Uszanowanie!
Druga część "Ośmiu Kartek" nadchodzi. Nie mogłem się zdecydować na zakończenie, dlatego postanowiłem, że umieszczę dwa. Miłej lektury z Hunterem:
OSIEM KARTEK cz.II/II
Pięć
Dobra. Może zgłupiałem. Może jeszcze śpię. Może jestem chory psychicznie. Ale widziałem Go. Stał spokojnie jakby chciał, żebym sam do niego przyszedł. Zaczynałem panikować. Coś co nazywałem strachem zyskałoby teraz nową definicje. Latarka już od dłuższego czasu dyndała przy pasku, a ja sam szedłem przed siebie. W kierunku odwrotnym od miejsca, gdzie spotkałem tajemniczą postać. Zastanawiałem się co ja naprawdę tu robię i jaki jest cel tej "zabawy". Znowu otwarta przestrzeń. I jakże inaczej - budynek, która lata świetności ma za sobą, w którym na pewno nie spotkam żywej duszy. Oby to nie była Jego rezydencja. Wszedłem do pierwszego pomieszczenia. Niby w porządku. W niektórych miejscach brakowało płytek oraz szwankowała hydraulika, ale mógłbym tutaj spać, aż do nastania poranka. O ile prędzej zastawka w sercu nie odmówiłaby mi posłuszeństwa. Odwiedziłem sąsiedni pokój. Ciemniej niż na dworze. Niechętnie zapaliłem latarkę, której światło błądziło po ponurych ścianach. Kurz, pajęczyny, brud, smród. Niczym u mnie w pokoju. Jednak w moim pokoju nie ma aury strachu. Trzask jaki usłyszałem z pomieszczenia jakie minąłem sprawił, że wszystkie włosy stanęły mi dęba. Oczywiście musiałem to sprawdzić. Człapałem przytulony do latarki oraz ściany i byłem coraz bliżej framugi drzwi. Wychyliłem delikatnie głowę i zamarłem. Stał może pięć metrów ode mnie. Niczym posąg. Stałem zahipnotyzowany i czułem jak dreszcz przechodzi mi po plecach. Przesunął się o krok i to wystarczyło, żebym biegł ile sił w płucach. Marzyłem tylko o wydostaniu się stąd. Wbiegłem do pierwszego pomieszczenia i przyległem do ściany, gasząc latarkę. Przyczaiłem się w kącie, mając doskonały widok na korytarz. Potrzebowałem trochę czasu żeby odetchnąć. Kiedy już zamierzałem wyjść, zahaczyłem butem o skrawek papieru: "TAK BLISKO".
Sześć
Powoli szedłem korytarzem, badając każde pomieszczenie jakie mijałem. Nie było po Nim śladu. Nawet zdobyłem się na odwagę, żeby wejść do pokoju, w którym On się znajdował. W miejscu gdzie stał, leżała mała, wypchana teczka. Odpakowałem ją, a na podłogę wysypała się masa zdjęć oraz map. Jedna z nich prowadziła do tartaku, który odwiedziłem, druga do wieży, lecz trzecia prowadziła do miejsca, w którym moja noga jeszcze nie postała. Wydawało się, że budynek zaznaczony czerwonym "X" znajduje się niedaleko. Miałem juz odchodzić, kiedy przypomniałem sobie o zdjęciach leżących na podłodze. Pierwsze z nich przedstawiało uśmiechniętą kobietę, która pozowała na plaży w słoneczną pogodę. Na kolejnej fotografii widniała rodzina stojąca razem pod własnym domem. Ostatni obrazek jaki wypadł z teczki przedstawiał ogromną fabrykę, którą palcem pokazywał stojący na zdjęciu mężczyzna. Na każdym zdjęciu stał On. Gdzieś daleko w tle, ledwie dostrzegalny. Nie miałem wyboru. Fabryka najprawdopodobniej była moim