Dawno nic nie było, to też trzeba trochę poskrobać. Zapraszam do lektury:
Zaraza, ot co! cz. I
Hrabia Mrośnicki z dumą oglądał zza okna swoje ciągnące się aż po skraj puszczy włości. Po jednej stronie naturalną granicę wytaczał płynący z wolna strumień, zaś po drugiej wysoki na kilka metrów porośnięty mchem stary mur zbudowany przez mało lubianego w okolicy szlachcica Dąbkowskiego. Słońce leniwie wchodziło na horyzont, wyłaniając się zza złocistych pól. Bezchmurne niebo zwiastowało dobrą pogodę, wręcz wymarzoną na polowanie czy przejażdżkę wozem po okolicy. Normalny, zwykły dzień we wielkopolskiej wsi zwanej, nie bez powodu, Strachajnicą. Jednak jedna rzecz nie dawała spokoju gościom przebywającym na dworze.
- Mości panie, siedzimy już tutaj od trzech dni. Trzech! A ja ślub mam na głowie i wesele z panną tego starego piernika Dąbkowskiego!
- Hrabio Zosiejski - powiedział gospodarz domu, nie odwracając wzroku od okna - Proszę na chwilę podejść, o tutaj. Tuż koło mnie.
Szlachcic z trudem podniósł ciężki, opasły bebech ze skórzanego fotela i podszedł do szerokich okiennic. Spojrzał, pogłówkował, po czym zaczął bawić się długimi, zadbanymi wąsami.
- Coś, żeś zobaczył szanowny sąsiedzie.
- No są. Nadal są.
- Ależ oczywiście, że są. Łażą po mojej posiadłości, jak po własnej. Niechże pan spojrzy, o tam.
Wskazał palcem na szeroką wyrwę w murze, przez którą było widać część ziem znienawidzonego sąsiada.
- Od dekady prosiłem tego bezbożnika, żeby zrobił coś z tą dziurę. A on nic! Bo sejmiki, bo wesela, bo Bóg wie co jeszcze. I ma gołodupiec za swoje. Więcej jest ich na jego splugawionej pijaństwem ziemi.
Zaśmiał się grubiańsko, mając świadomość, że nie miało to w tej chwili żadnego znaczenia, gdyż tak czy siak wszyscy szlachcice skazani byli na wyczekiwanie we własnych dworach.
- Zlituj, że się nade mną przyjacielu. Wesele daleko stąd, bodajże, dwa dni drogi od Strachajnicy! A mi się żenić chce, a Danusia podobno jest pięknym kwiatem!
- Jakie kobiety, jakie kwiaty ci w głowie. - Popukał się palcem w głowę. - Rozejrzyj się.
Szlachcic westchnął głośno, wyrażając swoją dezaprobatę. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał z ust starego znajomego.
- Chociaż daj mi się dostać do stajni. Pognam hen przed siebie i zanim się obejrzysz pozbędziemy się ich z podwórza!
- Pamiętasz, przyjacielu, tego młodego, żwawego chłopaka, syn młynarza jak się nie mylę. Chciał dorobić sobie jako stajenny. Miał chłopaczyna smykałkę do tego. Wysłałem go wczoraj, żeby spróbował przynieść mi coś ze stajni, czort wie co. Nie wrócił.
- Zwiał, jak się nadarzyła okazja, ot co.
- Wysoki jak brzoza, głupi jak koza. Patrz, tam pod topolą.
Gość długo wpatrywał się w postać, badał ją, rozmyślał, aż w końcu wydusił z siebie:
- Co on taki niemrawy.
- Jak wszyscy co tu przyleźli. Strach wyjść, niebezpieczni się wydają.
- Niebezpieczni?
- Tyś pijany od tego wina jeszcze? Służąca, jak tam ona miała... Ewunia... tak Ewunia, młode dziewczę jeszcze. Pranie rano chciała wywiesić. Jak tamten się rzucił na nią, szamotał się z nią, szarpał, aż w końcu ugryzł.
