareszcie uwolnił się z kajdan niewoli tego świata. Tuż za nami rozlegały się już okrzyki wyznawców oraz strzały z karabinów, które jakimś cudem nas mijały.
- Tędy! - krzyknęła Eva, skręcając w lewy tunel.
W oddali żarzyło się ognisko, lecz na szczęście wszyscy czarni zgromadzeni byli na rytuale, wiec przeszliśmy niezauważeni.
- Tutaj! Pomóż mi.
Razem przekręciliśmy masywny kurek hydrauliczny, a następnie otworzyliśmy masywne, ogromne drzwi. Rzuciłem w stronę Evy swój plecak, oddałem jej niezawodnego Glocka.
- Co ty wyprawiasz, do cholery!? Tam jest drugie wyjście!
- Uciekaj, Eva. Znajdź to, czego nigdy nie znalazłaś.
- Ale...
Pchnąłem barkiem mocne drzwi i zakręciłem kurek. Eva była wolna. Pora na mnie. Przeładowałem kałasznikowa i czekałem na spotkanie z czarnymi. Światełko w moim tunelu zbliżało się do mnie jak rozpędzony pociąg. Byłem już u kresu ścieżki. Jeszcze tylko kilka kroków. Kilka oddechów. Puściłem pierwszą serię, gdy zobaczyłem pierwszą smugę latarki, potem kolejną i następną. Szedłem na spotkanie z wyznawcami. Uczucie silnego bólu w prawy udzie było jak ukojenie. Ponownie moje ciało ogarnęły dreszcze, tym razem lewy bark odmówiły współpracy. Upadłem na kolana. Czekałem na ten jeden pocisk, który uczyni mnie wolnym. Marzyłem o naboju, który zaprowadzi mnie wreszcie do mojego, własnego raju. Chciałem dołączyć do przyjaciół połkniętych przez ciemność tego świata. Wystarczył tylko jeden celny strzał. Strzał, który zakończy moją wędrówkę.

***************************************************************************

sobota, 10 sierpnia 2013

Nikolaj powraca...

Powrót do przeszłości, czyli nareszcie dalsze losy Nikolaja!



Przypomnienie trylogii:

Raj cz.I
http://beegossskrobie.blogspot.com/2013/03/najwiekszym-niebezpieczenstwem-jestesmy.html

Raj cz.II
http://beegossskrobie.blogspot.com/2013/03/czas-apokalipsy.html

Utracona ścieżka cz.I
http://beegossskrobie.blogspot.com/2013/04/nadzieja-umiera-ostatnia.html

Utracona ścieżka cz.II
http://beegossskrobie.blogspot.com/2013/04/wyzwolenie.html




UPADEK NIEBA cz.I

Mrok


"Mówili, że gdy to się stało całe sklepienie niebieskie spadło na ziemie niczym czarny całun. Określano ten dzień Sądem Ostatecznym. Końcem cierpliwości Boga. Gdy wydawało się, że trąbienie w mediach to tylko przerysowane i wyolbrzymione fakty, spadła pierwsza głowica. Coś, co ludzie nazywali Moskwą stało się jedną, wielką nekropolią. Chwilę później piekło zstąpiło na Ziemię. Europa stała się jednym wielkim cmentarzyskiem. Miejscem spoczynku nadziei na lepsze jutro. Zabawne, ile tysiącleci ludzie włożyli w XXI - wieczny ład i porządek, aby w ciągu mgnieniu oka przemienić je w relikt przeszłości. Od roku żyję jak wirus w obcym organizmie. Tym, którym udało się przeżyć Bóg dał albo drugą szansę, albo chciał mieć świadków naszego upadku. Niezależnie od tego, każda zagubiona dusza na tym świecie ma tylko jeden cel - przeżyć"