celem. Zebrałem zdjęcia oraz mapy i włożyłem je do bocznej kieszeni kurki. Labirynt pokoi zdawał się nie mieć końca, a coś w głębi duszy mówiło mi, że to nie było moje ostatnie spotkanie z obcym. Znalazłem schody, które prowadziły w dół. Musiały być nieużywane od lat, gdyż każde stąpniecie mojego glana sprawiało, że skrzypiały bardzo głośno. Piwnica po kostki była zalana wodą, lecz dzięki Bogu miałem na nogach wysokie buty. Na wodzie unosiły się setki dokumentów oraz teczek. Tylko kilka z nich udało się uratować, gdyż reszta już od dawna nie nadawała się do odczytu. Usiadłem na beczce i otworzyłem pierwszą z teczek. W mordę. Obijałem się na lekcjach języków obcych. Nic nie rozumiałem z dziwnych zapisek. W oczy wpadła mi tylko data: "19.04.1949". Pięćdziesiąt sześć lat temu. Przekładałem bezużyteczne kartki, za nic nie mogąc odczytać co jest napisane na papierach. Dopiero ostatni dokument sprawił, że zaniemówiłem. Oprócz niezrozumiałych słów dołączona była fotografia, na której fabryka płonie. Tutaj słownictwo było już w moim ojczystym języku: Wypadek w fabryce... Zgasiłem latarkę i przyległem do ściany. Ktoś, albo coś nie zamierzało oddać mi tak łatwo dokumentów. Niczym myszka dotarłem do jednego z regałów i zerwałem z niego szóstką kartkę: "NIE PATRZ SIĘ ZA SIEBIE". Serce miałem w gardle, a nogi jak z galarety.
Siedem
Oczywiście, że się spojrzałem. Nikogo nie było. Tylko czarna, nieprzenikniona przestrzeń. Kamień spadł mi z serca. Odetchnąłem głęboko, że chociaż raz los daje mi szansę na wytchnienie. Ruszyłem w stronę schodów, aby opuścić to przeklęte miejsce. Obróciłem się za siebie i w świetle latarki stał On. Nie stał jak posąg. Jak statua. Stał z wyciągniętą ręką, domagając się abym oddał to co chciałem stąd wynieść. Zamarłem. Rozum kazał mi uciekać, ale jak zbliżyłem się odległość siedmiu metrów, rzuciłem w jego stronę dokumenty i uciekłem. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak szybko biegłem. Po raz pierwszy tej nocy dopisało mi szczęście i udało mi się znaleźć wyjście. Wybiegłem z budynku i uśmiechnąłem się ponuro na widok przerażających drzew. Obejrzałem pośpiesznie mapę i próbowałem zlokalizować, w którą stronę mam się udać. Znowu spoglądnąłem za siebie i zobaczyłem Jego. Jak wpatruje się we mnie, jak wyimaginowanym biczem pogania mnie w przeciwną stronę. Zmotywował mnie. Wszedłem w ciemny las i na nowo przywitałem się ze starymi towarzyszami. Strach oraz lęk usiadły tuż koło siebie na moich plecach, lecz pomimo tego ciężaru, brnąłem twardo przed siebie. Podczas całej drogi ani razu nie spojrzałem się za siebie. Coś mi mówiło, że idę w dobrym kierunku. Oho. Światło latarki przygasało coraz bardziej. Zgasiłem ją i zdawałem się na własną orientacje w terenie. W oddali ujrzałem wysokie kominy, a wkrótce przed mymi oczami znalazła się fabryka otulona przez puszczę. Na zniszczonym słupie widniał ledwo widoczny napis: My tworzymy lepszą przyszłość. Na kawałku zerwanej siatki wisiał skrawek papieru: "STRACH CZEKA NA CIEBIE W ŚRODKU".