- Ugryzł?
- Opowiadałem ci tę historię wczoraj, jak żeśmy zabrali się z tobą i wujkiem Stanisławem za kolejną butelkę.
- Piękny wieczór, smutny poranek, przyjacielu. Mało pamiętam, lecz na co to komu. Cóżem my zrobimy teraz?
Hrabia milczał chwilę, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w kręcących się po jego posiadłości niezapowiedzianych intruzów. Dziwiło go niezmiernie, dlaczegóż to ich ciała są niemalże zielone, wręcz pozbawione naturalnego koloru skóry. Nie mógł rozgryźć, czemu to też są tacy agresywni, ani czemu też czasami podchodzą do dolnych okien i zaglądają przez nie, rozglądając się po pokojach. Jednak trapiło go jedno, najważniejsze pytanie - co należy zrobić, aby pozbyć się ich z własnych ziem.
- Odpocznij, przyjacielu. Pod wieczór spotkamy się wszyscy w salonie.
***
W salonie byli niemal wszyscy. Brakowało tylko samego gospodarza, który krzątał się jeszcze na górze, nerwowo chodząc po pokoju. Centralne miejsce zajęła sama hrabina Mrośnicka, ubrana w długą, zieloną suknię oraz biały, szykowny kapelusz. Choć w pokoju panował niesamowity zaduch, ona nie zamierzała przebrać się w wygodniejsze ciuchy. W końcu trzeba wyglądać olśniewająco, gdy w domu przebywają nadal goście. Przy kominku stał wujaszek Stanisław, który nadal odczuwał boleśnie wczorajszy wieczór i namiętny romans z butelką wina. Tuż koło niego stała jego naburmuszona małżonka - zrzędliwa, ale wygadana kobieta. Podobnie jak gospodyni, także nie zamierzała zmieniać założonej na siebie sukni. Na dwóch fotelach, ulokowanych na przeciwko wielkiej kanapy siedziało dwóch braci - reprezentantów rodziny. Oboje ubrani w szlachecki żupan, przepasani pasem, przy którym zwisał bezwładnie szable. Pierwsi rwali się do wojaczki, gdy dowiedzieli się o paradujących po włościach nieproszonych gościach. Na samym końcu pokoju, zgromadziła się cała służba właścicieli dworu. Stajenni, służące, kucharze - wszyscy wystraszeni, stłamszeni, po tym co spotkało Ewunie i syna młynarza. Nikt nie miał wątpliwości, że jakiekolwiek próby komunikacji z obcymi będą bezowocne.
- Mam już dość tego czekania! -wykrzyczał jeden z braci, wyciągając szable zza pasa - Przywitajmy ich, ot co, w staropolski sposób!
- Schowaj tę szabelkę gówniarzu, bo sobie krzywdę zrobisz - skwitował wujaszek, nabijając jedną ze swoich fajek.
- Gówniarzu!? Ja żem z braciszkiem w wojnie z Turcją wojował! Setki pojedynków wygrywałem!
- Walka na kije, gdy zjadałeś własne gile, to nie powód do chwały, bratanku.
Chłopak zaczerwienił się i natychmiast schował broń z powrotem na swoje miejsce, lecz zaraz wyrwał sie z drugi z braci, nieco starszy.
- Co jak co, drogi wujaszku, ale coś zrobić trzeba. Nie będę patrzył jak te czorcie wypierdki chodzą bezkarnie po włościach ojca.
- A co chcesz zrobić chwalebnego? Przegonić ich dwoma kawałkami żelastwa i szarżę na nich przypuścić?
- Ojciec ma muszkiety, o tam. - Wskazał palcem za okno, na stojącą samotnie szopę otuloną przez gąszcz intruzów.
- Iście szatańska intryga, bratanku. Sam Jan Sobieski bije pokłony. Rusz, że chociaż raz swoją pijacką makówką i pomyśl trochę. Malutka myszka się nie przeciśnie obok tych plugastw.