***************************************************************************

W piekle


Ściany w porównaniu do poprzednich pomieszczeń były wręcz nietknięte. Gdzieniegdzie można było dostrzec powywieszane plakaty informujące o najważniejszych wydarzeniach w mieście. Najwcześniejszy informował o rodzinnym festynie, który miał odbyć się kilka dni po katastrofie. Odwróciłem wzrok od posterów i starałem się skupić na śledzeniu wyznawców. Szliśmy powoli. Im dalej zapędzaliśmy się w tunel, tym mniej docierało do nas wątłego światła z zewnątrz. W miejscu, w którym na chwilę przystanęliśmy ledwo byłem w stanie dostrzec Gregoriego wiążącego sznurowadła ciężkich butów.
- Schody - rzucił nagle, oświetlając rozległe stopnie prowadzące w dół.
Stąpaliśmy po metalowych kratach z gracją baletnicy, starając się robić to najciszej jak potrafimy. Paskudny, odrażający zapach bestii był coraz bardziej intensywny. Momentami stopy kleiły nam się do podłogi umazanej śluzem wydzielanym przez ciągniętego potwora. Schody ciągnęły się bez końca, a ja miałem już powoli dość skradania się w stronę czarnych wyznawców. Wreszcie. Znaleźliśmy się w ciemnym, obskurnym tunelu przebiegającym pod miastem. Najprawdopodobniej wraz z Gregorim znajdowaliśmy się w opuszczonym kompleksie wojskowym będącym pozostałością po Zimnej Wojnie. Śluz wydzielany z bestii miał nam służyć jak drogowskaz mający doprowadzić nas do tajemniczej kobiety o blond włosach. Tunele rozgałęziały się niczym królestwo mrówek, sprawiając nam nie lada problem ze zlokalizowaniem, gdzie się znajdujemy.
- Nosz, kurwa mać. Chiński szajs - zaklął za moimi plecami Gregori, trzaskając otwartą dłonią w obudowę latarki.
Nic z tego. Ta pozostawała niewzruszona. Liczyłem na to, że moja mnie nie zawiedzie i będziemy mogli kontynuować podróż ze świadomością, że będziemy mieli pełną kontrolę nad zaistniałą sytuacją. Gdy wydawało się, że podłużny tunel nie ma końca, nagle przed oczami stanęło nam rozwidlenie, a my za nic w świecie nie wiedzieliśmy, w którą stronę powinniśmy się udać. Po śluzie bestii nie było śladu.
- Wzięli ją na barana do cholery!? - skwitował wściekły Gregori.
Światło latarki błądziło po czarnych, nieprzeniknionych tunelach, a ja starałem się dostrzec cokolwiek, co byłoby nas w stanie nakierować na odpowiedni trop. Czy to nie jest czasem... Skręciłem gwałtownie w prawo, zostawiając za sobą zdezorientowanego Gregoriego, który klął siarczyście pod nosem, dając upust swoim emocjom. Uklęknąłem i dotknąłem czerwonej mazi, która wypełniała niemal cały boczny tunel. Po chwili nie miałem już wątpliwości do kogo należy ta krew. Czarny wyznawca, leżał z rozerwaną klatą piersiową, z której sączyła się jeszcze świeża