"Je­dyna wol­ność to zwy­cięstwo nad sa­mym sobą"

Fiodor Dostojewski


poniedziałek, 25 marca 2013

"Największym niebezpieczeństwem jesteśmy my sami"

Ciężko jest każdemu z nas odnaleźć własną drogę. Jeszcze ciężej jest zrobić to, gdy nie pomaga nam otaczający nas świat, ani wrogo nastawiona do nas rzeczywistość. Jak radzą są z tym bohaterowie "Raju"?



RAJ cz. I/II


Geneza

"Dźwięk gitary Saszy każdego wieczoru zawsze sprawiał, że choć na chwilę można było zapomnieć o otaczającym nas świecie. Pieśni, które śpiewał nasz kompan nie opowiadały o smutku, nieszczęściu czy tragedii. Opowiadały o tym, co utraciliśmy w mgnieniu oka. O zielonej trawie, zamiast jałowej pustyni i podziurawionego jak ser szwajcarski asfaltu. O świergocie ptaków o poranku, zamiast szelestu ulotek z charakterystycznym znakiem radioaktywności. Czy choćby o zapachu kawy lub świeżego pieczywa w domu po ciężkim dniu pracy. Z naszej czwórki każdy miał własną definicje na szczęście, której dzielnie bronił i wierzył, że prędzej czy później uda się je osiągnąć. Jesteśmy tutaj. Sami. Z bronią w ręku i nadzieją w sercu. Mija rok odkąd nasz własny sen, zamienił się w koszmar."

