Trylogia oficjalnie zakończona. Prezentuję ostatnią, szóstą część przygód Nikolaja. Polecam czytanie z kawałkiem A Tout Le Monde, którego tekst idealnie wpasowuje się w historię Nikolaja. Miłej lektury!
UPADEK NIEBA cz.II
Opowieść
Zanim nastąpił dzień Sądu lub jak kto woli wojna nuklearna, Grozisk zamieszkany był przez raptem trzy tysiące mieszkańców. Moja matka była lokalną szwaczką, a ojciec pracował w elektrowni. Życie, jak każde inne. Każdy mieszkaniec miasta zdawał sobie sprawę, że pod miastem ciągnie się sieć tuneli oraz Bóg wie, co jest zamknięte za tymi hermetycznymi drzwiami. Dzieci straszono, że każdej nocy z podziemi wydostają się straszne potwory, które porywają niegrzeczne pociechy i wciągają je za sobą do kompleksu. Ot, zwyczajna, miejscowa legenda. W rzeczywistości podziemia zostały zbudowane dużo wcześniej przed wybuchem wojny. Podczas Zimnej Wojny, gdy napięcie na świecie sięgało zenitu, w tej o to bazie, opracowywano plany, które w razie konfliktu miały przeważyć szale zwycięstwa na korzyść Bloku Wschodniego. Jajogłowi dwoili i troili się, byle tylko zaspokoić żądzę władzy kolejnych dowódców. Miasto miało być tylko przykrywką. Zwykłym tłem dla piekielnych działań pod nami. Żylibyśmy tak dalej - w spokoju, bez szwanku, gdyby nie wybuch elektrowni. Władze od razu o eksplozje posądzili Amerykanów, tłumacząc, że tylko oni, byli w stanie dokonać takiego zamachu. W rzeczywistości zadecydował o tym jeden, ludzki błąd. Mojego ojca, jak byli przekonani wszyscy mieszkańcy. Chwila nieuwagi i sielanka zmieniła się w koszmar. Reakcja była błyskawiczna. Rutynowe, monotonne życie zamarło. Miasto ze spokojnego siedliska zmieniło się w rozwścieczony i zdezorientowany pszczeli ul. Setki osób opuszczały miasto w pośpiechu. Zostawiając stare życie za sobą i próbując rozpocząć kolejne, byle jak najdalej od przeklętego miasta. Raptem rok po wybuchu Czarnobyla, pora była na naszą elektrownie. Władze nie popełniły błędów przeszłości. Ewakuacja przebiegała szybko, jednak kalkulacje były brutalne. Autobusów przyjechało po prostu za mało. Przepustkę do raju, otrzymali ci, którzy byli najszybsi. Nieważne, czy wypychałeś nogą z pojazdu własnego sąsiada, z którym dzieliłeś pół swojego życia, czy zwykłego obywatela, którego po raz pierwszy widzisz na oczy. Walka była nierówna. Choć z mamą udało nam się dostać pod same drzwi autobusu, one nagle zatrzasnęły się tuż przed naszymi twarzami. Gburowaty kierowca, tylko bezradnie rozłożył ręce. Nasz bilet do nieba został podarty na kawałki. Obiecali, że przyślą kolejne busy po nas i po pracowników kompleksu. Czekaliśmy kilka dni, rozpaczliwie, wyglądając na jedyną drogę prowadzącą do miasta. Nic. Pustka. Pozostała nam tylko kurcząca się nadzieja, a z nią szansa na przeżycie. Frustracja przerodziła się w strach. Pracownicy kompleksu pierwsi poznali jego smak. Zabarykadowali się w bunkrze, licząc, że starczy im zapasów. Na nic zdały się regularne walenia w chromowane drzwi. Zostało nas osiemdziesięciu. Osiemdziesiąt błąkających się dusz po opuszczonych zgliszczach miasta. Chmura oparów przyszła szybciej niż się spodziewaliśmy. Każdy zdawał sobie sprawę jaką jego ciało przyjęło dawkę. Każdy nosił w sobie śmiercionośną bombę z licznikiem, który w dowolnej chwili może wskazać prostokątne zero na ekraniku. Piwnice mieszkań i prowizorycznie wykonane maski dały nam nieco ochrony. Pierwsi padali najstarsi. Już po miesiącu zostało nas tylko siedemdziesiąt jeden osób. Promieniowanie niemal każdego dnia domagało się kolejnej ofiary. Zapasy jedzenia malały w zastraszającym tempie. Brakowało niemal wszystkiego. Z racji tego, że miałam dopiero siedemnaście lat dostawałam dość solidne racje żywieniowe, także moja mama oddawała mi część swoich zapasów. Po kilku miesiącach zostało nas czterdziestu. Strach ustąpił miejsca wściekłości. Ta zamieniła się w nienawiść. Każdy dość miał życia poza granicami raju. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że hermetyczne drzwi, nawet nie drgną, lecz mimo to udało się znaleźć drogę do podziemnych tuneli. Atak był szybki. Zaskakujący. Brutalny. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Oczekiwano silnego oporu. Walki o własne życie. Jak się później okazało, mało kto próbował walczyć z mieszkańcami Groziska. Mdła i słaba linia obrony została szybko przełamana. Nasza grupka traktowała zdobycie bunkra niczym wygranie wielkiej bitwy. Jednak czy pokonanie własnych współbratyńców to powód do dumy? Jak się później okazało, pracownicy już przed naszym przybyciem sami popełniali samobójstwa. Nikt nie miał ochoty zaglądać do kolejnych pomieszczeń. Nikt także, nie zamierzał grzebać zmarłych. Uznano, że to miejsce powinno być ich grobem. Zapasy jedzenia starczyły na dobry rok. Mówię dobry, bo naprawdę dobrze nam się wiodło. Udało nam się nawet stworzyć, coś na rodzaj podziemnej cywilizacji. Nikt nie narzekał na brak czegokolwiek. Dopiero wtedy nasz sen zmienił się w koszmar. Kompleks nie był bazą danych, ani siedzibą informacji. Wszystko wydarzyło się raptem dwa lata temu. Kilku ludzi nie wróciło z polowania, a z dalszych, niezbadanych partii tuneli, dochodziły dźwięki, których nikt nie chciał słyszeć. 19 kwietnia to był nasz własny, gorzki koniec. Bestie wysypały się z kompleksu jak robactwo. Walka była nierówna. Choć sama umiałam już posługiwać się bronią, przewaga Rogarów była miażdżąca. Gdy ataki ustały, na placu boju widziałam tylko kilkanaście ludzkich konturów. Odrapani, oblepieni krwią, bez nadziei w sercu. Nasza Atlantyda upadła. Mnóstwo było pytań bez odpowiedzi. Za dużo. 27 kwietnia pochowałam własną matkę. Kolejne żniwo promieniowania. Z trudem przyszło mi wypisywać na nagrobku inskrypcje, lecz jeszcze trudniej, było mi przyjąć, że moja grupka się po prostu rozpadła. Kilkanaście ciężkich i żmudnych dni, zajęło nam przeglądanie dokumentów z pomieszczeń. Aż wreszcie puzzle zaczęły układać się w całość. Kompleks był niczym innym, jak obiektem badawczym nad anomaliami fauny i flory z okolicy Czarnobyla i Prypeci. Jednak jedna teczka, trzymana w sejfie, wzbudziła w nas prawdziwą żądzę zemsty. Do dziś pamiętam fragmenty tego cyrografu:
Operacja: Upadek nieba
W dniu 15.06.1995 ma nastąpić rozpoczęcie projektu. O godzinie 12:00 dojdzie do wybuchu reaktora spowodowanego zwolnieniem zabezpieczeń chłodzenia. Kompleks wojskowy umiejscowiony w lesie powinien zostać ostrzeżony o projekcie. Grozisk ma zostać ewakuowane, lecz w mieście zostanie grupka osiemdziesięciu przypadkowych obywateli oraz załoga obiektu badawczego "Hybryda". Pracownicy mają za zadanie obserwować zachowania oraz instynkty ludzkie mające pomóc im przetrwać. W tym samym czasie naukowcy laboratorium powinni rozpocząć badania i eksperymenty na dostarczonych z okolic Czarnobyla anomalii. Projekt: Upadek nieba powinien trwać trzy lata. Po tym czasie załoga zostanie bezpiecznie ewakuowana.