posoka. Kawałek dalej leżało kolejne ciało. Kończyny były porozrzucane po kompleksie niczym kręgle, po celnym uderzeniu kulą. Poznałem twarz młodzieńca, z którego naśmiewali się jego współtowarzysze. Biedaczyna. W kącie, za skupiskiem skrzynek oraz beczek znalazłem pozostałych wojowników eskortujących bestie. Po kobiecie nie było śladu. Musiała przecisnąć się, którymś z szybów wentylacyjnych lub zwyczajnie umknąć pazurom potwora. Cholera - skoro oni są tu, to bestia...
- Gregori!
Bestia wyskoczyła z ciemności prawego tunelu niczym bełt wystrzelony z kuszy. Gregori cudem uniknął niechybnej śmierci, w ostatnim momencie kładąc się na ziemię. Nie mam pojęcia jakim cudem wypracował sobie taki refleks. Potwór z całym impetem wpadł na ścianę, co dało mi czas, żeby wesprzeć kompana w nierównej walce. Zrzuciłem z pleców ukochanego kałasznikowa, odbezpieczyłem drania i posłałem serię w bestię. Przekląłem głośno, gdy pociski ominęły cel i poszybowały daleko w czarną otchłań kompleksu. Po chwili rozbrzmiał LKM Gregoriego. Broń wypluwała z siebie śmiercionośne naboje, lecz potwór miał już własny plan, jak uniknąć pocisków i na nas zapolować. Zanim zorientowałem się, co się dzieje, bestia z całym impetem wskoczyła na mnie swoim cielskiem. Uderzyłem z łomotem o betonową posadzkę, czując jak moje kości wyją z bólu. Zamroczyło mi się przed oczami, a w uszach dzwoniło mi od upadku. Latarka wypadła mi z rąk i poturlała się w przeciwległą stronę. Gdy odzyskałem świadomość, pysk bestii był tuż nade mną. Błyskawicznie uchyliłem się przed ciosem masywnym, owłosionym łapskiem. Pazury przejechały tylko po betonie, nie wyrządzając mi żadnej krzywdy. Chwyciłem za broń i ostatkiem sił, przyłożyłem mu w paszczę kolbą. Potwór zawył głośno. Przez chwilę poczułem się dumny, że mimo osłabienia, udało mi się zadać taki ból przerażającemu wrogowi. Bestia wydała z siebie mrożący krew w żyłach ryk, który echem rozbrzmiał po ścianach kompleksu. Zwierzę upadło tuż pod moimi stopami, dysząc ciężko i ledwo przebierając nogami. Skróciłem jego męki krótką serią z kałasznikowa. Po chwili było już po wszystkim.
- Nie ma za co, do cholery!
- Lepsze niż jakiś tam niedźwiedź, co?
- Daj spokój. Zwijamy się stąd.
Zlokalizowałem słabe światło latarki i chwyciłem za najbardziej potrzebną rzecz, gdy przychodzi stanąć twarzą w twarz z ciemnością. Posłałem smugę w Gregoriego, który szybkim ruchem dłoni zakrył sobie twarz:
- Oszczędzaj to ustrojstwo.
- Spokojnie. Solidna firma!
Gregori chciał coś dodać, lecz krzyki z przeciwległego tunelu odmówiły mu tej przyjemności. Kilkanaście smug światła przecinało wskroś ciemność, a nam nie pozostało nic innego, jak zgasić latarkę i liczyć na cud.