***************************************************************************

Poświęcenie


Ognisko rozpalone przez Jurija dawało mnóstwo ciepła. Obserwowałem iskierki ognia, które tańczyły w powietrzu w rytm melodii granej przez Saszę. Jurij i Wladimir, którzy przez zeszłe trzy godziny pełnili wartę, głośno pochrapywali przytuleni do swoich wiernych karabinów. Nie pamiętam nocy, kiedy położyliśmy się, nie czując metalu pod nosem. Sasza nagle przerwał grę, sprawiając, że powróciłem niechętnie do szarej rzeczywistości. Gestem ręki nakazał milczenie, jednocześnie chwytając za kałasznikowa leżącego na karimacie. Szturchnąłem ręką Jurija, który obudził się jak oparzony, witając mnie lufą karabinu. W jego ślady poszedł Wladimir, który był nieco mniej porywczy od swojego towarzysza. Otaczające nas szuwary, które szczelnie zakrywały zagłębienie w ziemi po wybuchu dawające nam ochronę przed lodowatym wiatrem i dzikimi zwierzętami, teraz niebezpiecznie przechylały raz na prawą, a raz na lewą stronę. Bezchmurne, wiosenne niebo spowite zostało burzowymi chmurami. Nie trzeba było długo czekać na pierwsze krople deszczu i przekleństwa z ust Saszy.
- Kurwa mać, panowie! Zwijamy się, póki ognisko nie zgasło!
Fakt. Ognisko w dużej mierze odstraszało to cholerstwo, które się wylęga w elektrowni. Doświadczenie pozwoliło nam na błyskawiczne zapakowanie swoich gratów. Począwszy od karabinów, a skończywszy na karimatach. Płomienie ognia rozpaczliwie walczyły o przetrwanie, lecz deszcz bezlitośnie zakończył ten krótki pojedynek.
- Wladimir łap - powiedziałem, rzucając w jego stronę latarkę.
- Gdzie się ukryjemy? - panikował Jurij, który cholernie bał się wody, gdyż w dzieciństwie wpadł do rzeki i wujek cudem go odratował.
- Jesteśmy kilka kilometrów na południe od najbliższej wioski do cholery - dolewał oliwy do ognia Sasza.
- Przeczesaliśmy tylko tereny wschodnie, rubieże zachodnie mogą być jeszcze bardziej niebezpieczne - Wladimir także wtrącił swoje trzy grosze.
- Jeśli udamy się z powrotem na wschodnią część jest mniejsza szansa, że trafimy na dzikie zwierzęta - próbowałem przedstawić sensowne rozwiązanie.
Sasza chciał coś powiedzieć, lecz głośny grzmot uniemożliwił mu otwarcie ust.
-Im dłużej zwlekamy, tym więcej kurestwa wychodzi z nor i siedzib. Spieprzajmy stąd! - Jurij nie przebierał w słowach.
- Wyłazimy z tej dziury.
Deszcz i mokre podłoże nie ułatwiały nam życia, jeśli chodzi o podejście pod górkę. Pierwszy na szczycie zameldował się Wladimir, który próbował pomóc reszcie dostać się na grzbiet wzniesienia.
- Dalej! Dalej!
Nienawidziłem wspinaczki. W liceum zawsze dostawałem baty od wuefisty za brak tej cennej umiejętności. Ostatni wgramoliłem się nieporadnie na górkę i otrzepałem z błota.
- Którędy do cholery teraz? - zapytał Sasza.
- Za mną! - wykrzyczałem pewnie, choć nie byłem święcie przekonany, że doprowadzę grupę do wschodnich rubieży. Wiatr i silne opady, sprawiały, że musiałem się nie lada natrudzić, żeby cokolwiek przekazać swoim kompanom. Szuwary i podmokłe tereny opóźniały nasz marsz, a ja modliłem się tylko, żeby liczniki Geigera nie zaczęły nagle szaleć. O ile dzikie zwierzęta mogliśmy przywitać pociskami, to z promieniowaniem toczylibyśmy nierówną walkę. Szło nam się coraz trudniej, nasze buty tonęły z minuty na minutę głębiej w błocie i szuwarach. Drogę oświetlały nam tylko słabe smugi światła z latarek i od czasu do czasu błyskawice, które odkrywały cały teren przed nami. Zbliżaliśmy się do puszczy, w której bytowaliśmy aż cztery miesiące. Przeczesaliśmy ją niemal całą w poszukiwaniu ocalałych lub cennych towarów, lecz nie miałem pewności, czy zbadaliśmy połacie ulokowane najbliżej granicy rubieży.