Tak pokrótce. Reszta to szczegółowy i rygorystyczny regulamin oraz kodeks zachowań dla pracowników tego przeklętego kompleksu. Byliśmy niczym innym jak kukiełkami w ramach militarnego testu. Projekt skończyłby się szybciej, lecz Dzień Sądu pokrzyżował władzom plany. Coś co miało być zwykłym przedstawieniem, urzeczywistniło się. Bomby spadły daleko od nas, lecz naszemu miastu udało się jakimś cudem uniknąć promieniowania. Mimo tego byliśmy w rozsypce. Brakowało nam kogoś, kto tchnie w nas życia. Kogoś, kto nas poprowadzi. Prośby zostały spełnione. Do naszego kompleksu wpadł wymęczony, wychudzony do granic możliwości starzec. Odziany tylko w czarną szatę, poruszający się za pomocą laski wyglądał jak dar od niebios. Przez kilka dni majaczył przez sen, o bestiach, o czarnym niebie, o błogosławieństwie. Gdy stanął na nogi, szybko stał się naszym prorokiem. Mentorem. Kimś, kto poprowadzi nas do wymarzonej zemsty. Staliśmy się wyznawcami bestii. Ich potęgi. Ich siły. Ich zdolności. Starzec, czyli Nor twierdził, że Rogary są mądrzejsze niż nam się wydaje. Jego słowa szybko trafiły do zdesperowanych umysłów. Staliśmy się Czarnymi Wyznawcami. Po katastrofie przyjmowaliśmy każdego, kto się zapędzał na nasze tereny. Tym, którzy nie chcieli służyć bestiom... składaliśmy w ofierze. Jako dar dla bestii. Jednak starzec nakreślił nam kolejne zadania. Złapanie jednego Rogara, graniczyło z cudem, a co dopiero siedmiu. Gdy pytaliśmy go, dlaczego chcemy to uczynić, szeptał tylko jedno zdanie: A gdy otworzył pieczęć siódmą, zapanowała w niebie cisza jakby na pół godziny. Skutecznie wzbudził ciekawość. Łapanie bestii stało się naszym celem. Choć nie przestaliśmy ich czcić, ani podziwiać, prośba naszego proroka musiała zostać wyegzekwowana. Dopiero później dowiedziałam się, że zostanie odprawiony rytuał...
Długo stałem wryty w ziemię, łapiąc garściami słowa z ust Evy. Byłem w szoku. Wszystkie odpowiedzi na męczące mnie od początku podróży pytania miałem podane jak na tacy. Nie wiedziałem, czy mam jej współczuć ciężkiej przeprawy, czy posłać kulkę w łeb w zamian za to, że wielbione przez nią bestie rozszarpały Władimira, zmusiły do kapitulacji Saszę i sprawiły, że Jurij jest w już lepszym miejscu. W ciągu trzech dni straciłem trzech przyjaciół. Dopiero teraz, po tej historii dotarło do mnie, ile znaczy w tych czasach, posiadać kogoś, kto zawsze poda ci dłoń, gdy upadniesz. Pierwszy raz od dłuższego czasu nareszcie czułem, że stąpam po odpowiedniej ścieżce. Widziałem jej koniec, ale jeszcze nie teraz.
- Prowadź nas do nich - syknąłem wściekły.
Gregori kiwnął w jej stronę głową, lecz ona mimo to twardo stała w miejscu.
- Nigdzie się stąd nie ruszam. Zabijesz ich.
- Ciebie także zabije, jeśli mnie tam nie zaprowadzisz.
Wiedziałem, że miała ochotę mnie rozszarpać. Wbić swoje paznokcie w moje gardło i widzieć jak ulatuje ze mnie życie. Po chwili byliśmy już ogarnięci przez ciemną otchłań labiryntu tuneli.
***************************************************************************
Zemsta
Szliśmy długo, gdyż Eva najprawdopodobniej prowadziła nas okrężną drogą, byle dać swoim wyznawcom więcej czasu. Napaść we dwójkę na uzbrojonych wyznawców wydawała się śmieszna, wręcz absurdalna.
- Myślisz, że prowadzi nas prosto do nich? - zagarnął Gregori, upewniając się, czy Eva nic nie słyszy. Ta jednak obojętna brnęła naprzód, mając świadomość, że próba ucieczki skończy się śmiercią.
- Nie. To byłoby za proste. Chce dać im więcej czasu. Liczy na to, że rytuał zostanie odprawiony bez niej.
- Trzeba zakończyć tę błazenadę.
Eva zatrzymała się na jednym z rozwidleń i rzuciła krótko:
- W prawo i mocno w lewo i dojdziecie do wartowników.
- A oni przywitają nas w iście bestialskim stylu i skończymy w nożem w plecach? - żartował Gregori, choć mi wcale nie było do śmiechu.
- Prowadź - wykrztusiłem z siebie, zachęcając ją lufą karabinu - Jeden ruch, jedno słowo i...
Zgasiłem latarkę, upewniłem się czy Gregori jest gotowy i ruszyliśmy za Evą. Nie oszukała nas. Wartownicy stali tuż koło siebie przy rozpalonym, wątłym ognisku. Rozmawiali żwawo, nie zważając na zbliżające się niebezpieczeństwo.
- Stój - szepnąłem, łapiąc Eve za bark - Pójdziesz pierwsza. Udawaj, że wszystko w porządku.