- Nikolaj... - syknął Gregori i pociągnął mnie za rękę jak niesforne dziecko.
Cuda jednak się zdarzają. Nie wiem, jakim sposobem przeoczyliśmy pomieszczenie po lewej stronie. Przez szparkę w drzwiach ledwo widzieliśmy kontury postaci, które zmierzały w stronę rzezi, którą urządziła sobie bestia, zanim została przez nas zabita.
- Tam jest dwóch kolejnych!
- I tu jest jeden!
- Gdzie jest do cholery, Eva!?
Czarni krzątali się wokół poległych towarzyszy, starając się ustalić, gdzie podziała się bestia. Jeden z nich odłączył się od grupy i zmierzał w naszą stronę. Światło jego latarki, raz po raz natrafiało na szparę w drzwiach, lecz wyznawca był na tyle nierozgarnięty lub tak sparaliżowany przez strach, że nawet nie myślał, żeby przeszukać nasze pomieszczenie. Przeklął po cichu, gdy udało mu się wreszcie znaleźć truchło potwora. Czubkiem buta szturchnął ciało, po czym natychmiast się odsunął, przeczuwając najgorsze. Gdy upewnił się, że bestia została odesłana do zaświatów krzyknął:
- Rogar nie żyje! Jest tutaj!
Nigdy bym nie przypuszczał, żeby umięśnioną, ubarwioną na czarno, czworonożną bestie można było nazwać niczym skandynawskiego wodza wikingów. Przeczekaliśmy z Gregorim aż grupka skupiona przy bestii wreszcie odejdzie od truchła i wróci tam skąd przyszła. Niestety. Tym razem szczęście nie było po naszej stronie.
- Przeszukać tunele. Nie zaczniemy bez Evy.
Głos musiał pochodzić od najstarszego z watahy. Twardy, basowy głos przebijał się przez kakofonie młodocianych głosów. Kto by pomyślał. Stary pasterz prowadzący głupie owce. Minęło kilka dobrych chwil, zanim w tunelu nastała całkowita cisza, przerywana tylko odgłosami hulającego wiatru.
- Genialnie. Tunelami nie ruszymy.
- Tunelami, nie. Ale tędy...
Usłyszałem skrzypienie starych, nienaoliwianych od dawna zawiasów. Włączyłem latarkę, której światło z trudem przedarło się przez gęsty splot pajęczyn. W rogu, tuż koło grubej, zardzewiałej rury stał uśmiechnięty Gregori. Kolejne pomieszczenie, było większe od poprzedniego. Na podłodze walały się sterty papierów, kartotek czy segregatorów. Wysokie, metalowe szafki były albo poprzewracane, albo wywrócone do góry dnem. Jakby ktoś szukał czegoś bardzo ważnego. Nie pomyliłem się. Tuż przy biurku z komputerem siedział szkielet należący pewnie do poszukiwacza informacji. Gregori podszedł bliżej i niczym patolog odparł krótko:
- Palnął sobie w skroń.
Faktycznie. Przy paliczkach leżał zaniedbany rewolwer. I kartka.
- "A gdy otworzył pieczęć siódmą, zapanowała w niebie cisza jakby na pół godziny."
- Co to za bzdety?
- Nie bzdety. Tylko Apokalipsa św. Jana.
Wiedzieliśmy, że musimy iść dalej, lecz chęć przeszukania choćby części tych papierów była silniejsza.