- Jak to przeżyjemy panowie to... - Wladimir nie dokończył, gdyż po przeciwległej stronie rozległ się głośny skowyt, który wielokrotnie tłamsiliśmy strzałami z karabinów. Tym razem, to bestie polowały na nas, nie my na nie.
- Tempo! Tempo! - zachęcałem towarzyszy, przedzierając się przez mokradła. Twarz i ubranie umazane były błotem, a buty pełne wody. I wtedy...
- U was też licznik wariuje? - zapytał się z samego końca grupy Sasza.
- Jak się jebie to po całości! - powiedział w swoim stylu Jurij.
Od skraju lasu dzieliło nas może kilkadziesiąt metrów, lecz promieniowanie mogło nam pokrzyżować nasze plany. Głośne ryki potworów przeszywały polanę głośniej niż odgłosy grzmotów uderzających w ziemię. Nie mieliśmy wyboru. Albo rozszarpią nas bestie w szuwarach, albo spróbujemy uniknąć promieniowania i dostać się do lasu, gdzie mamy większe szanse na przetrwanie z tym cholerstwem.
-Wszyscy na kolana. Rozproszyć się - syknąłem najciszej jak potrafiłem.
Nie trzeba było długo czekać na reakcje. Wysokie krzaki ukryją nas przed bestiami, lecz nie miałem pewności, czy każdy z nas dotrze żywy do skraju lasu. Znajdowałem się na lewej flance i co chwilę spoglądałem na licznik, który jak na razie nie zamierzał sprowadzić mnie do grobu. Szedłem tyłem, upewniając się, czy żadne kurestwo, nie pociągnie mnie za sobą. Grzmoty ustały jak za pomocą zaczarowanej różdżki. Towarzyszył nam teraz tylko rzęsisty deszcz, który dawał nam mocno w kość. W niedalekiej odległości dostrzegłem kontur, który niebezpiecznie zbliżał się w moją stronę. Położyłem się w wodzie, mając nadzieję, że choć w małym stopniu zapewni mi ukrycie przed zbliżającym się wrogiem. Wierzyłem w duchu, że chłopakom udało się już dotrzeć do celu. Kontur nagle zamarł w bezruchu, jakby czekał na moje posunięcie. Powoli przemieszczałem się do przodu, próbując w jak najmniejszym stopniu angażować w ruch głośne szuwary. Bestia nagle zniknęła mi z pola widzenia, jakby odpuściła polowanie na mnie. Odetchnąłem głęboko, lecz moja radość nie trwała długo. Od mojej prawej flanki zbliżały się do mnie dzikie zwierzęta, które miały ochotę mnie rozszarpać na strzępy. Szykowałem się do strzału, już miałem pociągać za spust.
- Jurij!? Sasza!? - zapytałem.
- Ciszej do kurwy nędzy. Ominęliśmy z dziesięć bestii, żeby tu dotrzeć.
- Gdzie jest do cholery Wladimir?
- Myśleliśmy, że jest z tobą.
- Nie ma go ze mną.
Jurij z trudem powstrzymał się od uderzenia pięścią w wodę.
- W mordę. Nie powinienem się od niego odłączać.
- Ruszajmy w stronę lasu. Będziemy mieli lepszy widok na pole i w razie potrzeby pomożemy Wladimirowi.
Pomysł wydawał się doskonały, jednak seria z karabinów i okrzyki z oddali sprawiły, że trzeba było wprowadzić w życie plan B, którego nie mieliśmy. Przeczołgaliśmy się ostatkiem sił i pędem ruszyliśmy lasem, unikając otwartych przestrzeni. Strzały nagle ustały. Nie było już słychać okrzyków walki i ryków bestii. Wychyliłem się zza konaru i zamarłem.
- BIEGIEM!
Nie wiem, skąd potrafiłem wykrzesać z siebie reszty energii, żeby dotrzeć do budynku, który wyrósł jak spod ziemi. Wbiegliśmy zdyszani przez otwór w ścianie i modliliśmy się, żeby nastał ranek, który przyniesie nam chwilę odpoczynku. Jesteśmy tutaj. We trzech. Czekamy aż nastanie dla nas świt.