Nie byłem pewny zachowania wyznawczyni, lecz do głowy nie przyszedł mi żaden inny pomysł.
- Zatrzymaj się! Ręce za głowę!
Kobieta posłusznie wykonała rozkaz wojowników.
- Podejdź bliżej ognia. Tylko żadnych gwałtownych ruchów! - zagaił drugi.
- W mordę! Eva!
- Za mną są ci dwaj z cmentarzyska!
Wiedziałem, że do tego dojdzie. Gregori wyskoczył z czeluści ciemności i posłał serię w jednego z wartowników. Ten zwalił się na ognisko, sprawiając, że ledwo widziałem swojego przeciwnika. Eva biegła ile sił w nogach, byle tylko nie zostać złapaną przez Gregoriego, który pędem ruszył za nią w pogoń. Ja miałem w tej chwil inny problem. Uderzyłem wartownika w twarz, słysząc głośne chrupnięcie kości. Pewnie złamałem mu nos. Ten odwzajemnił się silnym kopniakiem w obolałe jeszcze biodra. Zwinąłem się z bólu, lecz zdołałem uniknąć ciosu pięścią. Wyciągnąłem z kieszeni nóż, uchyliłem się przed uderzeniem i zmieściłem ostrze pod jednym z żeber. Czarny wyznawca zastygł w bezruchu, próbował jeszcze chwycić mnie masywnymi rękoma za kark, lecz nie dałem mu tej satysfakcji. Przekręciłem nóż, po czym odepchnąłem od siebie bezwładne ciało. Nigdzie nie widziałem jednak Gregoriego. Dopiero po dłuższej chwili pojawił się w polu widzenia. Samotnie.
- Zniknęła w jednym z tuneli. Nie mamy czasu.
Nie miałem ochoty nawet odpowiadać. Pozostawało nam tylko liczyć, że zdążymy przerwać ten chory rytuał, o którym mówiła Eva.
- Nie, kurwa, nie teraz. - Jak na złość, latarka zaczęła powoli wysiadać. Przeszukanie wartowników także nic nie dało. Po chwili urządzenie zgasło na wieki.
- Pięknie, kurwa. Pięknie.
W ciemności wyznawcy wyłapaliby nas jak muchy. Chyba, że zajęci są na tyle obrządkami, że nawet panikująca Eva nie zdołała ich namówić do przeszukania kompleksu. Brak światła spowolnił nas na tyle, że zmuszeni byliśmy poruszać się żółwim tempem tuż przy metalowych ścianach. Jak na zawołanie w lewym tunelu paliło się ognisko, lecz po wartownikach, nie było śladu.
- Stój. A jak to pułapka?
Gregori miał rację. Nie pozostało nam nic innego, jak skręcić w prawo i liczyć, że nie zostaniemy dostrzeżeni przez czarny patrol. Dotyk metalu męczył niemiłosiernie, do momentu...
- Gregori... Tu są chyba jakieś drzwi. Pomóż mi.
Długa belka zwaliła się z hukiem na podłogę, a my sami wkurzeni na siebie za spowodowany hałas, zniknęliśmy w pomieszczeniu. Nasze nogi wadziły o najróżniejsze przedmioty. Począwszy od kolejnych stert kartek, a na drewnianych obudowaniach starych mebli kończąc. Tak jak oczekiwaliśmy, natrafiliśmy na kolejne przejście. Głosy. Ludzkie. Zewsząd. Drzwi za nami zatrzasnęły się. Wokół nas rozbłysnęły światła niczym halogeny ze stadionu piłkarskiego. Nic nie było w stanie opisać tego co widzieliśmy. Nic. Czarni otoczyli nas kołem, trzymając w rękach zapalone pochodnie. Z założonym na głowę kapturem i nucąc niezrozumiałą dla nas pieśń wyglądali przerażająco. Na środku pokoju w szerokim na kilka metrów dole dochodziło głośne wycie i ryczenie bestii.
- Podejdźcie bliżej wybrańcy! Porzućcie broń, porzućcie złość!
Starzec stojący tuż nad bestiami, odziany był tak samo jak pozostali wyznawcy, z tą różnicą, że na głowie miał dziwny diadem, przypominający liść laurowy, którym honorowano gladiatorów na arenie. W lewej ręce trzymał swoją laskę, zaś w drugiej grubą, brązową księgę. Czarni zaczęli zaciskać pierścień wokół pokoju. Nigdzie nie mogłem dostrzec Evy. Szykowałem się do strzału, podobny plan miał Gregori, który kiwnął głową w moją stronę. Bum. Bum. Po chwili leżeliśmy twarzą do ziemi, pozbawieni broni, pozbawieni honoru.