***************************************************************************

Szpieg


Przeglądanie dokumentów pochłonęło nas całkowicie, gdyż nawet nie zwróciliśmy uwagi na słabnące światło w mojej latarce. W większości wertowanych papierów nie byliśmy w stanie rozszyfrować, gdyż przeszkadzały nam w tym, albo zawiłe pismo, albo niezrozumiałe dla nas notatki. Jednak jeden z obrazków na długo zapadł mi w pamięci. Rysunek przedstawiał szkic Rogara oraz jego dokładną specyfikacje, ze skrupulatnym opisem anatomicznym każdej części ciała potwora. W rogu widniała data, która wbiła nas w ziemie: 13.03.1987 r. Te cholerne plugastwo istniało tutaj już od blisko kilkunastu lat. Schowałem obrazek do kieszeni, licząc, że następne pokoje dadzą odpowiedź na nurtujące nas pytania. Labirynt pomieszczeń nie miał końca. Gdy myśleliśmy, że znajdziemy się ponownie, w którymś z tuneli, natrafialiśmy na nowy schowek. Schematyczny kompleks wypełniony był po brzegi teczkami z cennymi dokumentami, lecz zdawaliśmy sobie sprawę, że swoją ciekawość będziemy musieli zaspokoić później. Gregori otworzył spróchniałe drzwi, gdy ni stąd, ni z owąd w kącie pokoju rozległ się hałaśliwy rumor. Towarzysz skinieniem głowy dał znać, abym posłał tam jasną smugę. Pustka. Błądziłem światłem latarki po obskurnych ścianach, mając nadzieję, że nic nie zechce potraktować mnie jako swojego obiadu. Cisza. Słyszałem tylko głośne oddechy Gregoriego, który cały czas trzymał broń gotową do wystrzału. Te kilka minut dłużyły się w nieskończoność. Feralny pokój był już daleko za nami. Po drodze natrafialiśmy na coraz to ciekawsze pomieszczenia. Raz minęliśmy nawet zapomniany przez świat aneks kuchenny. Na palniku gazowym znaleźliśmy nawet garnek, a w nim niezidentyfikowaną maź. Lodówka była otwarta na oścież, lecz zapach, który się z jej wydobywał, nie zachęcał, aby podejść bliżej. Przerażające miejsce. Jakby ktoś nagle przerwał życiowy cykl w tym miejscu. O zwiedzaniu łazienek nie było mowy. Bóg wie, co tam się mogło zalęgnąć przez taki długi okres. Bum. Trzask. Bum. Symfonia destrukcji rozległa się naszymi plecami niczym straszna melodia. Tym razem nie mieliśmy cienia wątpliwości. Ktoś, albo coś na nas poluje. Tylko czemu nadal nie atakuje? Gdy zlustrowaliśmy cały pokój, jedynym miejscem, gdzie mógł się ukryć oprawca, było drewniane biurko. Pokazałem wyraźny sygnał, że na trzy, odsuwam mebel, a Gregori robi, to co robi najlepiej. Raz...Dwa... Trzy!
- Nie strzelaj!
Nie wiem, w jaki sposób mój kompan zdołał, nie pociągnąć za spust. Przez chwilę zdawało mi się jakby zastygł w bezruchu. Postać kuliła się w kącie, obawiając się, że zrobimy jej krzywdę.
- Wstawaj!
Rozkazałem, czując się pewnie, trzymając Glocka w prawej dłoni. Gregori był bardziej zmieszany ode mnie. Pierwszy raz widziałem go w takim stanie.
- Nie krzywdźcie mnie, proszę! - Kobieta wstawała powoli, chowając twarz przed nikłym światłem latarki. Po chwili odsłoniła swoje oblicze, sprawiając, że miałem dość wrażeń, jak na jeden dzień. Te blond włosy poznałbym wszędzie.
- Eva? - zapytałem, z takim tonem, jakbym zapraszał ją po raz pierwszy na randkę.
Z dumnej, dyktatorskiej wojowniczki przeszła nagle metamorfozę w bezbronną, słabą istotę. Otoczka wrogości prysnęła jak bańka mydlana. Empatia to uczucie, które w dzisiejszym świecie jest praktycznie niepielęgnowane. Jednak, gdy zobaczyłem ubrudzoną wyznawczynie z rozerwanym, czarnym płaszczem, miałem ochotę jej bronić, a nie zmuszać do podległości. Tym razem serce przegrało walkę z rozumem.
- Gregori, przeszukaj ją.
Kompan tylko przez chwilę opierał się poleceniu, lecz po chwili zabrał się do pracy.
- Bezbronna.
- A jaka mam być? Mój oddział rozszarpała bestia.
Pyskowała nie gorzej niż Gregori.
- Opowiesz nam co się stało?
- Tłumaczyłam temu idiocie, że bestia często wierzga nogami i jest ciężka do utrzymania. Uparł się przy swoim, Walerij chciał mu pomóc i... - zawahała się chwilę, łapiąc oddech - Bestia zahaczyła łapą tylko o moje szaty. Gładyr uratował mi życie. Czy ktokolwiek...
- Wszyscy martwi - odparł szorstko Gregori, uprzedzając pytanie Evy.
Przeklęła pod nosem.
- Po co wam była ta bestia?
- A gdy otworzył pieczęć siódmą, zapanowała w niebie cisza jakby na pół godziny - szepnęła po cichu, licząc, że nikt jej nie usłyszy.
- Słucham?
- Czego ode mnie chcecie? - Zmieniła ton głosu.
Przez chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią, lecz Gregori był szybszy:
- Po pierwsze wytłumaczysz nam szybciutko, o co tutaj chodzi. Ze szczegółami.
Eva wywróciła oczami, odgarnęła wadzącą jej grzywkę i rzuciła:
- Usiądźcie, panowie.