***************************************************************************

Własna droga

Spodziewałem się, że bestie wbiegną za nami do budynku, lecz tak się nie stało. Byliśmy tak zmęczeni podróżą i biegiem, że nie myśleliśmy nawet o tym, żeby wystawić warty na noc. Poranek był naprawdę ciężki. Cały nasz sprzęt był przemoknięty, a my cali umazani od stóp do głowy śmierdzącym błotem. Sasza klął niemiłosiernie, narzekając na stan swojej gitary, która nawet osłaniana przez futerał mocno ucierpiała poprzez obfite opady.
- Ciężka noc panowie, co? - pierwszy odważył odezwać się Jurij.
- Cholernie - odparłem od niechcenia - Szkoda, że nie ma nas w komplecie.
- Gdyby nie Wladimir, spoczęlibyśmy razem z nim na tych pieprzonych mokradłach - skwitował Sasza, po czym dodał - Ubolewam nad jego stratą, ale nie będę bawił się w płaczącą niewiastę i siedział bezczynnie. Ruszcie tyłki, panowie. Wypadałoby zbadać budynek.
Nie miałem zamiaru protestować, gdyż miał świętą racje. Pomieszczenie, w którym się znajdowywaliśmy wypełnione było po brzegi drewnianymi ławkami lub krzesłami, które przykryte były grubą warstwą kurzu. Na suficie na słabym wietrze dyndał kryształowy żyrandol od dawna niepełniący swojej prawowitej funkcji. Jurij ruszył pierwszy, odchylając starą kotarę.
- Chryste Panie! - krzyknął donośnym głosem, który echem obił się po ścianach budynku.
Minąłem Jurija i Saszę i otworzyłem usta zdziwiony. Byliśmy w kościele. Musieliśmy się do niego dostać od strony zakrystii i bocznych pokoi służących za schowki. Każdy z nas ruszył własnym torem po świątyni, obserwując ten piękny na swój sposób budynek. Z zabytkowych witraży we framugach utrzymało się może kilka. Uniosłem głowę w górę i odkryłem tajemnice. Coś co wieki temu spełniało role szklanej kopuły, rozpadło się na drobne kawałki i stworzyło ogromny prześwit w suficie. Jurij przeglądał okolice ołtarza, zaś Sasza badał skrzydła kościoła. Wszystko wydawało się być nietknięte, jakby stopa ludzka nie postała tutaj od dłuższego czasu.
- Znaleźliście coś? - echo głosu Saszy obiło się po murach kościoła.
Rozległ się głośny trzask w okolicach ołtarza.
- W mordę jeża. Się wystraszyłem - krzyknął Jurij - Nie, u mnie poza kurzem nic.
- Czysto. Miejsce wygląda na bezpieczne - zdałem raport i usiadłem na jednej z nietkniętych ław. Ogarnęło mnie dziwne uczucie niepokoju, mając świadomość, że kiedyś ten kościół musiał tętnić życiem. Ciekawiło mnie, ile w nim odbyło się okrzyków radości z okazji ślubów, ile poleciało łez po opłakiwaniu zmarłych, ile w nim padło słów modlitw o lepsze jutro.
- Chłopaki, musicie to zobaczyć! - Sasza stał przy wyjściu z kościoła, trzymając jedną ręką spróchniałe drzwi.
- Kur... - powstrzymał się Jurij, kiedy przyłożyłem mu otwartą ręką w tył głowy.
- Jesteś w świątyni gamoniu.
Jednak gdy zobaczyłem obraz rozpościerający się przede mną, miałem ochotę powiedzieć te same słowa, które chciał wypowiedzieć Jurij. Myślałem, że kościół jest samotnym budynkiem otulonym przez drzewa, ale nie spodziewałem się, że odkryjemy całą wioskę. Przed nami piętrzyło się góra może kilkanaście domostw, spalony silos oraz konstrukcja, która najprawdopodobniej służyła za dom młynarza. Zeszliśmy po kamiennych schodach i mieliśmy nareszcie okazje do naszego ulubionego zajęcia, jakim było penetrowanie zdewastowanych budynków. Niejednokrotnie przeszukiwanie opuszczonych domostw kończyło się na znalezieniu ich mieszkańców, którzy nie zdążyli w porę ewakuować się w bezpieczne miejsce. W obecnym położeniu termin "bezpieczeństwo" był dla nas po prostu abstrakcją i czymś nieosiągalnym.
- Biorę centrum! - Sasza pierwszy ruszył pędem w kierunku największego domu.
- Prawa flanka moja!
Cholera. Jak zawsze pozostała mi lewa strona. Wszedłem do pierwszego budynku i nie miałem prawa narzekać. Mieszkańcy musieli zdołać wydostać się z tego piekła, gdyż nigdzie nie dostrzegłem na ścianach, ani półkach zdjęć rodzinnych. Szafki opróżnione były z ubrań, a kuchnia ze wszystkich produktów oprócz starych płatków śniadaniowych. Doszedłem do klatki schodowej i automatycznie straciłem humor. Odkąd jedno z tych cholerstw skoczyło mi na twarz w jednej z willi, sceptycznie podchodziłem do zwiedzania górnych pięter. Tym razem musiałem się przełamać. Schody skrzypiały niemiłosiernie, jakby chciały obudzić wszelkie bestie z zaświatów. Ślamazarnym krokiem badałem każdy fragment pomieszczenia. W sypialni nie znalazłem nic, co mogłoby się przydać do podroży, ale pozostał mi jeszcze jeden pokój. Złapałem za klamkę jedną ręką, drugą trzymając kurczowo mojego kałasznikowa. Zamknięte. Przekląłem pod nosem. Odetchnąłem głęboko i silnym kopniakiem wyważyłem drzwi z nawiasów. Odór mógłby konkurować z zapachem naszej grupy po kilku dniach bez kąpieli. Rozejrzałem się po pokoju i próbowałem zlokalizować źródło smrodu. Ręką przesunąłem zieloną zasłonę i nie miałem już wątpliwości. W garderobie leżeli byli właściciele domu, ułożeni koło siebie, jakby oczekiwali wspólnie śmierci. Nie miałem ochoty na dalsze przeszukiwania mieszkań...

7 komentarzy:

  1. Ty wiesz że uwielbiam! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna historia, trochę jakby zainspirowana jednym z naszych ulubionych seriali ;) Fajna dynamika, ciekawy pomysł. Tylko chciałabym zobaczyć tu bohaterkę kobiecą, superwoman :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Zawsze się zastanawiałam jak to robisz, że cały tekst pochłania się z wielką ciekawością, szybkością i ochotą na więcej... także czas na część drugą :D Moim zdaniem super!

    OdpowiedzUsuń
  4. Opowiadanie bardzo fajne, trzymające w stanie, że ciągle się czyta, bo chce się wiedzieć co będzie dalej...
    Ale nie powiem, że znalezienie trupów jest fajne...xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmień grafę, stary. Zmień.
      Opo skomentuję jutro, jak docztam do końca.

      Usuń
  5. Genialne :) będzie z Ciebie wielki pisarz :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetne opowiadanie, aż chce się czytać drugą cześć :D i zgodzę się z Paskudą, że przydałaby się kobieca postać :P

    OdpowiedzUsuń