Osiem
Okna fabryki, tylko w niektórych miejscach zachowały szyby, a cegły ledwo trzymały się na swoim miejscu. Na ogromnych drzwiach wisiał łańcuch z zardzewiałą kłódką, a na nim napis: ZAMKNIĘTE. Musiałem szukać innego wejścia. Na moje szczęście lub nieszczęście udało mi się wejść do budynku przez ogromne rumowisko złożone z najróżniejszych materiałów budowlanych. Wdrapałem się na sam szczyt i wybałuszyłem oczy. W życiu nie widziałem tak wielkiej fabryki. Platformy obserwacyjne wydawały się być nietknięte, a świetlówki twardo trzymały na swoich miejscach. Zupełnie inaczej wyglądała dolna partia ogromnej hali. Pożar dał o sobie znać i zniszczył całą taśmę produkcyjną oraz ważniejsze urządzenia. Zbiegłem po rumowisku i zdecydowałem się, żeby po raz ostatni użyć latarki. Przyznam, że puszcza była bardziej przyjemna od tego miejsca. On tu był. Dało się wyczuć jego obecność. Wyszedłem z głównego kompleksu i znalazłem się w nieco mniejszym pomieszczeniu. Latarka świeciła coraz słabiej, ledwo oświetlając ogromny magazyn. Jest. Stoi w rogu i czeka na mnie. Nie! Stoi za mną. A teraz na platformie! Panikowałem. Gdziekolwiek spojrzałem stał On. Nie wiedziałem co robić, lecz gdy już pozwoliłem, żeby mnie dopadł, nie zrobił tego. Podszedłem ostrożnie do najbliższej postaci. Napis na nim wbił mnie w ziemię: FABRYKA MANEKINÓW "HUMAN". Albo to jakiś pieprzony żart, albo mój wymysł. Cały ten teatrzyk musiał być wypaczony przez mój umysł. Po kolei podchodziłem do każdego z manekinów i wszędzie natrafiałem na te same słowa. Bałem się głupiego manekina z garniturem oraz krawatem. Zaśmiałem się gorzko, a mój śmiech odbił się echem po pustym magazynie. Z uśmiechem podszedłem do jeszcze jednego manekina i przeczytałem na głos napis: TWOJA KOLEJ. Ręce zacisnęły się na mojej szyi.
Finał I
Ciemność. Wszędzie ciemność. Próbowałem otworzyć oczy, lecz zamiast normalnego widoku ujrzałem tylko białe kontury drzew na czarnym tle. Poznałem doskonale wieżę, którą mijałem najwyżej dwie godziny temu. Zniknęła moja kurtka, moje spodnie, latarka, wszystko. Spojrzałem w dół. Z trudem przyszło mi zaakceptować, że mam na sobie szary garnitur, krawat oraz czarne buty. Znałem swoją rolę, już po chwili usłyszałem grające bębny oraz ujrzałem w oddali światło latarki.
Finał II
Ciemność. Wszędzie ciemność. Ból był niesamowity. Poczułem się jakbym zesztywniał. Próbowałem otworzyć oczy, ale zamiast normalnego widoku widziałem tylko białe kontury na czarnym tle. Wiedziałem, że jestem w fabryce. Wiedziałem, że On tu jest. Na przeciwko mnie stał manekin z napisem: "NAMUH" WÓNIKENAM AKYRBAF. Zaraz. Z trudem mi przyszło zaakceptować, że tuż przede mną znajduje się lustro. Poczułem rażące światło latarki. Zbliża się kolejna ofiara.
***************************************************************************
Genialne. Popracuj trochę ze znakami interpunkcyjnymi tak na przyszłość :). Dobry pomysł i dobrze wykorzystany. Plusik za to :D
OdpowiedzUsuńO ile lepiej się czyta takie dopracowane opowiadanie! Jest o wiele fajniejsze niż pierwsza część. Dobrze opisujesz uczucia bohatera i to mi się widzi strasznie. No i finał pierwszy o wiele lepsiejszy.
OdpowiedzUsuń"jak wyimaginowanym biczem pogania mnie w przeciwną stronę" - bardzo na plus. Generalnie lubię twoje metafory, wielkie perełki w odpowiadaniach. :D
Gites majonez. WORK HARD!
Opowiadanie świetne, trzymające w napięciu. Chodź zakończenie przynajmniej dla mnie nie zrozumiałe, myślałam że inaczej się skończy, miałam inną wizję. Dopiero za którymś razem zrozumiałam to co chciałeś przekazać hehe xD
OdpowiedzUsuńAle gratulację talentu ;)
Niezłe, też grałem w Slendera.
OdpowiedzUsuńNiesamowite, cały czas trzyma w napięciu, dobrze przemyślane. I zdecydowanie przypadł mi do gustu pierwszy finał. Niezła robota!
OdpowiedzUsuń