**************************************************************************

wtorek, 6 sierpnia 2013

What's in the box!?

Mały przerywnik "Ciemności", nad którą nadal pracuję. Krótkie, treściwe i nieco ckliwe opowiadanko: "Pudełko". Zapraszam do lektury.




PUDEŁKO



Pomieszczenie było słabo oświetlone. Przez stare, zdezelowane żaluzje w oknie ledwie docierały tutaj promienie słoneczne. Ściany, które niegdyś były białe jak świeża mąka, teraz bardziej przypominały szarą szatę, o którą nikt już nie dba. Zwisająca z sufitu lampa kołysała się na lewo i prawo, dawno już nie pełniąc swojej prawowitej funkcji. Drzwi, przez które wszedł Walt prawie wypadły z zardzewiałych zawiasów. Mężczyzna odziany tylko w szpitalną piżamę oraz skórzane, ciepłe kapcie rozglądał się nerwowo po pokoju, starając się zawiesić na czymkolwiek wzrok. Czterdziestopięciolatek ślamazarnym krokiem przesuwał się w stronę przeciwległej ściany, obracając się za siebie i upewniając się, że nikt nie poszedł za nim. Wszyscy na wydziale onkologii uznaliby go za jakiegoś świra, gdyby im opowiedział, co zamierza zrobić. Wiedział, że rzut do lewej komory ma mu niby zapewnić zdrowie. Sam Walt, mechanik samochodowy walczący od roku z nowotworem, wstydził się tego, że znajduje się w pomieszczeniu nr 777. Gdy już stracił nadzieję i myślał, że wszystko co usłyszał we śnie to zwyczajna bujda, przed oczami wyrosły mu dwa czarne, sześciokątne pudełka ulokowane tuż koło siebie. Skrytka po prawej stronie znajdowała się nieco wyżej od swojej sąsiadki. Po środku pomiędzy skrzynkami pojawił się wiklinowy koszyk stojący na białej komódce, a w nim kilkanaście czarnych kul. Walt podrapał się po łysinie i nie zastanawiał się długo. Chwycił za jedną z bil i wrzucił ją do lewej komory. Dokładnie słyszał, jak kula obija się o inne i spada na metalowe dno.

Trzy dni później stare zawiasy zaskrzypiały ponownie. Przez drzwi przecisnęła się staruszka poruszająca się o kulach. Żółwim tempem przemieszczała się w to samo miejsce, w które udał się jej poprzednik. Gdy także ona myślała już, że to wszystko zwykły żart, spektakl rozpoczął się na nowo. Kobieta zastanawiała się chwilę, do której komory powinna wrzucić czarną bilę. Pośpiesznie, choć z cieniem wątpliwości cisnęła kulę w ciemność lewej komory. Ponownie zabrzmiało metalowe dno skrytki. Wierzyła, że dzięki temu, nareszcie wyzdrowieje.

Następny gość zjawił się dopiero po tygodniu. Krępej budowy nastolatek cierpiący na depresję. Ubrany na czarno idealnie komponował się z ciemnością tajemniczego pokoju. Długo wahał się, czy naprawdę opłaca mu się tutaj przyjść. Jednak Derk był człowiekiem przesądnym i wiedział, że trzy identyczne sny to nie może być przypadek. Pudełka znowu wskoczyły na swoje stałe miejsce i czekały na decyzje nastolatka. Bum. Bum. Bum. Kula obijała się o ścianki lewej komory, aż spadła wreszcie na dno. Chłopiec był święcie przekonany, że dokonał dobrego wyboru.