- Ci dwaj! - wskazał na nas palcem - Przeciwstawiają się naszej wizji życia! Naszej wierze! Naszej nadziei na lepsze jutro! Bestie domagają się ofiary, zanim same staną się naszym wybawieniem od doczesnych trosk! Przynieść ją!
Drzwi po przeciwległej stronie otworzyły się na oścież, a w niej pojawiły się dwie czarne postacie niosące ze sobą Eve, która wierzgała się na wszystkie strony.
- Towarzyszyć im będzie ona! Została wskazana przez nas wszystkich! Została naznaczona jako wybawicielka nas tutaj zgromadzonych!
Eva wylądowała tuż koło naszej dwójki, zaś starzec kontynuował:
- Trójka wybrańców zostanie zaraz złożona w ofierze jako dar dla bestii!
Tłum zawył głośno, a ja zastanawiałem się jak wybrnąć z obecnej sytuacji. Po raz pierwszy bałem się śmierci. Nie w ten sposób. Nie w paszczach bestii.
- A więc tutaj rozejdą się nasze drogi, towarzyszu. Byłeś mi jak brat, którego nie miałem. Byłeś jak przyjaciel, którego straciłem. Byłeś tym, który towarzyszył mi, aż do końca.
Czarny za Gregorim skulił się z bólu, czując uderzenie łokciem. Nie mogłem przepuścić takiej okazji. Starzec przerwał swoje kazanie, gdy spojrzał na naszą trójkę. Także Eva nie pozostawała obojętna.
- Ratuj się durniu! - Gregori posyłał serię w zdezorientowanych wyznawców, a ja sam chwyciłem Eve za przegub i pociągnąłem za sobą, lecz ta opierała się.
- Uciekajmy do cholery!
Z całej siły wepchnąłem ją za drzwi i razem przebiegliśmy przez czarne czeluście pokoju. Ostrzał z LKM-u ustał, a w tle usłyszałem tylko głośny śmiech Gregoriego. Był wolny. Nareszcie uwolnił się z kajdan niewoli tego świata. Tuż za nami rozlegały się już okrzyki wyznawców oraz strzały z karabinów, które jakimś cudem nas mijały.
- Tędy! - krzyknęła Eva, skręcając w lewy tunel.
W oddali żarzyło się ognisko, lecz na szczęście wszyscy czarni zgromadzeni byli na rytuale, wiec przeszliśmy niezauważeni.
- Tutaj! Pomóż mi.
Razem przekręciliśmy masywny kurek hydrauliczny, a następnie otworzyliśmy masywne, ogromne drzwi. Rzuciłem w stronę Evy swój plecak, oddałem jej niezawodnego Glocka.
- Co ty wyprawiasz, do cholery!? Tam jest drugie wyjście!
- Uciekaj, Eva. Znajdź to, czego nigdy nie znalazłaś.
- Ale...
Pchnąłem barkiem mocne drzwi i zakręciłem kurek. Eva była wolna. Pora na mnie. Przeładowałem kałasznikowa i czekałem na spotkanie z czarnymi. Światełko w moim tunelu zbliżało się do mnie jak rozpędzony pociąg. Byłem już u kresu ścieżki. Jeszcze tylko kilka kroków. Kilka oddechów. Puściłem pierwszą serię, gdy zobaczyłem pierwszą smugę latarki, potem kolejną i następną. Szedłem na spotkanie z wyznawcami. Uczucie silnego bólu w prawy udzie było jak ukojenie. Ponownie moje ciało ogarnęły dreszcze, tym razem lewy bark odmówiły współpracy. Upadłem na kolana. Czekałem na ten jeden pocisk, który uczyni mnie wolnym. Marzyłem o naboju, który zaprowadzi mnie wreszcie do mojego, własnego raju. Chciałem dołączyć do przyjaciół połkniętych przez ciemność tego świata. Wystarczył tylko jeden celny strzał. Strzał, który zakończy moją wędrówkę.
***************************************************************************
Zupełnie niespodziewałam się, że Nikolaj wybierze śmierć i w ten sposób zapragnie uwolnić się. Ciekawe zakończenie:)
OdpowiedzUsuńHistorię, którą opowiadała Eva czytałam z zapartym tchem. Naprawdę super ci to wyszło, cały czas coś się dzieje i zakończenie też mnie zadowoliło bo koniec w stylu "i żyli długo i szczęśliwie" chyba by tu ni pasował, a tak mi się podoba ;P
OdpowiedzUsuń