- Myszka może nie, ale ja tak - odezwał się gospodarz, który stanął dumnie we framudze. W rękach trzymał swoją niezawodną broń.
- Sufit mu się na głowę zwalił! - lamentowała zaniepokojona żona - Gdzieś ty będziesz po ciemku paradował!
- Daj spokój, kobieto. Dość już się nasłuchałem twoich żali od tych diabelskich trzech dni. Pora wreszcie zakończyć te błazenadę.
Gospodyni wstała, prychnęła pod nosem i opuściła salon, nie zwracając uwagi na stojącego na jej drodze małżonka. Tuż za nią pędem ruszyła jej przyjaciółka najlepsza - Aneczka. Wujaszek tylko wywrócił oczami, gdy zobaczył biegnącą żonę, która truchtając zadzierała suknie do góry.
- Słuchaj no, bracie - odezwał się wujaszek, ciągle bawiąc się wypuszczanym z fajki dymem - Toż to głupota pospolita tam wyłazić.
- Głupota pospolita to siedzieć tutaj i dopijać resztki z mojej piwnicy.
- Ojcze, pozwól nam iść! Pokażemy draniom! - wykrzyczał duet synów gospodarza, wyrywając się z foteli.
Hrabia jednak nie słuchał. Jeśli ma to zrobić dobrze, wolał iść samemu.
***
Na dworze zrobiło się już naprawdę ciemno, kiedy odważny szlachcic zadecydował, by wykonać to zadanie. Uzbrojony tylko w szablę, opatulonym ciepłym kożuchem, uchylił delikatnie frontalne drzwi i wyszedł na zewnątrz. Delikatnie puścił klamkę, byle nie wzbudzić zainteresowania intruzów. Nieproszeni goście krążyli po posiadłości, nie zwracając uwagi na samotną postać przyklejoną do wysokiego muru. "Jednak na coś przydał się ten stary wyga" - pomyślał szlachcic, starając się ostrożnie stawiać kroki, byle tylko się nie ujawnić. Jego żona miała go za tchórza, który boi się pojedynków, ani nie odpowiadana na wezwania króla. Tym razem chciał udowodnić, że jest zupełnie inaczej. Wszystko szło jak po maśle, gdyby nie malutka, wystająca cegłówka, która spadła z jednego słupów, uderzając o twardy kamień. Kilka osobników nerwowo obróciło się za siebie, nasłuchując, co też wydarzyło się za ich plecami. Hrabia zamarł bezruchu, karcąc siebie, że opuścił bezpieczne lokum. Napięcie opadło, gdy przeciwnicy odwrócili wzrok od murku, a sam gospodarz mógł kontynuować dalej swoją podróż. Jeszcze tylko kilka kroków dzieliło go od szopy, w której przechowywał broń na polowanie. W zwyczajnych warunkach jego eksponaty wiszą w salonie, dzięki czemu może chwalić się przyjezdnym, ile raz to też jego strzał dosiągł celu. Jednakże od feralnego wydarzenia sprzed kilku laty, gdy jeden z gości spowity sporą ilością trunków, urządził sobie polowanie na wiszące trofea, strącając ze ścian głowę jelenia, gospodarz zadecydował, że bezpieczniej będzie trzymać bronie z dala od domu. Podszedł do szopy, przekręcił kluczyk i błyskawicznie wtargnął do środka, chowając się przed wzrokiem obcych. Zapalił stojącą na skrzynce świece i zaczął pakować do worka najpierw garść amunicji, by następnie przerzucić na plecy trzy ciężkie muszkiety, które miały pomóc w oczyszczeniu podwórza. Walenie o drzwi przyprawiło go dreszcze. Skąd wiedzieli, że on tu jest? Hrabia był w patowej sytuacji, lecz wiedział, że prędzej czy później uda mu się stąd wydostać.
***
Ciekawa historia, osadzona w innej rzeczywistości, a jednak w tak dobrze znanym klimacie zombie czy innych bestii. Może być z tego niezła opowieść.
OdpowiedzUsuń