Minęło aż osiemnaście dni, zanim w pokoju pojawiła się dziewięcioletnia dziewczynka. Odziana w zieloną sukienkę w białe kwiatki, w warkoczykach, które mama gorliwie układała przed wyjściem ukochanej córeczki. Towarzyszył jej pluszowy miś. Nie była to nowa, sklepowa maskotka. Brakowało mu jednego uszka, był nieco zakurzony, a z tyłu głowy wylatywał już pusz. Mimo to, nadał był wiernym kompanem swojej właścicielki. Mała Wiktoria choć panicznie bała się ciemności, zdecydowała się iść dalej, nie zważając na otaczający ją strach. Gdy zbliżyła się już do ściany, niemal podskoczyła, kiedy tuż przed nią znalazły się dwa, czarne pudełka, które widziała podczas swojego snu. Dziewczynka chwyciła za ciężką dla niej kulę i próbowała ją wrzucić do jednej z komór. Nic z tego. Nawet stając na palcach, nie była w stanie dosięgnąć celu. Jednak Wiktoria nie zamierzała się poddawać:

- Poczekaj tutaj, Edi - powiedziała do swojego misia, opierając go o ścianę.

Sama wpadła na pomysł, jak dostać się do wymarzonej komory. Chwyciła mocno bilę, tuląc ją do piersi, w ten sposób, aby za wszelką cenę jej nie upuścić. Drugą ręką starała się złapać za wystającą z białej komódki szufladę. Podparła się mocno, wspinając się na szafkę. Choć zdawała sobie sprawę, że atak astmy może nastąpić w każdej chwili, nie miała zamiaru sobie odpuszczać. Nie teraz. Ostrożnie ułożyła stópki, aby nerwowym ruchem nie strącić pozostałych w koszu bil. Nie chciała nikomu zabierać nadziei. Uśmiechnęła się szeroko i cisnęła kulę do prawej komory. Kosztowało ją to jednak utratę równowagi, co sprawiło, że ratując własną skórę, zahaczyła ręką o wiklinowy kosz. Czarne kule niczym bombki choinkowe porozbijały się na zabrudzonej posadzce, tworząc dywan odłamków. Wiktoria natychmiast zalała się łzami. Była świadoma, że wykorzystując własną szansę, zaprzepaściła tym szansę innych chętnych.

- Nie martw się o kule. Nie będą już tutaj nikomu potrzebne.

Głos był żelazny, pewny. Dziewczynka automatycznie przestała płakać. Poczuła się jakby ktoś ją zaczarował. Ten ktoś stał kilka metrów od niej. Wiktoria badała wzrokiem nieznajomego, który odziany w czarny, dopasowany garnitur i wypastowane buty, bardziej przypominał jej własnego tatę, gdy idzie od pracy, niż pracownika szpitala.

- Kim jesteś? - zapytała, chowając się za misiem, którego szybko przyciągnęła do siebie.
- Posłańcem, nosicielem, dawcą. Różnie jestem nazywany.
- Jest Pan, takim listonoszem?
Mężczyzna uśmiechnął się, po czym odpowiedział:
- Coś w tym stylu. Wrzuciłaś kulę za swojego dziadka, prawda?
Dziewczynka pokiwała głową.
- Więc idź do niego i ciesz się jego wyzdrowieniem.
- Ja... dziękuję...

Wybiegła z pomieszczenia, zostawiając nieznajomego samego w pokoju. Mężczyzna odgarnął jednym ruchem ręki odłamki bil, po czym otworzył najpierw lewą komorę, a potem prawą. Wyciągnął trzynaście czarnych kul z niżej umiejscowionego pudełka i wrzucił je z powrotem do koszyka. Te jedyną, rzuconą przez dziewczynkę zostawił na swoim miejscu. Zadowolony z wykonanej pracy, wyciągnął z kieszeni notes i skreślił z długiej listy pokój nr 777. Po chwili znajdował się już w pomieszczeniu nr 778. Na dźwięk metalowego dna w prawej komorze czekał już niestety nieco dłużej.

***************************************************************************